30 czerwca 2011

W kaloszach za wózkiem

Mieszczańskie czy też średnioklasowe gusta dotyczące tego, w czym człowiek jest widziany na ulicy przez współmieszczan, wywyższają przedmioty mające walory inne niż użyteczne. Odzież i galanterię dobiera się przede wszystkim, kierując się wartościami symbolicznymi, a nie funkcjonalnymi. Mieszczanin zawsze wybierze buty modne czy dizajnerskie zamiast niemodnych, ale praktycznych, na przykład wodoodpornych - stąd też pogarda dla gumowych kaloszy noszonych na wsi. Wizja założenia gumiaków przez mieszczanina była do niedawna tak kosmicznie absurdalna i tak bardzo wyłamała się poza wszelkie modowe dyskursy, że aż umożliwiło to trendsetterom wprowadzenie odświeżonej koncepcji wsiowego gumiaka na rynek miejski, koncepcji wziętej jakby z jakiejś odległej matrycy folkowych idei, a nie z pobliskiej obory.

Lecz oczywiście chodzi nie tylko o kalosze. W porze jesiennej czy zimowej dość zaskakujące jest to, jak bardzo odzież mieszczan jest niedopasowana do realiów atmosferycznych. Pokazać się w listopadzie w sportowej kurtce z goreteksu to sygnał, że jest się na bakier z modą albo wciąż się studiuje. Kurtka jesienią nie może być nieprzemakalna (musi dawać pretekst użyciu parasolki). W jakimś kolorowym piśmie wyczytałem, że najbardziej obciachowy ubiór dla polskiego mężczyzny to polar, który jest wszakże wcieleniem praktyczności. Inny obciach, ale taki już naprawdę poważny, to "wędkarska" kamizelka z wieloma kieszeniami (niekiedy do białej koszuli z krótkim rękawem) - wygodna, przewiewna i niezwykle pojemna. Kieszenie w odzieży powinny pełnić raczej rolę ozdoby i występować w niewielkiej liczbie, inaczej pojawi się podejrzenie o schylanie głowy wobec funkcjonalności niczym jakiś biedak mający jedną kurtkę i jedną parę butów, która musi być wszechstronna. Lub też student, którego nie stać na szereg dizajnerskich toreb i teczek, tylko ma jeden plecak zakładany nawet do garnituru (kiedy idzie na egzamin).

Spójrzmy też teraz na miejskie rowery: singlespeedowy holender sprzed półwiecza to szczyt niefunkcjonalności w porównaniu do współczesnego crossa z amortyzatorem i 27 biegami, nie wspominając już o tym, że absolutnym szczytem miejskiego lansu są absolutnie niepraktyczne rowery z tzw. ostrym kołem, odarte nawet z hamulców.


Jest jednak w średnioklasowym zestawie odzieży i akcesoriów ulicznych pewien element, który wymyka się pogardzie dla funkcji i właśnie w pełni bazuje na funkcjonalności. To wózek dziecięcy. O ile dzieci ogólnie mnie nie interesują, o tyle niosącym je wózkom mogę przyglądać się z fascynacją. Dzisiejsze wózki, wykonane z lekkich, aluminiowych stelaży i masywnych tworzyw sztucznych, powleczone nowoczesnymi tkaninami, które chłodzą, grzeją i chronią przed wodą, kiedy trzeba, mają kształty - nie bójmy się tego słowa - futurystyczne. Wyprofilowane rączki wyglądają, jakby przemontowano je z górskich czekanów. Bieżnikowane kółka, każde na własnej ośce, swym dizajnem zapewniają, że off road to ich druga natura. Prawdziwa orgia funkcjonalizmu odbywa się zaś w dwóch przenikających się sferach: to schowki i demontaż. Wózek można pochylić, zamknąć, złożyć, złożyć jeszcze raz, rozpiąć mu daszek, przekręcić daszek, zrobić okienko, wentyl i odpiąć burty. Schowki są na suwak, rzep, u góry i po bokach, sekretne i jawne, wraz z tradycyjnym wielkim koszem u dołu. Każda rzecz może przejść w inną i pełnić różne funkcje, by  nie zmarnował się żaden fragment tkaniny czy profilowanej, amortyzowanej ramy. Cały wózek w czasie spaceru zmienia kształty jak transformers. Ba, wnętrze wózka można nawet wyjąć i zrobić z niego kołyskę albo łóżeczko. Co więcej, zagubił się dawny podział na wózki spacerowe i głębokie, który kiedyś mógł reprezentować mieszczańską (czy wręcz arystokratyczną) koncepcję jedna-rzecz-jedna-funkcja. Żyjemy w erze superwózków, które swym natłokiem rozwiązań komunikują Dobre Rodzicielstwo. Prowadzą je rodzice w modnych ubraniach nieprzygotowanych nawet na mżawkę.

