29 maja 2012

Komunikaty brody

Tekst ten miał towarzyszyć cyklowi fotografii o temacie "broda" i znaleźć się w albumie, lecz ponieważ do projektu nie doszło, zachęcam do przeczytania tu. Załączone zdjęcia nie są częścią tego cyklu, wziąłem je z sxc.hu po prostu po to, by cieszyły oko. Dziękuję Mariuszowi Nierodzie za owocną rozmowę.

Jakiś czas temu mój znajomy wybrał się do Egiptu. Na granicy wzbudził podejrzenia pograniczników. Dokładnie przeszukano jego bagaż i zabrano go na przesłuchanie. Czy ma coś wspólnego z Al Kaidą? Jeśli nie, jak twierdzi, to dlaczego nosi taką brodę? Mój znajomy był bezradny. Broda jak broda, co tu odpowiedzieć? Wreszcie okazało się, że chodzi o brodę długą, specyficznie „zapuszczoną”, a w dodatku noszoną bez wąsów. Dla polskiego turysty była to po prostu kwestia mody. Dla pogranicznika z Egiptu całkowicie jasny przekaz: „Jestem islamskim ekstremistą”.

Przypadek mojego kolegi jasno dowodzi, że zarost na twarzy jest komunikatem, i to w dodatku takim, który w różnych kontekstach i kulturach nabiera różnych znaczeń. Rządzą nim reguły zarostowego języka. Inny znajomy zapuścił (czy raczej wciąż bez końca zapuszcza) dziki, krzaczasty zarost bez żadnej formy – „żyjący własnym życiem”, jak powiada – gdyż jako lewicowiec i anarchista odwołuje się w ten sposób do postaci Kropotkina, Bakunina i Marksa. (Jest od nich nawet bardziej ekstremalny, bo ma także dready!). Bujna broda sygnalizuje tu więc niechęć wobec systemowych rozwiązań i utartych ścieżek. Być może nie mielibyśmy teorii ewolucji, gdyby nie przypominała Darwinowi przy każdym spojrzeniu w lustro, że powinien myśleć śmielej niż jego koledzy z akademii. Kto wie, czy poznalibyśmy losy Anny Kareniny, gdyby wielki nonkonformista Tołstoj nie miał czego gładzić, szukając właściwych fraz. Oczywiście wszyscy dziewiętnastowieczni wizjonerzy, których wymieniłem, ubrani są na zdjęciach w garnitury i upozowani na poważnych dżentelmenów, gdyż komunikatem jest nie tylko broda, ale także ubiór, mimika etc. Mimo to, patrząc na czarno-białe odbitki, odnosi się przemożne wrażenie, że choć ludzie ci pozostawali w karbach dyscypliny intelektualnej, dzikość ich zarostu na pewno szokowała osoby ze środowisk, w jakich żyli.


Broda bywa jednak również komunikatem o przeciwnym znaczeniu – okazuje poparcie dla grupy i wspólnie wyznawanej idei. W sporej części Bliskiego Wschodu zapuszczenie wąsów lub brody – przeważnie jednak w pewnym stopniu okiełznanej – oznacza męską dojrzałość i przyjęcie na siebie odpowiedzialności wynikającej z życia w rodzinie, klanie. (Wiedz zatem, że jeśli pracodawca czy znajomi krzywo patrzą na twoją brodę, są takie miejsca na Ziemi, gdzie będziesz z nią ciepło przyjęty. Jeśli jednak przeprowadzka jest ci nie w smak, zawsze możesz skorzystać z pomocy Frontu Wyzwolenia Brody, brytyjskiej organizacji mającej na celu ochronę przed dyskryminacją osób z brodą). Niekiedy brody nosi się wręcz z nakazu obyczaju – jak to się dzieje w wypadku muzułmańskich duchownych, polityków czy urzędników – bądź reguł prawa, obowiązującego na przykład w korpusach irańskich Strażników Rewolucji albo w całym Teheranie za czasów Ahmadineżada w roli burmistrza, który wydał urzędowy nakaz zapuszczania bród jako komunikat przywiązania ludu do wartości szyickich.

