Szaty i putta
... czyli renesans, barok i gandzia
Po przyjęciu morderczej dawki kilkuset renesansowych obrazów w pinakotece Brera (zresztą zapuszczonej i prymitywnej muzealniczo) miałem w głowie zestaw podobny do serii ludzkich twarzy, które telewizje typu Discovery dla efektu puszczają czasem kolejno po sobie w wielkim przyspieszeniu (tak że twarze nakładają się na siebie w oku widza), uzyskując w ten sposób absolutnie uśredniony wizerunek człowieka, tak zwaną eigenface. Takimi metodami gubi się rzecz jasna wszelkie niuanse twarzy. Czasem jednak trzeba zgubić niuanse i pognać korytarzami jak dzieciaki z filmu Godarda przez Luwr. W ten sposób w mojej głowie powstał eigenface renesansu (i baroku).
Minęły lata od czasu, gdy przeciętny Europejczyk przestał rozpoznawać postacie świętych i sceny z chrześcijańskiej mitologii, wiek temu stanowiące jeśli nie fundament, to w każdym razie ważny element systemu kształcenia i nabywania kulturowego kapitału. Dziś kapitał kulturowy nabywa się, oglądając postpopowe kino i męcząc książki Pynchona, a ze znaczeń mozolnie zaklinanych w obrazach przez włoskich mistrzów pozostaje tak niewiele, tak jakoś przezroczyście się robi, że trzeba dopisać sobie nowe znaczenia w postaci tajemnego kodu Leonarda. Stare się już zużyły - odnoszą do pustej, nieistniejącej rzeczywistości. Co to za ludzie, co to za dziwne sceny? - pytamy, stojąc przed Bellinim, my, Marsjanie z przyszłości.
Lecz nawet dla nas, Marsjan, dwa elementy powtarzają się nieustannie jak trwałe cechy eigenface'ów. Są to szaty lejące się po akademicko wypozowanych ciałach i amorki będące świadkami większości świętych scen niczym cisi ochroniarze wokół oświetlonych fleszami prezydentów i premierów na politycznych fetach.
Studium szaty to jedno z najtrudniejszych wyzwań malarskich. Szata skupia w sobie wszystkie problemy, jakie może postawić przed artystą studyjna scena: przede wszystkim bardzo złożony cień i wielokrotne odbijanie się czy rozpraszanie światła na załomach i wypukłościach, charakter faktury, przejrzystość, delikatne gradienty przechodzące jedne w drugie, ale także perspektywa, której w tym przypadku nie da się wykreślić technicznymi metodami. Materiał leży na czymś, coś kryje, musi więc być odpowiednio mięsisty i samoistny, ale zarazem zależny od tego, co jest pod spodem. Kiedy figury z mitologii chrześcijan tracą sens, a wskazówka mieszczańskich popowych gustów przechyla się znowu ku impresjonizmowi (patrz: Vidocq, Hero itd.), szata zyskuje znaczenie jako taka. Święci i bogowie służą jej dziś za wieszaki.
Mówi się, że jednym z ważnych kroków renesansu było doczłowieczenie postaci przez grę wyrazem twarzy, nieodmiennie pustym i w sumie pomijalnym w gotyku. Ale podobnie jak popularnym złudzeniem jest przejście od gotyckiej sztywności do rzekomo naturalnej postawy modela - to złudzenie świetnie ilustruje LaChapelle na swoich pop-parodiach baroku - tak iluzją jest gra emocjami wyrażanymi mimiką - bo tam nie ma żadnej mimiki (powiedzmy, że jest postęp, gdyż nie każda postać ma gotycką cielęcość na twarzy), są za to irytujące uproszczenia, błędy i niedoróbki, które w Internecie ciężko zobaczyć, ale widać wyraźnie z odległości kroku w skali 1:1. (Wyciągniecie mi zaraz Halsa, Mantegę i Caravaggia, ale w eigenfasie epoki oni są poza głównym nurtem, do pominięcia, co widać wyraźnie po 3 godzinach w muzeum). Uproszczenia irytują, bo olej na płótnie zawsze można przemalować i wypracować, chyba że się człowiek spieszy albo nie przykłada wagi do danego elementu. Spójrzmy jednak na putta, pucołowate dzieci okalające święte sceny. Jeśli święci i bogowie mają twarze martwe lub o tylko zasugerowanym wyrazie, artyści prawdziwie wyżywają się na aniołkach. Głowy poodwracane w różne strony, trudne skróty perspektywiczne, rozmaite oświetlenie i przede wszystkim wyrazy buź: błogość, złość, podstępność, wyniosłość, nuda, rozbawienie. To tam właśnie, w peryferyjnym świecie ochroniarzy poza fleszami trwa prawdziwa uczta barokowych rzemieślników pędzla.
Eigenface renesansu i baroku to szata i putto. Nowy renesansowy obraz powinien przedstawiać możliwie dużo draperii i sfałdowanych tkanin otoczonych gromadą amorków w różnych pozach. Można oczywiście umieścić wewnątrz tych tkanin jakieś postacie i najlepiej niech robią coś zrozumiałego, swojskiego. Mogliby siedzieć przy grillu. Ale wizja klasyczności wymaga odpowiedniego rekwizytorium. Może niech coś piją, palą?
