22 kwietnia 2012

Jak się odchudzać, będąc facetem — cz. II: TRIKI

To druga część tematu Dieta dla faceta. Pierwsza, z przedstawieniem podstawowych zasad odchudzania jako mężczyzna, jest tutaj.

Opisane w tej części triki mają ułatwić redukcję wagi i wzmocnić twoją motywację. Sam wszystkie z powodzeniem wypróbowałem, a ponieważ jestem wegetarianinem, odnoszą się głównie do kuchni wege (którą i tobie gorąco polecam). Większość trików da się jednak zaadaptować do każdej sytuacji.

TRIK: PÓŁ NA STÓŁ

To wariacja na temat popularnej diety MŻ, czyli Mniej Żreć.

Po przeczytaniu pierwszej części koleżanka zadała mi słuszne pytanie, czy każdemu facetowi będzie się chciało liczyć kalorie. Może niektórzy się tym zniechęcą. Trafna uwaga, istnieje takie ryzyko. Oto trik, który odsuwa na bok wszystkie inne porady: jedz o połowę mniej. Ale jak wyznaczyć tę połowę?

Wersja hardkorowa: wymaga lodówki i tupperware'ów. Jedz normalnie, czy też raczej przygotowuj się do normalnego jedzenia. Przykład: robisz sobie normalne śniadanie, niech to będą dwie kanapki z serem, dwie z jajkiem i ogórkiem, herbata z dwoma łyżeczkami cukru. Zjadasz kanapkę z serem, kanapkę z jajkiem, do herbaty sypiesz 1 łyżeczkę. Całą resztę chowasz do lodówki i masz od razu żarcie na jutro. W restauracji: zamawiasz normalny posiłek, zjadasz dokładnie połowę każdego składnika, resztę chowasz do plastikowego pudełka. (Srał ich pies, niech się gapią). W barze: chcesz wypić 4 piwa. Bierzesz jedno, następnie wodę mineralną, potem drugie i znowu woda. Zalety: dokładność; gotowe posiłki na 2 dni. Wady: można wyjść na dziada z pudełkiem na resztki, ale przy odrobinie fantazji możesz to przekuć w pozę proekologicznego hipstera lub posiadacza psa.

Wersja lajtowa: wyobraź sobie, ile byś zjadł, i przyrządź o połowę mniej. Zalety: szybka. Wady: bardzo podatna na samooszukiwanie się; no i co zrobić w restauracji? (Najpiękniejszy reaktor jest przeciwny marnowaniu jedzenia).

TRIK: OLEJ LANIE

W pierwszej części wpisu wytknąłem parę razy, że majonezy i keczupy niepostrzeżenie dokładają ci kalorii, które proponowałem liczyć. Ale czy naprawdę trzeba się rozdrabniać na każdy gram majonezu, każdego skwarka, każdą zeskrobkę z maselniczki? Bez jaj. Dlatego rada jest prosta: po prostu pomiń wszystko, co jest mazistym, ciekłym czy sypkim dodatkiem do jedzenia (majonez, keczup, sos tatarski, wszelkie inne sosy, dressing, winegret, olej, masło, Delma itp., skwarki, cebulka prażona, bita śmietana, posypka czekoladowa, cukier). Zamiast tego połóż sałatę albo przepij wodą czy sokiem pomidorowym bez wódki — znakomity na upały.

TRIK: FAST, FAST FOOD

Jako facet masz mecze w telewizji do obejrzenia i sportowe auta do poprowadzenia, a każda minuta spędzona w kuchni to minuta nie spędzona na modelce. Jak zrobić sobie dietetyczny fast food?

1) Nie obieraj warzyw. Wystarczy, że wiele z nich tylko umyjesz. Ziemniaki w mundurkach mają nawet lepszy, ekologiczny wygląd. Marchew możesz gotować albo i jeść na surowo w skórce (zwłaszcza w sezonie). Niektórzy boją się skórek pomidorów albo obierają jabłka (!) — nigdy tego nie rozumiałem, daj spokój. Wybieraj też te rośliny, które natura sama wpycha nam gotowe do ust: brokuły, kalafior, seler naciowy, por, ogórek, papryka, sałata, rzodkiew (w tym biała, niedoceniana, a dobra, wielka i pożywna), cukinia etc., etc. — jeden ruch nożem i jedzenie jest gotowe (albo w sam raz do krótkiego duszenia).