Bo broda to nie tylko rewolucja, to przecież także tradycja – pokażcie mi proroka bez brody! Wzorując się na religijnych mędrcach, zapuszczają ją żydowscy kapłani i prawosławni popi. Lecz prorok to nie tylko „człowiek systemu” i obrońca wiary, to także wizjoner, odnowiciel, nierzadko wręcz obrazoburca, a więc człowiek stojący na pograniczu między starym i nowym, między jedną a drugą opowieścią o tym, jak wyjaśniać świat. Broda znakomicie nadaje się na jego atrybut – jest czymś dwoistym, mocno zakorzenionym w ciele, a jednocześnie wystającym na zewnątrz. To nieodłączna część człowieka, ale chaotyczna, jakby „roślinna” i „zwierzęca” zarazem, wyraźnie różniąca się od części ciała. Zarost na twarzy otacza usta, najważniejszy organ proroka będący bramą do boskiego objawienia. Kto wie, dokąd sięgają korzenie brody, może do wnętrza głowy lub natchnionego przez bogów serca? Inne typy religijnych wizjonerów czy postaci z pogranicza między światem doczesnym i duchowym również kojarzą się z brodą: jurodiwy, derwisz, dziad proszalny, wróż, szaman. Ten ostatni przywdziewa się też w emblematy zwierzęce – ptasie pióra, futra, pazury – na znak stanu nieustannego pobytu pomiędzy tym, co znane, i tym, co zaświatowe, dzikie. Dziki człowiek, bestia, zwierzak musi mieć brodę i nie ma mowy o ustępstwach na rzecz społecznego gorsetu (garnituru), jaki dobrowolnie zakładali Tołstoj czy Whitman.

Przypomina mi to o kolejnej obserwacji z lotniska. Niedawno przyglądałem się trzem włoskim surferom, którzy wybierali się popływać w morzach północnej Afryki. Każdym gestem komunikowali swój luz, swobodę i nonkonformizm. Ich wygląd wystylizowany był na dzikich facetów, grizzly menów, jak gdyby więcej czasu spędzali przy pile spalinowej albo w psim zaprzęgu niż w mediolańskim biurze. Ważnym elementem ich image’u były długie kręcone włosy, gęste wąsy i brody. A jednak coś zgrzytało w tym wizerunku drwala. Włosi mieli skórzane kurtki, ale modne i nowe; dżinsy co prawda przetarte, ale fabrycznie; zegarki – z najnowszej kolekcji; czyściutke sznurówki w caterpillarach rozwiązane nie przez niedbałość, lecz z wyrachowaniem; włosy – lśniące od kosmetyków i starannie ułożone na nieład; i wreszcie brody: przytrymowane, ulizane, wygładzone, kojarzące się raczej z dyrektorem działu marketingu niż z traperem z Missouri.

Tak oto przejawiają się nasze dzisiejsze ostrożne transakcje i negocjacje między światem tradycyjnych symboli a praktyką życia w nowoczesnym świecie. Pragniemy zjeść kulturowe ciastko i zarazem wciąż je mieć. Chcemy korzystać z zalet brody. Wskazywali je mężczyźni sportretowani w albumie: to komunikat o męskości i mocy seksualnej (Dionizos, Zeus i Pan są brodaci!). Chcemy też jednak uniknąć historycznego obciążenia zarostu – skojarzeń z niemodnymi ideologiami, wiejskością, ubóstwem, radykalizmem. „Jestem męski i dziki” – mówi broda, „jestem kulturalny i bogaty” – dopowiada jej czysto-schludny kontekst, w którym nie ma miejsca na brud i znój fizycznego wysiłku innego niż pluskanie się w falach Atlantyku. Trymowanie i układanie obniża ryzyko – ryzyko posądzenia o faktyczną wizjonerską dzikość serca i umysłu, która przecież bywa niebezpieczna w naszym ułożonym świecie i nie zawsze stanowi pożądany kapitał, którym chcemy się chwalić. Nauka z tego taka: jeśli chcesz być po nowoczesnemu „kreatywny”, nie stając się jednocześnie niebezpiecznym rewolucjonistą, zapuść brodę – i starannie ją pielęgnuj.

