2 października 2013

Opcje barowe

Siedząc w barze wegetariańskim, rozmawiałem z Vero nad różnymi odmianami barowej szajby i odpowiedzialnością konsumencką. Kilka myśli z tej rozmowy wydało mi się ciekawych.

1. Bullshit skrojony pod ciebie

Bar V. oferuje zdrowe jedzenie wegetariańskie, będąc przytłoczony ogromem irracjonalistycznego, szkodliwego bullshitu. Wegetarianizm i irracjonalizm są niestety często z sobą skorelowane. W V. najlżejszy kaliber to hinduskie obrazy z Kriszną na ścianach i kawa pięciu przemian w menu, które można uznać po prostu za szeroko pojęte dekoracje. Drugi poziom to stosy ulotek na stołach i tablicach korkowych, reklamujących najróżniejsze formy diet, jog, spotkań z guru, spotkań uzdrawiających, spotkań duchowych etc. W trzecim kręgu umysłowych rzygowin znajdują się książki z medycyny alternatywnej eksponowane w specjalnej gablotce. Każda z nich to wyprany umysł jakiegoś człowieka czy postawiona za późno diagnoza. Wisienką na torcie jest wielki, szklany baniak z drucianą siateczką na dole, z którego w barze V. leją "strukturyzowaną wodę", 3 zł za 200 ml. Oszustwa medyczne (med-alt) to wszakże pewna odmiana oszustw naukowych (strukturyzowanie wody, promieniowanie kamieni itp.).

Idiotyzm jest zapakowany w zwyczajne opakowanie. Wnętrze przypomina bar-stołówkę z metalowymi kuwetami z jedzeniem za szybą. Nie jest tam nawet zbyt hindusko mimo tego Kriszny na ścianach - ot, mieszanka ikeowska. Oferta spirytualistyczna jest dopasowana do profilu polskiego odbiorcy i mieści się w przyswajalnym dla niego new age'owym nurcie bądź gdzieś na jego obrzeżach. Książki mają ładne zdjęcia, a plakaty strawny dizajn. Irracjonalizm jest sprzedawany w zrozumiałym, kulturowo nam dostępnym modelu konsumenckim i skrojony na naszą miarę poznawczo-estetyczną. Nie stanowi tylko dekoracji: jest nam sprzedawany.

2. Guru przebija licznik

Guru Ching Hai
Bar L. to dla porównania z V. niemal placówka wietnamskiej sekty religijnej. Jego wygląd także jest właściwie normalny, lecz po chwili obserwacji zauważymy, że wietnamska obsługa usiłuje w kiczowo-barowym wnętrzu z chromowanymi krzesłami i blatami w plastikowy marmurek prowadzić restaurację z obsługą kelnerską. Menu to jedyna w swoim rodzaju mieszanka miniaturowych fotografii jedzenia z ich wietnamskimi opisami dręczona wyraźnym horror vacui. Wokół baru do zamówionych w małej poligrafii szyldów dodano ręcznie wykonane aktualizacje oferty na kartonowych tackach. I uwaga: klimatu tego uroczego miejsca dopełnia telewizor w rogu, na którym w kółko leci program przedstawiający myśl i wpływ pewnej guru (może całej sekty, nie jestem pewny) będącej zarazem sprawną bizneswoman. Pięknym widokom z Azji Południowo-Wschodniej towarzyszą historie ludzi, którym guru zmieniła życie i której słowo ponieśli w świat, zmieniając losy np. napotkanego taksówkarza. Program opatrzony jest podpisami w dwudziestu językach jednocześnie. Teksty na kolorowych paskach, w alfabetach pisanych od prawa do lewa i z lewa do prawa, a także zapisywanych pionowo, zajmują dobre 2/3 wizji. Szał.

Wnętrze LH

Z chęcią wracam do L. Mimo otwarcie prowadzonej agitacji irracjonalnej, opakowanie jest tak niedorzeczne i kosmiczne, że w polskim kontekście stanowi co najwyżej dekorację. (Ze zdumieniem odkryłem, że ów bar należy do międzynarodowej sieci sklepów i barów wegańskich, której strona internetowa znakomicie pasuje do wystroju: wygląda jak zrobiona przez dziesięciolatka w roku 1997. Nie wiem, czy w każdej placówce prowadzi się indoktrynację religijną z telewizorka, czy to tylko inicjatywa warszawskich wyznawców bogini). Potoki spirytualnej miłości i zaświadczenia o zmienianiu życia przez nawiedzoną guru to coś z innego wymiaru, co nawet człowiek naiwny może podziwiać tylko na zasadzie fascynacji kampem. W tym sensie wietnamska bogini przebija licznik niemal jak Aśtar Szeran. Kupując u niej, wspieram nie tyle indoktrynację jak w V., ile tęczowy cyrk. Istnieje też jednak praktyczny wymiar miłosnego przesłania guru - sprzedawane jedzenie jest wegańskie i cruelty free. 

