19 grudnia 2012

Dziwnie roztargnione gołębie

Moja krótka teoryjka na temat gołębi. Przyszła mi do głowy po przeprowadzeniu się z Krakowa do Warszawy. W Krakowie tylko zdziecinniali starcy i równie zdziecinniali turyści karmią gołębie. W oku krakowianina to tak, jakby rzucać jedzenie szczurom. Wiadomo rzecz jasna, i mieszkańcy papieskiego grodu nie są na to ślepi, że za gołębiem otwiera się inny wachlarz konotacji niż za szczurem. Może dlatego, zmagając się ze sprzecznymi komunikatami kultury Zachodu, w której gołąbek  a przecież de facto latający szczur  nosi w dzióbku gałązkę oliwną tudzież symbolizuje pokój, pochodzący z Krakowa Orbitowski stworzył w pewnej książce znakomite porównanie jednego z bohaterów do złośliwego starca rzucającego okruszki gołębiom. Aby, gdy podejdą, tłuc je laską. 

W każdym razie niejednokrotnie oglądałem w Warszawie obsceniczne spektakle dokarmiania gołębi i to odgrywane nie przez turystów, którzy, podróżując, trwają chwilowo w świecie pomiędzy i z tego oszołomienia robią różne dzikie rzeczy, tylko autochtonów. Ale spójrzmy: prowadzi się kampanie chroniące wilki, a myśliwych strzelających do tych zwierząt uznaje się za barbarzyńców  bo wilków kiedyś było dużo, a dzisiaj jest mało. Zagęszczenie szkodnika jest odwrotnie proporcjonalne do jego statusu. Gdyby w Warszawie było tyle samo gołębi co w Krakowie, też tłukłoby się je tą przysłowiową laską. Ale właściwie dlaczego warszawska populacja gołębi jest tak mizerna?  zadałem sobie pytanie. Dlaczego tutaj te bezczelne gnojki nie paradują z kromką chleba na szyi jak w Krk, tak leniwe i oswojone, że wolą przejść przejściem podziemnym między ludźmi niż przelecieć nad ulicą? Dlaczego w stolicy żaden gołąb nie będzie wydziobywał ci z ubrania okruchów kebabu? Dobrze, zwracam część honoru, podobno jest w Wawie gołąb, który regularnie jeździ kilka przystanków metrem. Jednak szerszy ogląd wskazuje jednoznacznie, że Warszawę gołębie kolonizują niechętnie, przez co przypominają normalne ptaki, a nie niczego się niebojącą gangsterską dzicz. 

Oto hipotezka do teoryjki, ale wyjdźmy w świat i spójrzmy na miasta Włoch  Cremona, Padwa, Florencja, Rzym, Wenecja to gołębiowe potęgi. To zarazem miasta, których część zabudowy ma ponad tysiąc lat, a na pewno sięga średniowiecza. Najwyraźniej gołębiom wystarczy pięć czy siedem wieków, by poczuły się jak w domu, bo zabudowa krakowskiego Rynku, jakim go znamy, zaczyna się w XIII stuleciu. Warszawa też jest stara, tyle że nic z niej nie zostało po wojnie. I oto sedno teoryjki: istnieje pewien czynnik (lub szereg przenikających się czynników) działający na zabudowę miast, który wzmaga się z czasem, powodując chętniejsze zasiedlenie przez gołębie.

Przez stulecia budynki osiadają, delikatnie się odkształcają. Cegła zastyga w uścisku drewnianych więźb. Wektory naprężeń sklepień opadają o milimetr na wiek. W mury przesiąka wilgoć, a wraz z nią miliardy komórek i tysiące odmian grzybów, mchów, roztoczy, bakterii o nazwach niemożliwych do wymówienia, które prowadzą tam swoje tajemne cykle metaboliczne. Deszcze i sadze malują budowle kolejnymi warstwami nagarów i solnych wykwitów. Obok tego wszystkiego  pokolenia ludzi, ich wibracje. Miasto śpiewa swoją pieśń, a może szepcze swój szept. Niesłychanie złożone, bardzo stare środowisko pachnie, wygląda i rezonuje inaczej niż Gdynia, Radom, Łódź, gdzie nie ma nadmiaru gołębi.


Osobliwy czynnik przyciąga gołębie jak kusicielska, snująca się w przestworzach wstęga. Ciągną jej śladem, migrując do Krakowa, by wtulić się, wpełznąć gdzieś pod dachem między wyszczerbione, omszałe cegły. Na Rynku zaś niezawodni turyści gotowi są płacić za rożek ziarna, by się nim posypać i pozwolić obsiąść chmarze szarych szczurków. I kiedy spojrzeć w szkliste, tępe oczko gołębia, na krótką chwilę przychodzi myśl, że choćbyś nie był mądry czy wyjątkowy, to i tak możesz żyć tajemnicą, kierować się tajemnicą, stanowić tajemnicę  nawet dla siebie.

Foto: sxc.hu