Niezależnie jednak od tego, czy mężczyzna ma na rękach odciski od siekiery, czy od myszki, broda go wyróżnia. Jeśli jest coś, co łączy wszystkie brody świata – a przynajmniej te z kręgu euroatlantyckiego – to jest to sprawianie, że ich posiadacze wydają się wyjątkowi. Zarost coś komunikuje, podczas gdy „łyse” twarze pozostają milczące i anonimowe. Brodacz raczej nie zechce kroczyć równym krokiem w karnym szeregu, a jeśli nawet postanowi włączyć się w masowy ruch, stanie na jego czele lub będzie głosem krytyki. A nawet broda-gadżet, którą nosi się bezideowo, chwilowo czy w pogoni za modą, to już coś w miejsce niczego, szept wobec ciszy.

Foto: sxc.hu

12 maja 2012

Jaka armia dla Polski

Rzadko wypowiadam konkretne propozycje zmian w państwie, ale jak już to robię, to aż dziw bierze, że jeszcze nie jestem premierem lub chociaż ministrem. Oto pomysł na polską armię. Dziękuję Maksowi za inspirującą rozmowę (świat czeka na Twojego bloga, Max!).

Fakty:

1. Polska jest krajem biednym, którego nie stać na nowoczesny sprzęt wojskowy, taki jak samoloty szturmowe, zróżnicowana i rozbudowana flota, nowoczesne wojska pancerne.

2. Ten nasz ubogi kraj w 2009 roku w pełni sprofesjonalizował armię. Taki krok w wypadku krajów technicznie i/lub finansowo słabych jest osobliwy, ale się dokonał (co zresztą bardzo popieram).

3. Aspekt kulturowy: w Polsce tradycje wojskowe są mocno rozbudowane, etos militarny - silny, pozycja wojskowych - wysoka, budżet na wojsko dobrze zabezpieczony i stosunkowo wysoki. W dobie misji międzynarodowych mocną pozycję medialną i PR-ową zyskały jednostki Grom.

4. O ile w wypadku lotnictwa czy marynarki głównym problemem rozwoju i warunkiem sine qua non są pieniądze na sprzęt, o tyle w wypadku wojsk piechoty - choć pieniądze są ważne - podstawowe czynniki są mniej zależne od finansów, a bardziej od jakości "materiału ludzkiego": morale i wyszkolenia. Po odejściu z wojska obowiązkowych zdemoralizowanych poborowych, których znamy głównie w wersji zapity-agresywny-debil-w-PKP, do armii trafiają kolejne roczniki ludzi, którzy faktycznie chcą tam być - oto największa korzyść uzawodowienia. 

5. Nowoczesne konflikty, w których Polska bierze udział - i brać będzie w nadchodzących dekadach - to przedsięwzięcia wielonarodowe, w których każdy dorzuca swoją cegiełkę i powstaje mniej lub bardziej skuteczna mozaika specjalistów i grup.

Wnioski:

A. Z powyższych punktów wynika, że Polsce najłatwiej byłoby rozwijać wojska lądowe - piechotę. Sytuacja wojsko zawodowe + brak środków na samoloty/statki wymuszać powinna zainteresowanie siłami lądowymi i piechotą. W dziedzinie marynarki i lotnictwa skupiać się należy na wspomaganiu i ochronie działań piechoty (na transporcie, logistyce, rozpoznaniu, ewakuacji i leczeniu, wsparciu bojowym, wojnie/ochronie informacyjnej), zamiast inwestować w F16 i niszczyciele rakietowe, na których nabywanie i obsługę nas nie stać. Dysproporcja wynikająca ze specjalizacji (mamy piechotę, słabujemy na niebie) nie jest zbyt istotna w działaniach NATO, przy których inne państwa mogą dostarczyć innych puzzli do tej układanki. Już się to zresztą dzieje: polskie oddziały transportowane są na Bliski Wschód samolotami z USA, gdyż Polsce brakuje odpowiednich maszyn. Zasadnicze znaczenie miałoby niedrogie uzbrojenie służące mechanizacji i informatyzacji piechoty: transportery opancerzone, lekkie i średnie czołgi, samochody, szeroka gama broni ręcznej i montowanej na pojazdach. Koszt nabycia i utrzymywania jednego myśliwca szturmowego przekłada się na bardzo rozbudowaną bazę zasobów dla piechoty zmechanizowanej i zinformatyzowanej - supernowoczesnych jednostek XXI wieku, które nazywał będę piechotą wspomaganą. 


