Prosta refleksja o prawicy
Przeczytałem tekst Dariusza Kortki w GW o powyborczych wypowiedziach polityków, krótką summę tego, co można znaleźć w gazetach prawicowych i tabloidach. W tym wypowiedź dziennikarki "Gazety Polskiej Codziennie", którą tu przytaczam za GW:
Przeczytawszy te słowa, miałem krótki moment olśnienia. Bardzo popieram wizję tej dziennikarki. Jej postulat nasuwa myśl o mechanizmach filtrujących niechciane grafiki w Wikipedii i innych dużych portalach. Nie chodzi tu tylko o materiały erotyczne, ale wszystko, co może zostać uznane za szczególnie bulwersujące, poruszające czy obrzydliwe, jak zdjęcia chorób skóry czy dosłowne fotorelacje z etnicznych masakr. Może i wizja takich filtrów to wizja dość żałosna - oto delikatni mieszczanie globalnej Północy usiłują odciąć się od nawet obrazów cierpienia i umościć sobie fikcyjne, bukoliczne gniazdko w kokonie filtrów i firewalli pełnym zachodów Słońca, kotków i kojącej muzyki. Wizja może żałosna, ale w przypadku polityki - jakże kusząca.
Bowiem przez takie dziennikarki, przez polityków skrajnej prawicy, przez gowinizację debaty o aborcji czy in vitro, w której ekstrema podaje się jako rozsądne centrum, a instytucja medyczna przesiąknięta drapieżną polityczną atmosferą nie jest w stanie, sparaliżowana, zastosować się do wyroku sądu (Alicja Tysiąc); przez kaczyzację i rydzykizację języka rozmowy o społeczeństwie i jego wartościach - wszyscy, wszyscy z prawa i lewa, ty i ja, stajemy się prymitywami. Nie można bowiem zamknąć się w kamiennej wieży i zatkać uszu, kiedy wokół toczą się światopoglądowe debaty na temat kwestii, które w lepiej rozwiniętych, bogatszych, po prostu lepiej żyjących społeczeństwach są częścią historycznego folkloru, a nie pakietu nierozwiązanych problemów. Tymczasem zrzuciwszy ich jarzmo - jarzmo kwestii takich jak małżeństwa gejowskie, eutanazja, in vitro, ba, związki partnerskie - można skuteczniej zacząć myśleć o tym, jak polepszyć życie ludzi, ponieważ polepszyć można je wtedy, kiedy jak najwięcej tabu, jak najwięcej mrocznych, ciemnych plam na psychoanalitycznej mapie społeczeństwa zostaje otwartych i prześwietlonych, zrelatywizowanych, wyłączonych spod brzemienia antycznej metody regulacji życia i kultury za pomocą patriarchalnego zakazu: "Nie, bo to zło". Tylko wtedy można rozmawiać swobodnie o wszystkim - a więc znaleźć język, a więc zobaczyć wcześniej widziane niewyraźnie obszary wyzysku, dyskryminacji czy braku dobrostanu.
Albo stworzymy drugi obieg, niezależne społeczeństwo obywatelskie z własnymi instytucjami kultury, silnymi mediami i organizacjami, albo nie będziemy mieli najmniejszego wpływu na to, co będzie się działo z Polską. Teraz to konieczność dziejowa.
Przeczytawszy te słowa, miałem krótki moment olśnienia. Bardzo popieram wizję tej dziennikarki. Jej postulat nasuwa myśl o mechanizmach filtrujących niechciane grafiki w Wikipedii i innych dużych portalach. Nie chodzi tu tylko o materiały erotyczne, ale wszystko, co może zostać uznane za szczególnie bulwersujące, poruszające czy obrzydliwe, jak zdjęcia chorób skóry czy dosłowne fotorelacje z etnicznych masakr. Może i wizja takich filtrów to wizja dość żałosna - oto delikatni mieszczanie globalnej Północy usiłują odciąć się od nawet obrazów cierpienia i umościć sobie fikcyjne, bukoliczne gniazdko w kokonie filtrów i firewalli pełnym zachodów Słońca, kotków i kojącej muzyki. Wizja może żałosna, ale w przypadku polityki - jakże kusząca.
Bowiem przez takie dziennikarki, przez polityków skrajnej prawicy, przez gowinizację debaty o aborcji czy in vitro, w której ekstrema podaje się jako rozsądne centrum, a instytucja medyczna przesiąknięta drapieżną polityczną atmosferą nie jest w stanie, sparaliżowana, zastosować się do wyroku sądu (Alicja Tysiąc); przez kaczyzację i rydzykizację języka rozmowy o społeczeństwie i jego wartościach - wszyscy, wszyscy z prawa i lewa, ty i ja, stajemy się prymitywami. Nie można bowiem zamknąć się w kamiennej wieży i zatkać uszu, kiedy wokół toczą się światopoglądowe debaty na temat kwestii, które w lepiej rozwiniętych, bogatszych, po prostu lepiej żyjących społeczeństwach są częścią historycznego folkloru, a nie pakietu nierozwiązanych problemów. Tymczasem zrzuciwszy ich jarzmo - jarzmo kwestii takich jak małżeństwa gejowskie, eutanazja, in vitro, ba, związki partnerskie - można skuteczniej zacząć myśleć o tym, jak polepszyć życie ludzi, ponieważ polepszyć można je wtedy, kiedy jak najwięcej tabu, jak najwięcej mrocznych, ciemnych plam na psychoanalitycznej mapie społeczeństwa zostaje otwartych i prześwietlonych, zrelatywizowanych, wyłączonych spod brzemienia antycznej metody regulacji życia i kultury za pomocą patriarchalnego zakazu: "Nie, bo to zło". Tylko wtedy można rozmawiać swobodnie o wszystkim - a więc znaleźć język, a więc zobaczyć wcześniej widziane niewyraźnie obszary wyzysku, dyskryminacji czy braku dobrostanu.