Na koniec dwie uwagi od Weroniki:

Pewna doktor socjologii, chadzając do domów nowodzietnych znajomych, najpierw musiała przebrnąć przez szczebiot koleżanki o jej dziecku, porodzie, wychowaniu etc., lecz w pewnym momencie dochodziło zawsze do prezentacji wózka. Wówczas pojawiał się mężczyzna, który prezentował z dumą wszystkie odpowiednie techniczne osiągnięcia.

Aby nie dać się pożreć superwózkom i by wybiec przed nie, co bardziej dizajnersko nastawione mieszczanki skorzystać mogą z wielkiej, kolorowej, afrykańskiej chusty do noszenia dziecka na brzuchu. Prawdopodobnie i w tym wypadku - jeśli je spytać - używać będą argumentów z "funkcjonalności", jeśli w tę sferę wliczyć także "dobro dziecka" (bliskość matki etc.). Aczkolwiek, by chusta nie wymknęła się z kręgu zagadnień średniej klasy, należy ją ujarzmić przez zapisanie się na specjalne szkolenie z wiązania chusty (pardon, "warsztaty chustowe").

6 komentarzy:

  1. to chyba też trochę na temat wózków:
    http://wyborcza.pl/0,115104.html

    a jeśli chodzi o rower: na miasto im prostszy tym lepszy: po co ci 27biegów i amortyzator w mieście??
    czy nie lepiej/prościej i taniej ostre lub singiel? wydając 1500zł masz naprawdę dobrego singla, tyle kosztuje dobry amortyzator.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sądzę jednak, że w przypadku singli i ostrych kół istnieje wysoka marża za styl. Za 1500 to można kupić całkiem przyzwoitego crossa lub treka, który posiada dobrodziejstwo 27 biegów w mieście do podjeżdżania pod wzgórza na Kurdwanowie i Przegorzałach tudzież startowania spod świateł.

    Ale chciałem głównie dodać, że metodą uzasadniania własnych decyzji konsumenckich przez średnią klasę miejską jest właśnie sfera praktyczna: mało kto powie - kupiłem te buty, bo są modne. Raczej - kupiłem je, bo są wygodne/lekkie/pasują mi do marynarki/ufam tej firmie/mają wysoką jakość (choć i tak je wyrzucę za pół roku). Nie - kupiłem iPhone'a, bo jest to symboliczny wyznacznik klasy i lans, tylko - jest praktyczny/pojemny/ładny (bo wygląd też przesuwa się w sferę praktyczności w ramach argumentu podtrzymywania dobrostanu psychicznego wywołanego przez otoczenie się dizajnerskimi przedmiotami, co przekładać ma się np. na wyższą produktywność, skupienie itp.).

    OdpowiedzUsuń
  3. Ewolucja kalosza to nieco inna historia - za ich pojawieniem się w miejskim mundurku stoi argument praktyczny. O kaloszach przypomniano sobie, gdy zaczęły mnożyć się festiwale muzyczne na otwartym powietrzu. W duńskim Roskilde, dajmy na to, często pada. Łatwo stracić buty w błocie. Stąd kalosze - jednak aby nie były zwyczajne, zgrzebne - wszak festiwal to karnawał - niebawem pojawiły się na nich wzorki. Mieszczanie w kaloszach to często bywalcy takich właśnie festiwali.