B. Słowem-kluczem jest specjalizacja. Odzyskawszy znaczne środki z błędnej strategicznej wizji Polski jako potęgi militarnej na wszystkich polach, należy przeznaczyć je na wyszkolenie piechoty. Przez wyszkolenie rozumiem doprowadzenie jej do najwyższego światowego standardu. Ważnym, wykonanym już krokiem są polskie doświadczenia z misji zagranicznych, w czasie których wypromowano m.in. właśnie Grom. 

Rzecz jasna szkolenie to nie tylko bieganie przez opony. Musiałoby ono zostać opracowane z największą starannością i uwzględnieniem trenerów, lekarzy, dietetyków, psychologów (obok tych pomagających w przypadkach traumy, także tych zajmujących się sportem i motywacją). Nie wspominam o informatykach/specjalistach IT, bo ci nie stanowiliby "obsługi", lecz kluczowy element ludzki w szkoleniu i działaniach bojowych. Cel znaczącego podniesienia jakości żołnierza wymaga zatrudniania wyłącznie najlepszych, doświadczonych i sprawdzonych konsultantów - w tym, wobec braku Polaków, osób z zagranicy. Polska Armia staje się wówczas niezwykle pożądanym i prestiżowym pracodawcą. Posiadanie epizodu wojskowego w CV czyni wówczas z pracownika osobę pożądaną na rynku pracy. Skutkuje to zarazem ciśnieniem na uczelnie wyższe i kształceniem doborowej kadry na miejscu. 

C. Jednocześnie, co oczywiste, armia zostaje zaopatrzona w wiodący sprzęt wojskowy do działań piechoty wspomaganej. Już obecnie dysponujemy pewną ilością niezłych transporterów, broni ręcznej, karabinów snajperskich itp. Doposażyć należy ją w elektroniczne systemy i centra wspomagania piechoty, a przyszłych zakupów dokonywać właśnie z myślą o prymacie piechoty wspomaganej w ramach opracowanego spójnego systemu logistycznego i operacyjnego. 

Kiedy każdy piechociarz staje się komandosem, kim byliby najlepsi wśród nich? Najostrzejsze szkolenia przechodzić mogą grupy antyterrorystyczne, do chirurgicznych operacji odbijania zakładników lub niszczenia niewielkich celów. Przy odpowiednim szkoleniu i dofinansowaniu Polskie jednostki specjalne miałyby szansę - w kulturze armii, o jakiej tu mowa - prześcignąć SAS i dorównać GSG9.

D. Ponieważ polska piechota wspomagana stałaby się istotnym czynnikiem zabezpieczania polskich interesów dyplomatycznych w misjach zagranicznych, musiałaby być ona przystosowana do walki w najróżniejszych teatrach działań wojennych. Polska świetnie się do tego nadaje: mamy zimę i lato, góry i równiny, morze, rzeki, bagna i lasy. Sojusznicze placówki bliskowschodnie to miejsce do treningu pustynnego, a południowoamerykańskie - do warunków dżungli i tropiku. Polska Armia musiałaby utrzymywać i rozwijać sieć przyjaznych powiązań międzynarodowych, co zawsze łączy się z zainteresowaniem ekonomicznym. 