2) Jedz mrożonki, puszki i słoiki. Drażliwy temat: zadaję teraz kłam tysiącletniej wiedzy naszych matek i babek, że mrożonka to wymysł diabła, a kto ją kupuje, nie tylko niszczy organizm, ale i dowodzi braku Szacunku dla Kuchni. Tymczasem warzywa i owoce tracą najwięcej wartości w czasie transportu i obróbki termicznej, podczas gdy te na mrożonki (dobrych firm) są selekcjonowane (najwyższa jakość) i zamrażane zwykle tuż po zebraniu z pola. W stanie hibernacji są nieczułe na horror przewożenia i zachowują większość witamin, smak i wygląd. Są też od razu pokrojone — czego chcieć więcej? (Słyszałem jednak kiedyś argument, że mrożenie odbiera roślinom energię czi. Z tą wiedzą musisz zmierzyć się samodzielnie...). Co do puszek, możesz w nich kupić pyszną fasolę (podbiła Dziki Zachód), groszek, soję, cieciorkę, pomidory i inne warzywa zalane wodą z solą — sól może być tu pewnym problemem dla ciśnieniowców, ale wówczas dodaj mniej z solniczki. (Mówię tu tylko o puszkach owocowych/warzywnych, bo mięsne są tłuste, tuczące i obrzydliwe). W słoiku znajdziesz groszek z marchewką (pokonać przedszkolną traumę...), fasolę szparagową, kiełki, pikle itd. Jeden ruch ręki i wpadają na talerz.

3) Gotuj krótko i razem. Witarianie to tacy nawiedzeni goście, którzy programowo niczego nie gotują — i mają trochę racji, bo w obróbce termicznej warzywa tracą witaminy, zwiększa się też przyswajalność i IG wszelkich pokarmów (bardziej tuczą). Możesz pójść kroczek w tę stronę — jeśli nie chce ci się gotować, zjedz po prostu żarcie nieprzetworzone, oszczędzisz czas i siły. (Wiadomo wszakże nie od dziś, że prawdziwy mężczyzna nie je miodu, tylko żuje pszczoły). Brokuły, kalafior i cukinia są w pełni strawne bez gotowania. Jeśli jednak chcesz zjeść coś ciepłego, potnij rośliny i wrzuć je na chwilę do duszenia — wszystkie naraz. Kaszę też zagotuj na tej samej patelni. Garść makaronu czy kuskusu dodaj na 10 minut przed końcem duszenia. Pokrojenie ziemniaków (i wszystkiego innego) na małe kawałki redukuje ich czas gotowania o 2/3. No i zamiast doprowadzać wszystko do stanu anihilacji, jedz gorące, lecz półtwarde. Ząb czuje wówczas przyjemny opór (stąd określenie al dente), jedzenie ma fakturę, a nie jest jakąś starczą papką, rośliny nie tracą właściwości, ty zaś oszczędziłeś pół godziny na granie w Diablo III.

4) Gotuj na zapas. Zamiast robić jeden posiłek, zrób od razu na trzy dni. Roboty prawie tyle samo, a potem tylko nakładasz na talerz.

5) Pomyśl o malakserze. Szatkowanie, mielenie, tarcie, zagniatanie ciasta etc. w pełni zautomatyzowane. Malakser kup jednak tylko wtedy, gdy masz miejsce, by stale trzymać go na wierzchu. Jeśli będziesz musiał go wyciągać z szafki i chować za każdym razem, odechce ci się takiego srania i wrócisz do deski i noża.

6) Znajdź bar z chudymi rzeczami. Jeśli gotowanie jako takie wydaje ci się żałosne, spróbuj znaleźć miejsce z dietetycznym jedzeniem. Sprawa jest trudna, bo nawet w barach sałatkowych na roślinność leją majonez i oliwę, większość rzeczy jest smażonych, a sporo trafia do panierki albo zostaje posypanych prażoną cebulką czy innym gównem. (Fajne są bary, gdzie możesz wskazać składniki leżące w kuwetach za szybą). Może jednak znasz odpowiednie miejsca lub jesteś w stanie tak zbajerować kelnerkę, że załatwi ci z kuchni, co chcesz (dieta otwieraczem podrywu).

