6 marca 2013

W brzuchu Wilczycy

Przeczytałem przedwczoraj, że w ramach nowego rozporządzenia unijnego wszyscy przewoźnicy autobusowi/autokarowi w Unii zostali objęci jednolitym systemem obowiązków: żadnej dyskryminacji p/w niepełnosprawności, jednakowe ceny niezależne od kraju pochodzenia pasażera, a przede wszystkim możliwość domagania się zwrotu kosztów biletu, jeśli odjazd autobusu spóźnia się o dłużej niż 2 h na trasie 250+ km, jeśli zaś opóźnienie wyniesie 90 min lub więcej, przewoźnik musi zapewnić pasażerom odpowiednią pomoc - przekąski, posiłki, napoje - oraz ewentualne zakwaterowanie.

Wizja pasażera: człowiek żyjący w ramach ścisłego harmonogramu. Jednocześnie zaś istota, która musi być nieustannie odżywiana, pojona i otaczana opieką. Może to być dziecko z mukowiscydozą lub wąsko wyspecjalizowany ekspert, który zanurzony w głębinach swojej dziedziny zatracił zdolność samodzielnego życia, a trzeba go przewieźć z jednej korporacyjnej wieży do innej, by mógł na czas Rozwiązać Problem. Prawo raczej nie definiuje norm explicite, lecz raczej wyznacza ramy legalności, a ramy to granice, a więc ekstrema, a więc rzeczy rzadko się ziszczające. Lecz mimo wszystko wizja autobusu pełnego nadwrażliwych śpiewaków operowych, superhakerów o szklistych oczach, w których odbijają się zielone cyfry z ekranu laptopa, oraz upośledzonych dzieci, którym drużyna w czerwonych uniformach podłącza kroplówki, ociera ślinę i poprawia koce - ta wizja siedzi wraz z nami w ostatnim rzędzie tego prawnego autokaru. 


Zderza się z nią w milczeniu inna wizja, którą konotuje słowo "podróż". Podróżnik to człowiek zaradny. Choćby była to zaradność babci z Lublina, która jedzie do rodziny we Wrocławiu, wyposażona w baterię słoików i worek gotowanych jaj, człowiek wkracza w podróż jak w alternatywny czas poza zwyczajną koleją rzeczy, gotowy na nieoczekiwane sytuacje i konfrontacje. To jasne, że już od stu czy dwustu lat w Europie - nawet w Polsce - podróż jest bezpieczna, a zagrożenia raczej urojone, anegdotyczne, miejsko-legendowe (hivoman ze strzykawką na dworcu w Katowicach). Niemniej rytuały wkraczania w czas choćby banalnej podróży (bilet, bagaż, miejsce) - które są mi tak bliskie, bo najeździłem się po Polsce i świecie co niemiara - pozwalają poczuć zbliżający się podróżny rauszyk nadchodzących wyzwań i porzucenia  "codzienności dziennego kiczu". 

* Szczeniaczek popiera moje słowa
W jakimś sensie unijne rozporządzenie, wyznaczając ekstrema, których nie można przekroczyć, i standaryzując wszystko z góry, odbiera podróży część i romantycznie, i dosłownie (etnologicznie) pojętej magii. Niewiadoma otrzymuje granice i systemy - przestaje być niewiadomą. A właśnie na niewiadomej (czyli na ewentualności niebezpieczeństwa) opiera się cała podróżna alternatywa, travelerska przygoda odwróconego czasu. Jasne, że prawne regulacje podróży były od zawsze, lecz jakoś zbiegały się z pradawną, "naturalną" umową między przewoźnikiem a podróżnym. Dziś, jeśli autobus opóźni odjazd o 91 minut, obsługa (a jej ręką - gromada prawników) musi podać przekąskę. Ta przekąska to sedno enigmy: czy ludzie wsiadają do autobusów wyniszczeni głodem, tak że po 90 minutach muszą otrzymać dawkę kalorii, inaczej dojdzie do tragedii? To jasne, że wręczenie ptiberów nie ma przed niczym zabezpieczać; nie jest to też nawet gest ustalający hierarchie czy znieważający, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. To komunikat od państwa do obywateli. Przekąska co półtorej godziny ma przypomnieć europejskiemu pasażerowi w nietypowej chwili awarii - jedynej, w której faktycznie mógłby choć na chwilę o tym zapomnieć, sądząc, że stoi u bram niewiadomej - iż całą podróżną sytuację/interakcję nieodwołalnie reguluje euromaszyna, czyli Wilczyca, silna i opiekuńcza, o żelaznych kłach i sutkach zawsze gotowych trysnąć ciepłym mlekiem. 

Nie chciałbym, by moje słowa ktoś odczytał jako prostą krytykę Unii. Regulacje unijne to część szerokiej wizji obywatela, który w pełni korzysta z osiągnięć cywilizacji, w tym ochronnego, inkluzywnego, powszechnego systemu prawnego. Taka jest klientocentryczna logika unijnego postępu, sprawiająca, że gdy wsiada do autobusu człowiek faktycznie poszkodowany, starszy czy niepełnosprawny (dla którego emocje podróżne to przerażenie i bezsilność, a nie seksowny rauszyk), przejażdżka w brzuchu Wilczycy jest dlań przyjemna. Jest to dobre i tak powinno być.

Przewoźnik w Maroku albo Iranie nie potrzebuje niczego poza zdezelowanym autem i (bardzo tanim) paliwem, ale i niczego nie gwarantuje: ani punktualności (ha ha!), ani bezpieczeństwa (choć rzecz się dzieje w ramach innych złożonych systemów regulacji i pomocy, na których opisanie nie ma tu miejsca). Przejażdżka kijowską marszrutką czy autokarem linii Gazal gdzieś w górach Elburz to specyficzne przygody. Wiadomo też, że w Polsce unijnej z biegiem czasu, nawet na lokalnych liniach na Wschodzie, oddalimy się od wizji podróży-jako-przekraczania-granicy, podróż bowiem zostanie na dobre wprasowana, wdeptana łapami Wilczycy w jednorodną tkankę świeckiej zwyczajności. A i drobne linie lokalne dysponujące flotą pięciu rozklekotanych, przepełnionych vanów, w których grzmią przeboje lata i swój aromatyczny woal rozpościerają Viceroye, z biegiem czasu utoną w mleku Wilczycy, bo nie będzie ich stać na odszkodowania za opóźnienia czy stałe podtrzymywanie zapasu herbatników na wypadek awarii. W końcu wyprą ich sieci drogowych potentatów podstawiających pachnące zielonym jabłuszkiem Bovy i Setary. Potem małe linie odrodzą się pewnie znowu, reinkarnowane z dotacji, nowoczesne, trzeciosektorowe, spartycypowane i małoojczyznowe. A my już wtedy będziemy tak bogaci i zepsuci, że propozycję wkroczenia na pokład bez klimy, WC i telewizorka w fotelu uznamy za obrazę. I tak nasz rejon Europy się wychładza, podróż staje się transportem. Po gorący dreszcz niewiadomego trzeba będzie jechać, jak wiadomo, na Wschód - tam musi być jakaś cywilizacja.

Foto: sxc.hu