W brzuchu Wilczycy
Przeczytałem przedwczoraj, że w ramach nowego rozporządzenia unijnego wszyscy przewoźnicy autobusowi/autokarowi w Unii zostali objęci jednolitym systemem obowiązków: żadnej dyskryminacji p/w niepełnosprawności, jednakowe ceny niezależne od kraju pochodzenia pasażera, a przede wszystkim możliwość domagania się zwrotu kosztów biletu, jeśli odjazd autobusu spóźnia się o dłużej niż 2 h na trasie 250+ km, jeśli zaś opóźnienie wyniesie 90 min lub więcej, przewoźnik musi zapewnić pasażerom odpowiednią pomoc - przekąski, posiłki, napoje - oraz ewentualne zakwaterowanie.
Wizja pasażera: człowiek żyjący w ramach ścisłego harmonogramu. Jednocześnie zaś istota, która musi być nieustannie odżywiana, pojona i otaczana opieką. Może to być dziecko z mukowiscydozą lub wąsko wyspecjalizowany ekspert, który zanurzony w głębinach swojej dziedziny zatracił zdolność samodzielnego życia, a trzeba go przewieźć z jednej korporacyjnej wieży do innej, by mógł na czas Rozwiązać Problem. Prawo raczej nie definiuje norm explicite, lecz raczej wyznacza ramy legalności, a ramy to granice, a więc ekstrema, a więc rzeczy rzadko się ziszczające. Lecz mimo wszystko wizja autobusu pełnego nadwrażliwych śpiewaków operowych, superhakerów o szklistych oczach, w których odbijają się zielone cyfry z ekranu laptopa, oraz upośledzonych dzieci, którym drużyna w czerwonych uniformach podłącza kroplówki, ociera ślinę i poprawia koce - ta wizja siedzi wraz z nami w ostatnim rzędzie tego prawnego autokaru.
Zderza się z nią w milczeniu inna wizja, którą konotuje słowo "podróż". Podróżnik to człowiek zaradny. Choćby była to zaradność babci z Lublina, która jedzie do rodziny we Wrocławiu, wyposażona w baterię słoików i worek gotowanych jaj, człowiek wkracza w podróż jak w alternatywny czas poza zwyczajną koleją rzeczy, gotowy na nieoczekiwane sytuacje i konfrontacje. To jasne, że już od stu czy dwustu lat w Europie - nawet w Polsce - podróż jest bezpieczna, a zagrożenia raczej urojone, anegdotyczne, miejsko-legendowe (hivoman ze strzykawką na dworcu w Katowicach). Niemniej rytuały wkraczania w czas choćby banalnej podróży (bilet, bagaż, miejsce) - które są mi tak bliskie, bo najeździłem się po Polsce i świecie co niemiara - pozwalają poczuć zbliżający się podróżny rauszyk nadchodzących wyzwań i porzucenia "codzienności dziennego kiczu".
![]() |
| * Szczeniaczek popiera moje słowa |
Nie chciałbym, by moje słowa ktoś odczytał jako prostą krytykę Unii. Regulacje unijne to część szerokiej wizji obywatela, który w pełni korzysta z osiągnięć cywilizacji, w tym ochronnego, inkluzywnego, powszechnego systemu prawnego. Taka jest klientocentryczna logika unijnego postępu, sprawiająca, że gdy wsiada do autobusu człowiek faktycznie poszkodowany, starszy czy niepełnosprawny (dla którego emocje podróżne to przerażenie i bezsilność, a nie seksowny rauszyk), przejażdżka w brzuchu Wilczycy jest dlań przyjemna. Jest to dobre i tak powinno być.
Przewoźnik w Maroku albo Iranie nie potrzebuje niczego poza zdezelowanym autem i (bardzo tanim) paliwem, ale i niczego nie gwarantuje: ani punktualności (ha ha!), ani bezpieczeństwa (choć rzecz się dzieje w ramach innych złożonych systemów regulacji i pomocy, na których opisanie nie ma tu miejsca). Przejażdżka kijowską marszrutką czy autokarem linii Gazal gdzieś w górach Elburz to specyficzne przygody. Wiadomo też, że w Polsce unijnej z biegiem czasu, nawet na lokalnych liniach na Wschodzie, oddalimy się od wizji podróży-jako-przekraczania-granicy, podróż bowiem zostanie na dobre wprasowana, wdeptana łapami Wilczycy w jednorodną tkankę świeckiej zwyczajności. A i drobne linie lokalne dysponujące flotą pięciu rozklekotanych, przepełnionych vanów, w których grzmią przeboje lata i swój aromatyczny woal rozpościerają Viceroye, z biegiem czasu utoną w mleku Wilczycy, bo nie będzie ich stać na odszkodowania za opóźnienia czy stałe podtrzymywanie zapasu herbatników na wypadek awarii. W końcu wyprą ich sieci drogowych potentatów podstawiających pachnące zielonym jabłuszkiem Bovy i Setary. Potem małe linie odrodzą się pewnie znowu, reinkarnowane z dotacji, nowoczesne, trzeciosektorowe, spartycypowane i małoojczyznowe. A my już wtedy będziemy tak bogaci i zepsuci, że propozycję wkroczenia na pokład bez klimy, WC i telewizorka w fotelu uznamy za obrazę. I tak nasz rejon Europy się wychładza, podróż staje się transportem. Po gorący dreszcz niewiadomego trzeba będzie jechać, jak wiadomo, na Wschód - tam musi być jakaś cywilizacja.Foto: sxc.hu

Komentarze
Prześlij komentarz
Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!