TRIK: ZAPASY W KREMIE

To sprytny sposobik na walkę z głodem, na który wpadłem niedawno. Wymaga blendera. Otóż:

Gotuję dowolne warzywa z przyprawami przez 10 minut, po czym wrzucam je do blendera. 80% zamieniam w krem trochę tylko rzadszy niż puree. (Jeśli trzeba, stopniowo rozcieńczam go podczas mielenia wodą, w której rośliny się gotowały). Nalewam krem do talerza. Pozostałe 20% warzyw dokładam w postaci niezmielonej, by nie czuć się jak 90-latek. Na górę rzucam szczypiorek czy coś surowego. Nie wiem, jak to działa, ale taki gęsty krem potrafi zapchać człowieka na parę godzin, trzeba tylko zjeść go sporo. (Jeśli nie składa się z samych kartofli, będzie miał śmiesznie niską wartość kaloryczną). Jeżeli zostanie ci trochę mazi, wstaw ją do lodówki — stężeje i można jej używać jak sosu lub pasty na kanapki. Jedząc ją, nie wyobrażaj sobie kociej kupy, tylko raczej Zajebiście Futurystyczną Pożywkę dla Astronautów.

TRIK: DYSPENSA ZASPOKAJACZA

Możesz być nawet srogim Wikingiem, który pożera tylko dziewice i bekon, ale musisz przyznać, że w świecie warzyw znajdą się i takie, które ci smakują. Teraz, odchudzając się, przypomnij sobie, co by to mogło być. Wyszukaj coś, co lubisz, a co ma nie więcej niż 40 kcal/100 g (im mniej, tym lepiej; tu sprawdzisz kalorie). Musi to być łatwo dostępne i proste w przygotowaniu. Jeśli forma surowa ci nie odpowiada, może lepsza będzie postać kiszona lub marynowana. Marchewka, kalarepa, ogórek, pomidor, ogórek kiszony lub konserwowy, pieczarki marynowane, kapusta kiszona — coś na pewno znajdziesz. Możesz też zrobić kombinację kilku składników. Od dziś jest to twój zaspokajacz. Dbaj o to, by zawsze mieć jego zapas w lodówce. Nie musisz go liczyć do tabel, nie musisz się hamować. Jeśli chcesz zjeść dziesięć marchewek albo słoik pieczarek — wal śmiało. Jest to zdrowe, prawie nietuczące i pozwoli ci na odreagowanie od ciągłego ograniczania się. Możesz to jeść między posiłkami i wieczorem. Możesz zabrać ze sobą i podjadać w tramwaju. Zaspokajaj głód bez lęku. Moim zaspokajaczem są marchewki, jabłka i pikle, a w lecie przechodzę na pomidory.

TRIK: MANTRA MOCY

Zdarza się, że mam dość redukcji i chciałbym wreszcie bezkarnie oderżnąć sobie pokaźną kromkę pulchnego chleba z chrupiącą skórką, posmarować ją grubo masłem i nałożyć na nią ogórków z jajkiem i majonezem, wpieprzyć, a potem czynność tę powtórzyć kilka razy. Kiedy moje ręce kręcą się podejrzanie w okolicy szafki z pieczywem, staram się zdyscyplinować umysł przez wypowiedzenie mantry. Ma to mnie sprowadzić na ziemię i uprzytomnić ryzyko zaprzepaszczenia dotychczasowych dokonań. Ma też podkreślić, że jestem twardy jak Roman Bratny. Nie jest właściwie tak ważne znaczenie słów, ile sam fakt ich przywołania, opancerzenia się w nie. Moją mantrą była fraza z Diuny (niemająca nic wspólnego z dietą, ale to nieważne): "Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie". Niezłe mogą być też Hemingwayowskie "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać", które nabiera tu trochę ironicznego wydźwięku, a nawet: "Żadnych kompromisów, nawet w obliczu Armageddonu" wypowiedziane przez Rorschacha z Watchmen