E. Ponieważ Polska jest krajem ubogim i ma skromne zaplecze badawczo-rozwojowe, polski przemysł zbrojeniowy w XXI wieku raczej nie będzie konkurencyjny wobec przemysłów wiodących gospodarek świata. Dzisiejsi polscy producenci broni mogliby więc zamienić się w ośrodki oceny, wyboru i adaptacji do polskich potrzeb tego, co jest rozwijane na świecie (systemy łączności satelitarnej i szyfrowania, nowinki z dziedziny robotyki i broni ręcznej), ewentualnie nabywania licencji i rozwijania produkcji określonych wyrobów. Mogliby także produkować specyficznie polskie akcesoria lub rozwijać polski firmware do nabywanych systemów. Wszystko to zorganizowane, znowu, w oparciu o prymat wojsk piechoty wspomaganej, czyli jedną i klarowną wizję polskiej aktywnej obronności.

F. Wraz ze wzrostem prestiżu armii i jej kulturowej akceptacji można stopniowo wdrożyć system obrony obywatelskiej (od lat optuje za nim Max i podniósł go w czasie naszej rozmowy na ten temat) na wzór skandynawski lub szwajcarski. Polska posiada dobrą glebę kulturową - etos partyzancko-powstaniowy, silny patriotyzm, w tym lokalny - dla takich działań. Osobiście z przyczyn ideowych nie popieram takiego długofalowego rozwiązania - uważam, że żadnego obywatela nie wolno zmuszać do służby z bronią w ręku, a agitacja promilitarna to narzędzie konserwatywnej prawicy. Jednak jego praktyczne korzyści dla obronności kraju są nie do przecenienia. Wiemy, że nie jesteśmy w stanie dotrzymać pola jakimkolwiek poważnym siłom zbrojnym - jeden rosyjski lotniskowiec ma większy potencjał militarny niż całe polskie lotnictwo - a piechota wspomagana byłaby nastawiona głównie na operacje międzynarodowe. Jednak dzięki obronie cywilnej wspomaganej działaniami armii w ciągu kilku dni można przekształcić kraj w piekło dla najeźdźcy, czyli teren działań wszędobylskiej, uzbrojonej, zorganizowanej i wyszkolonej partyzantki. Dobrze pomyślany trening może też pozytywnie oddziaływać na kapitał społeczny: sąsiadów łączyć będą nie tylko miedze i blokowiska, lecz także wspólnie odbywane co rok czy dwa manewry i szkolenia, którym zresztą można nadać charakteru obozu surwiwalowego czy harcerskiej przygody. Można tu nawet zrezygnować z aspektu militarnego i skupić się na powszechnym szkoleniu ludności na wypadek klęsk żywiołowych, katastrof budowlanych, karamboli ulicznych etc. - struktura, trzeźwość decyzyjna, łańcuchy komunikacyjne i nawyki organizacyjne pozostaną.  Piętnastu sąsiadów z dzielnicy zamienia się w sprawnie działający pluton ratowników i organizatorów.

Korzyści mojej Strategii dla Armii:

- Pełne wykorzystanie faktu uzawodowienia armii. (Czerpanie - wreszcie! - z wysokiego morale żołnierzy).
- Pełne wykorzystanie środków finansowych na spójny, technokratyczny program szkolenia i wyposażania armii. Nabywanie dużo korzyści za małe pieniądze. (Nawet najlepsza piechota kosztuje mniej niż samoloty). 
- Możliwość stworzenia wyspecjalizowanych, skutecznych jednostek przy stosunkowo niewielkim budżecie.
- Klarowna, wieloletnia strategia rozwoju armii w nowoczesnych warunkach politycznych.
- Elastyczność rozwoju. (Formacje piechoty łatwiej restrukturyzować, doposażać, modernizować i modelować/szkolić zależnie od potrzeb danego czasu niż np. flotę).
- Plan wpasowany w warunki polskie: kulturowe, geograficzne, polityczne. 
- Wraz ze zwiększoną skutecznością bojową zwiększa się skuteczność osiągania celów politycznych w czasie misji międzynarodowych. 
- Zwiększona możliwość działania na styku wojsko-struktury cywilne (doborowe grupy antyterrorystyczne gotowe do szybkiego reagowania/doradztwa na całym świecie).