3. Wegemięso

Leci głośna arabska muzyka pop. Syryjscy kucharze co chwilę wykrzykują łamaną polszczyzną liczebniki przez trzeszczący głośnik - numery kolejnych zamówień. W panującym ścisku ludzi przy stołach co chwilę potrącają lawirujące między stolikami kelnerki i szukający miejsca klienci. Niekiedy pojawia się pękaty, uśmiechnięty, wąsaty jegomość w firmowej koszulce polo, który okiem właściciela dogląda sali i czasem rozdaje dzieciom ciasteczka na koszt firmy. Hałas, zapach i ścisk sprawiają, że w pamięci ożywają sceny z Maroka i Iranu. To jest chyba wbrew intencjom właściciela, który, jak czytam w wywiadzie, chciałby nadać arabskiemu jedzeniu nową, restauracyjną twarz, odległą od "brudnej budki" z kebabem.

Bar A. oferuje bogaty wybór arabskiego (czy też po fastfoodowemu arabskopodobnego) jedzenia, z czego 80% to zabite zwierzęta. Wśród nich wypatrzyliśmy sobie kilka potraw wegetariańskich, które jadamy na przemian. Bar ma niezaprzeczalny urok. Jest dobrze skomunikowany. Przejażdżka na rowerze do niego jest miła. Nawet metro jest tuż obok, a w dodatku stacja zyskała kiedyś miano najładniejszej stacji świata ostatnich lat. Jednak jedząc w A., wiem, że wspieram swoimi pieniędzmi fastfoodową sieć, która codziennie kupuje wielką ilość kebabowego mięsa. To właściwie trochę inaczej opakowany KFC czy McDonald's, w którym nie zjadłbym nawet kapuścianego fusa, nawet gdyby podsuwano mi tam darmowe sałatki wylewające się z kuwet.

I w sumie...

Vero uważa, że z baru V. jest większy pożytek niż szkoda: promowanie wegetariańskiego jedzenia. Że jedzenie choćby wegetariańskich rzeczy w barze A. jest mniej odpowiedzialne społecznie i ekologicznie niż ewentualne ryzyko wspomagania irracjonalnej myśli promowanej w V. lub L., na którą przychodzący tam ludzie nie zwracają uwagi lub umieją się przed nią obronić. Zgadzam się z tym w przypadku wietnamskiego L., ale nie w przypadku V. Oczywiście nikt nie każe mi kupować tam strukturyzowanej wody czy kawy 5 przemian ani chodzić na ogłaszane na ulotkach spotkania, niemniej wydając swoje 20 zł, wspomagam intelektualną masakrę skrojoną w taki sposób, o którym wiem po lekturze licznych forów o homeopatii, terapii Gersona i innych potwornościach, że ma dużą moc infekowania. Oczywiście nie sposób obliczyć szkodliwości tego miejsca i określić, jaki odsetek klientów bierze to wszystko na poważnie. Ten popularny bar jako instytucja w czynny sposób potwierdza jednak szkodliwy bullshit i zarabia na nim, a więc świadomie go szerzy. 

Myślę, że trzy pokazane przypadki to jakiś rodzaj skali czy kręgu wyborów, przed którymi stają wegetarianie i, szerzej, osoby nastawione na odpowiedzialną konsumpcję. A zarazem chodzi o sprawy, o których przeważnie się nie mówi, gdyż odpowiedzialność konsumencka w dzisiejszym dyskursie to prawa pracowników i ekologiczność. V. prezentuje tu szkodliwy irracjonalizm, A. to wspieranie śmierci zwierząt, L. to dryfowanie ku ubiznesowionej religii, i to dziwacznej, co jest pewną odmianą wykroczenia V. Z pewnością nie ma tu miejsca żaden diabelski trójkąt i są takie knajpy, które sprzedają jedzenie wege bez dawania miejsca na promocję irracjonalizmu czy religii. Warto je wspierać.

Foto: 1) Wikimedia, 2) sxc.hu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!