Po przyjęciu morderczej dawki kilkuset renesansowych obrazów w pinakotece Brera (zresztą zapuszczonej i prymitywnej muzealniczo) miałem w głowie zestaw podobny do serii ludzkich twarzy, które telewizje typu Discovery dla efektu puszczają czasem kolejno po sobie w wielkim przyspieszeniu (tak że twarze nakładają się na siebie w oku widza), uzyskując w ten sposób absolutnie uśredniony wizerunek człowieka, tak zwaną eigenface. Takimi metodami gubi się rzecz jasna wszelkie niuanse twarzy. Czasem jednak trzeba zgubić niuanse i pognać korytarzami jak dzieciaki z filmu Godarda przez Luwr. W ten sposób w mojej głowie powstał eigenface renesansu (i baroku).
Minęły lata od czasu, gdy przeciętny Europejczyk przestał rozpoznawać postacie świętych i sceny z chrześcijańskiej mitologii, wiek temu stanowiące jeśli nie fundament, to w każdym razie ważny element systemu kształcenia i nabywania kulturowego kapitału. Dziś kapitał kulturowy nabywa się, oglądając postpopowe kino i męcząc książki Pynchona, a ze znaczeń mozolnie zaklinanych w obrazach przez włoskich mistrzów pozostaje tak niewiele, tak jakoś przezroczyście się robi, że trzeba dopisać sobie nowe znaczenia w postaci tajemnego kodu Leonarda. Stare się już zużyły - odnoszą do pustej, nieistniejącej rzeczywistości. Co to za ludzie, co to za dziwne sceny? - pytamy, stojąc przed Bellinim, my, Marsjanie z przyszłości.Lecz nawet dla nas, Marsjan, dwa elementy powtarzają się nieustannie jak trwałe cechy eigenface'ów. Są to szaty lejące się po akademicko wypozowanych ciałach i amorki będące świadkami większości świętych scen niczym cisi ochroniarze wokół oświetlonych fleszami prezydentów i premierów na politycznych fetach.
Studium szaty to jedno z najtrudniejszych wyzwań malarskich. Szata skupia w sobie wszystkie problemy, jakie może postawić przed artystą studyjna scena: przede wszystkim bardzo złożony cień i wielokrotne odbijanie się czy rozpraszanie światła na załomach i wypukłościach, charakter faktury, przejrzystość, delikatne gradienty przechodzące jedne w drugie, ale także perspektywa, której w tym przypadku nie da się wykreślić technicznymi metodami. Materiał leży na czymś, coś kryje, musi więc być odpowiednio mięsisty i samoistny, ale zarazem zależny od tego, co jest pod spodem. Kiedy figury z mitologii chrześcijan tracą sens, a wskazówka mieszczańskich popowych gustów przechyla się znowu ku impresjonizmowi (patrz: Vidocq, Hero itd.), szata zyskuje znaczenie jako taka. Święci i bogowie służą jej dziś za wieszaki.
Mówi się, że jednym z ważnych kroków renesansu było doczłowieczenie postaci przez grę wyrazem twarzy, nieodmiennie pustym i w sumie pomijalnym w gotyku. Ale podobnie jak popularnym złudzeniem jest przejście od gotyckiej sztywności do rzekomo naturalnej postawy modela - to złudzenie świetnie ilustruje LaChapelle na swoich pop-parodiach baroku - tak iluzją jest gra emocjami wyrażanymi mimiką - bo tam nie ma żadnej mimiki (powiedzmy, że jest postęp, gdyż nie każda postać ma gotycką cielęcość na twarzy), są za to irytujące uproszczenia, błędy i niedoróbki, które w Internecie ciężko zobaczyć, ale widać wyraźnie z odległości kroku w skali 1:1. (Wyciągniecie mi zaraz Halsa, Mantegę i Caravaggia, ale w eigenfasie epoki oni są poza głównym nurtem, do pominięcia, co widać wyraźnie po 3 godzinach w muzeum). Uproszczenia irytują, bo olej na płótnie zawsze można przemalować i wypracować, chyba że się człowiek spieszy albo nie przykłada wagi do danego elementu. Spójrzmy jednak na putta, pucołowate dzieci okalające święte sceny. Jeśli święci i bogowie mają twarze martwe lub o tylko zasugerowanym wyrazie, artyści prawdziwie wyżywają się na aniołkach. Głowy poodwracane w różne strony, trudne skróty perspektywiczne, rozmaite oświetlenie i przede wszystkim wyrazy buź: błogość, złość, podstępność, wyniosłość, nuda, rozbawienie. To tam właśnie, w peryferyjnym świecie ochroniarzy poza fleszami trwa prawdziwa uczta barokowych rzemieślników pędzla.
Eigenface renesansu i baroku to szata i putto. Nowy renesansowy obraz powinien przedstawiać możliwie dużo draperii i sfałdowanych tkanin otoczonych gromadą amorków w różnych pozach. Można oczywiście umieścić wewnątrz tych tkanin jakieś postacie i najlepiej niech robią coś zrozumiałego, swojskiego. Mogliby siedzieć przy grillu. Ale wizja klasyczności wymaga odpowiedniego rekwizytorium. Może niech coś piją, palą?
Komentarze
Prześlij komentarz
Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!