Wady:

- Mocniejsze i aktywniejsze zaangażowanie piechoty wspomaganej w misjach skutkowałoby zwiększeniem śmiertelności, która źle wygląda w mediach.
- Obecne struktury decyzyjne w armii są skostniałe i odziedziczone po PRL, gdzie generalicja i oficerstwo przejada duże sumy pieniędzy, a decyzje polityczne przeważają nad praktycznymi (F16, korweta Kościuszko). Możliwe wyjście: misje zagraniczne odbywają się niejako obok zasadniczych struktur dowodzenia armią. To w nich pozyskujemy nowocześnie myślących, znających realia i języki żołnierzy i dowódców. Mógłby to być inkubator nowej armii, który trzeba by wesprzeć jasną wolą polityczną MON-u. 

A teraz czekam na zaproszenie na konsultacje do Warszawy. Salut!

8 maja 2012

Espresso-dō

Czas - wymiar, w którym istnieje byt, jaki znamy. Tempus edax rerum - czas, pożeracz rzeczy - przeraża swoją nieuchronnością, ale jest też ramą życia i świadomości. To warunek i zasada wszystkiego, a przy tym podstawowa miara ludzkiego doświadczenia. Czas nie tylko umożliwia, ale i wymusza bieg odwiecznego koła zmian. Z każdym taktem kosmicznego zegara kwanty materii zmieniają swoje położenie. W czasie trwa wszystko, co kiedykolwiek poznamy. W czasie dzieje się ruch, myśl i pamięć.

Ciśnienie to doświadczanie. Czujemy cokolwiek dzięki naporowi cząstek na mechanoreceptory w ciele. Rozmowa to ciśnienie: słyszymy dzięki temu, że na błonę bębenkową wywierane jest szybko zmieniające się ciśnienie, a mówiący mówi dzięki stworzeniu ciśnienia w płucach i przepchnięciu powietrza przez struny głosowe. Żywe organizmy trwają, prowadząc w swoich wnętrzach nieustanną grę ciśnień; tłoczenie krwi i limfy, osmoza, oddychanie, wydalanie i mnóstwo innych procesów opiera się na wytwarzaniu ciśnienia lub podciśnienia. I wreszcie atmosfera - nieustanna masa powietrza napierająca na nas w każdej sekundzie istnienia - atmosfera z jej wiatrem, deszczem, zapachami - to ciśnienie, ochronna kopuła, bez której nie byłoby życia na Ziemi. Ciśnienie to oddziaływanie, czucie i życie.

Temperatura odpowiada za podstawowe doświadczenia człowieka: ciepło i zimno. Ale od temperatury zależy dużo więcej - kształt rzeczywistości, jaką znamy: jej stany skupienia, możliwość wywierania ciśnienia, rozpuszczalność, reaktywność. Gorąco gwiazd tłoczy w kosmos fotony, które pozwalają istnieć życiu. Temperatura była na samym początku - gdy spadnie do zera, Wszechświat umrze. Temperatura to energia, a więc ruch cząsteczek. Ruch to zmiany i działanie, ciśnienie i czucie.

Czas, ciśnienie i temperatura to trzy podstawowe elementy, które przenikają rzeczywistość na wszystkich poziomach: od kwantowego (obiektywnego, fizycznego) przez osobisty (doświadczalny, subiektywny) po kulturowy (poddający się językowi i refleksji, kształtowany w metaforze).

Te trzy elementy schodzą się harmonijnie przy parzeniu espresso. Każdy z nich jest konieczny, żaden nie jest wystarczający. Medium - to woda, zasada życia. Aby powstała filiżanka kawy, woda musi nabrać odpowiedniej temperatury. Podgrzana, musi oddziaływać przez określony czas. Aby wydobyć eteryczną esencję kawy, musi zostać poddana ciśnieniu.

W ten sposób w filiżance espresso skupiają się trzy konieczne elementy istnienia, życia i czucia. Akt jej parzenia jest małym aktem odnawiania świata.

Pomyśl o tym, wdychając następnym razem aromat espresso.

Foto: 1, 2 i 3 sxc.hu, 4 własne