    Chusta wydaje mi się pomysłem genialnie praktycznym w warunkach miejskich. Wolę nie wyobrażać sobie prób wniesienia wózka do tramwaju numer 2. Nie mówiąc o tym, że samo dziecię, i to na plecach czy ramieniu rodzica, zajmuje dalece mniej miejsca niż to samo dziecię w pojeździe, nawet najbardziej kompaktowym.

    OdpowiedzUsuń
  4. O kaloszach - interesująca ciekawostka. Ale wiele używanych przez mieszczan rzeczy ma praktyczny rodowód, jak choćby dżinsy, prochowce, buty strażackie, balerinki, eskimoski i okulary przeciwsłoneczne. Gdyby prześledzenie rodowodu jakiegoś fenomenu kulturowego czy dobra symbolicznego wystarczało za wyjaśnienie związanych z nim procesów społecznych, profesor Stolot, wyznawczyni historii idei Lovejoya, byłaby szczęśliwszą osobą.

    Zdanie "mieszczanie w kaloszach to często bywalcy takich właśnie festiwali" brzmi - z całym szacunkiem i delikatnie mówiąc - mało wiarygodnie jako wyjaśnienie, biorąc pod uwagę obszar zajmowany na rynku przez ogólnoeuropejski trend kolorowego gumiaka w porównaniu do minimalnej populacji bywalców festiwali (a nawet i oni na te festiwale w większości przychodzą w trampkach Converse). Wystarczy zresztą spojrzeć na ulicy na tych "bywalców festiwali", by spostrzec, że raczej już nie koczują w błocie na Roskilde. Tak może było w najwcześniejszej fazie tego trendu. Takie śledzenie z pewnością jest zajmujące dla np. trendsetterów i obserwatorów rynku, którzy muszą być wyczuleni na różne procesy "unosu kulturowego" takie jak nagła wirusowa moda na rybackie gumowe płaszcze, bo wymyślenie i wdrożenie czegoś takiego może się przełożyć na bardzo duże pieniądze. Twoje spostrzeżenie pokierowało mnie do zwrócenia dodatkowo uwagi na to, jak wiele takich miejskich, przetworzonych gadżetów pochodzi właśnie z dziedziny czysto fizycznej pracy, co de facto umacnia moje tezy od innej strony.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, z fabryki i z wojska - to dwa podstawowe źródła dwudziestowiecznych mód. Kalosz jest po prostu nieco bardziej praktycznym wyjątkiem w modzie miejskiej, a raczej: jego droga do mody miejskiej zaczęła się od praktycznej potrzeby. Teraz oczywiście pełni już funkcję jedynie ozdobną/zbytkowną, ale jego rodowodu jako obuwia nieroboczego należy upatrywać w wyjątkowej sytuacji, gdy na zgromadzeniu ludzi na czasie i modnych (bo takie są przecież w większości wielkie festiwale) pojawiło się zapotrzebowanie na wyposażenie czysto użytkowe. Bywalcy Glastonbury, Roskilde, w Polsce Openera są jednocześnie najmodniejsi i najbardziej mainstreamowi, dlatego ich wakacyjna moda błyskawicznie staje się nośna również poza obszarem festiwalu. Marketingowiec nie musi tu długo szukać, wystarczy, że odwiedzi taką imprezę. Pełniące funkcję ściśle użytkową w dniach "karnawału" kalosze, peleryna, słomkowy kapelusz czy wachlarz - zależnie od pogody - mają dużą szansę zawitać potem na ulice miast.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z serii "ciekawostki", droga gumowego płaszcza do pret-a-porter: http://www.independent.co.uk/life-style/fashion/features/return-of-the-mac-the-reinvention-of-mackintosh-744339.html
    Podobno szczególną popularnością makintosze cieszą się w Japonii.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!