TRIK: JAK W ZEGARECZKU

Podobną zasadę do poniższej proponuje dieta chronometryczna oraz twoja mama. Sprowadza się to do stwierdzenia: nie jedz na noc. Logika jest prosta: rano rytmy dobowe powodują, że organizm wytwarza hormony i enzymy nastawiające go na wysokie obroty. Dzięki temu łatwo trawi jedzenie, przekształcając tłuste i kaloryczne posiłki w energię na dzień. Przez nadchodzące godziny będzie miał siłę i ochotę ją palić. To samo 1800 kcal zjedzone w proporcji 1000 kcal przed godz. 15 plus 800 kcal po 15 będzie miało zupełnie inny efekt niż 600 kcal do 20 plus 1200 kcal po 20, kiedy to organizm szykujący się do snu zmagazynuje sobie zasoby w postaci tłuszczu. Tak więc zasada jedzenia po południu tylko warzyw (i/lub zaspokajaczy, zob. Dyspensa zaspokajacza) będzie jak dopalacz nitro dla szybkości twojej redukcji.

TRIK: BĄDŹ JAK BEAR GRYLLS

To metoda, przyznam, dość squattersko-studencka. Bear Grylls 1) nie ma jedzenia, 2) w środku pustkowia umie się posilić jak na weselu.

Trik jest więc prosty: nie miej jedzenia, zwłaszcza w pojemniku na chleb. (To trudne, gdy mieszkasz z innymi). Rób niewielkie zakupy, kupuj cokolwiek rzadko i do końca korzystaj z tego, co masz w lodówce. Uruchom wyobraźnię. Jabłko, trzy oliwki, kawałek pora, łyżka dżemu, resztka serka wiejskiego, nieco keczupu... Dawniej szedłbyś do sklepu, bo lodówka pusta. Teraz bądź jak Bear Grylls: wymyśl, jak zagospodarować te resztki. Już po paru dniach zobaczysz, jak dużo jedzenia jest w pustej lodówce i że zupełnie spokojnie można się najeść bez pieczywa do wszystkiego.

TRIK: PRZYJEMNE NIESPODZIANKI

Tak, mowa tutaj o lodziku. A konkretnie lodach śmietankowych, które mają przeważnie 150-170 kcal w 100 gramach, lub sorbetowych, miewających nawet dwa razy mniej. Zwróć uwagę na dżemy bez cukru/niskosłodzone (np. Streamline): wiele z nich nie przekracza 100-120 kcal. Większość jogurtów owocowych i naturalnych mieści się pod setką, nawet te nie-light. Musy owocowe oscylują wokół 60 kcal. Krewetki mrożone to 60 kcal. No i oczywiście wszystkie owoce, nawet te mocno słodkie, mieszczą się pod setką.

Pamiętaj też, że choć smażenia bardzo nie polecam, możesz jedzenie grillować na grillu z otwartym ogniem albo z teflonowymi płytami, bez tłuszczu. Możesz je też piec. Zapach pieczonych jabłek z cynamonem wielu ludziom przypomina najbardziej mistyczne chwile dzieciństwa. Serek wiejski po sesji w teflonowym grillu zamienia się w ser przypominający do złudzenia bundz.

Redukcja może mieć więc swoje słodkie i smaczne odsłony. Oczywiście nie opychaj się lodami i dżemami. Wiedz po prostu, że dwie łyżki lodów bez bakalii czy parę plastrów ananasa z puszki możesz spokojnie wkomponować w menu, zwłaszcza w okolicach choćby umiarkowanego wysiłku fizycznego (reakcja glikemiczna). Możesz sobie zrobić z tego nagrodę w sobotni poranek za trudy odchudzania. Pamiętaj też jednak, że niektóre lody i dżemy przebijają 300 kcal, nie daj się więc wywieść w pole.

TRIK: SZTACHNIJ SIĘ ŻARCIEM

Trochę podobny trik występuje w diecie Hirscha.

Może się to wydać trochę głupawe (i ryzykowne), ale u mnie działa zwłaszcza w połączeniu z Bądź jak Bear Grylls. Kiedy najdzie cię głód, idź do lodówki czy szafki z jedzeniem i przypatruj się produktom. Wdychaj ich zapach, syć się kolorami etc. Potem odejdź od lodówki i wróć do tego, co robiłeś. Mechanizm triku jest chyba taki, że normalnie wróciłbym do biurka czy książki z przekąską. W tym wypadku wracam co prawda bez przekąski, mózg jednak odnotował wyprawę po jedzenie i uznał, że problem głodu ma z głowy na jakiś czas.