Jesteśmy nie tylko społeczeństwem przed psychoanalizą, ale także przed feminizmem, przed emancypacją, przed akcją afirmacyjną, przed reformacją, przed Wolterem i przed Johnem Lockiem. I dlatego propozycja dziennikarki "Gazety Polskiej" tak mnie urzekła - bo rzeczywiście stworzenie prawicowego obiegu kultury to, jak dla mnie, "konieczność dziejowa" - koniom lżej. (Wiem, że jest to marzenie o nagłym przyspieszeniu na miarę fantazji gwałtownego dorobienia się na giełdzie albo wyłowienia innej złotej rybki, ale pozwólcie mi przez chwilę zabawić siebie i was tą pocieszną wizją. Nie wiem tylko, czemu dziennikarka uważa, że drugi obieg pozwoli mieć na coś wpływ - jak nazwa wskazuje, są to przecież działania pozagłównonurtowe). Popieram więc powstanie bibliotek, świetlic i czasopism o charakterze ściśle prawicowym. Niech będą prawicowe domy kultury, kina i instytucje w liczbie proporcjonalnej do liczby wyznawców prawicy. Może nawet sklepy, stadiony (te już są), autobusy? Niech zarządza nimi skrajnie prawicowy dwór z autorytarnym kaczyńskoidem na czele. Mieliby swój drugi obieg. Świetnie by się w nim rozumieli. Nikt nie zakłócałby im płynnego przekazu konserwatywno-narodowej treści. Nie byłoby niepoprawnych politycznie wywiadów Lisa, felietonów Środy. Żadnych polemik. Chociaż nie - mogliby sobie przecież prowadzić wewnętrzne debaty, rozwijać tę prawicową myśl, przekazywać ją i sublimować. Wszyscy byliby zadowoleni. A jak dobrze by było, gdyby cała debata prawicowa, wszystkie te głosy, skupione były na jednym, określonym kanale telewizyjnym, np. Orzeł Biały TV, albo w jednej gazecie. Jak proste stałoby się zapobieganie wystawieniu na szkodliwe oddziaływanie treści sprowadzających umysł dziewięć dekad wstecz. Nie chcesz, nie włączasz. Dokładnie tak jak w filtrze grafik. Bo czemu ma się dać odfiltrować biedne, poparzone dziecko, a nie można jednym klikiem zablokować otępiających farmazonów zapieniaczonego prymitywa? I tu, i tu chodzi o pewien rodzaj higieny umysłowej. I, tak, konieczność dziejową.
Fotki: sxc.hu

Mam wrażenie, że dla polskiej prawicy drugi obieg to właśnie naturalny mainstream. Z jednej strony to chyba historyczna tradycja podziemno-konspiracyjna (czy wręcz AK-owska), z drugiej często osobisty sentyment "solidarnościowy", z trzeciej zaś dostrzegam dyskretną tęsknotę za katakumbami pierwszych chrześcijan - oczywiście poniewieranych i wyszydzanych (tu: przez pewnego transgresyjnego jurora). Za ostatnim zdaje się idzie niechęć do kontynuacji na rzecz budowy od nowa, bo w końcu królestwo ich jest nie z tego świata.
OdpowiedzUsuńNatomiast szczerze wątpię w to co napisałeś potem.
Po pierwsze: osobiście inaczej ustawiam chronologię - w/g mnie brak nam języka, który chroniąc indywidualną potrzebę tabuizacji wielu z nas, będzie będzie jednocześnie pozwalał uporać się z tabu, o których wspominasz na gruncie publicznej debaty. Myślę, że dzisiaj język otwartej debaty o dobrostanie społeczeństwa zbyt mocno ocieka patosem kojarzącym się z taką ociachowo-ludową formą naiwnego patriotyzmu. Chyba po prostu brak nam nowoczesnego języka współczesnych patriotów.
Po drugie zaś: właśnie dlatego nawet gdyby już kilka minut po północy "automagicznie" okazało się, że żyjemy w kraju z rozwiązanymi kwestiami, o których wspominasz ("małżeństwa gejowskie, eutanazja, in vitro, związki partnerskie") to obawiam się, iż okazałoby się:
- partnerzy w małżeństwach gejowskich i związki partnerskich mogliby dziedziczyć, ale nie mieliby czego,
- geje i lesbijki, same czy w związkach wychowujące adoptowane dzieci miałyby kłopoty te same co pary/single hetero,
- powodem eutanazji byłby na przykład nie niepoddający się anestetykom ból, ale brak kasy na anestetyki.
Pozwalam sobie na lekką trywializację, bo widzę jak P.T. Państwo pcha mi łapy w portfel znacząco zbyt często i mocno. Dlatego - będąc zwolennikiem praw środowisk LGBT - nie jestem miłośnikiem refundacji in-vitro.
Przyznaję, że świadomość życia w państwie akceptującym postulaty różnorodnych (nie tylko przecież seksualnych) mniejszości byłaby czymś niesłychanie budującym. Niestety, jestem przekonany, że DZISIAJ byłaby to zmiana jedynie kosmetyczna.