Stosować do dwóch razy na wieczór. W pobliżu świeżego pieczywa zachować szczególną ostrożność.

(W diecie Hirscha proponują także robienie mocno aromatycznych, przyprawionych potraw. Ja nie stwierdziłem dietetyczno-sycącego działania przypraw, ale z chęcią poznam Wasze odczucia).

ANTYTRIKI

Krążą różne tezy na temat odchudzania, o których, po licznych lekturach, chciałbym wyrazić swoje  negatywne zdanie.

1) Light. Jedzenie wszystkiego w wersji light sprawia, że pompujesz się chemią. Można wybrać mleko 2,0 zamiast 3,8, ale odtłuszczony ser żółty czy jogurt bez cukru to jakaś parodia. Zamiast tłuszczu, mąki i cukru producent musi to w końcu czymś dopełnić i nie jest to ambrozja. Nie wiem, komu smakuje acesulfam i aspartam. Nie polecam pełnego wejścia w tryb light. Lepiej jeść normalne rzeczy bez konserwantów i chemii (benzoesan sodu, sorbinian potasu — ohyda), byle nie za dużo.

2) Picie wody/ssanie guzików. Picie wody jest bardzo pożyteczne i możesz to robić do porzygania. Problem w tym, że woda nie zaspokaja głodu. Przełykanie i ssanie powoduje wytwarzanie kwasów żołądkowych. Szybciej zrobisz się od tego głodny.

3) Drastyczna redukcja kalorii. W I części sugerowałem deficyt kalorii w okolicach 500 kcal dziennie lub przyjmowanie nie mniej kcal niż wyliczone BMR. Jeśli jednak ma się dużo silnej woli albo zapas heroiny, można by zejść niżej, np. do 1000 kcal, prawda? Otóż przy nagłym i drastycznym obniżeniu przyjmowanej energii organizm zaczyna gwałtownie magazynować wszystko, co dostaje. Paradoksalnie, można wówczas wręcz przytyć i ciągle być na wilczym głodzie. Przede wszystkim jednak oczywiście twoja wydajność spada: jesteś śpiący, zakręcony, zziębnięty i głodny. (Zob. pkt 5).

4) Monodieta. Jeden z mitów głosi, że organizm przez jakiś czas przystosować się musi do trawienia wyłącznie jednej rzeczy — białek, węglowodanów, kapusty, skrobi, owoców itp. — a gdy to się już stanie ("przestawi się metabolizm", tak jakby człowiek miał w sobie jakieś wajchy i zwrotnice), wolny od całej reszty balastu zaczniesz zdrowieć i chudnąć. Inna wersja to dieta z wykluczeniem jakiegoś "złego" składnika. To nonsens. Jedyne złe składniki w diecie to toksyczne chemikalia. Wszystkie pozostałe trzeba przyjmować w odpowiednich proporcjach. Tylko z umiarem.

5) Obsesja ekspresu. Obżerałeś się latami, chciałbyś schudnąć w tydzień. To może i piękna, futurologiczna wizja, ale bezsensowna i przeciwskuteczna. Nawet nie z powodu "efektu jojo". Efekt jojo to dziennikarskie pieprzenie — sam okres odchudzania nie spowoduje magicznie żadnego "efektu" po jego zakończeniu. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, by kontrolować swoje żywienie po okresie chudnięcia. Dlatego zamiast podchodzić "po katolicku" do redukcji — teraz jest post, ale potem się nawpierdalam — przyjmij "protestancki" punkt widzenia: umiar (ale nie post i nie święto) to cnota dożywotnia.

Weź też pod uwagę efektywność i komfort życia. Przy dietach drakońskich albo z rażącymi dysproporcjami składników zmniejszasz skuteczność swojej cielesnej maszyny — w pracy, w łóżku, w sporcie, na uczelni. Zamiast podwyższać kondycję fizyczną i odczuwać wzrost formy, będziesz słabł i pogłębiał problemy zdrowotne, usiłując zejść o fantastyczną liczbę kg w ciągu tygodnia. Po prostu trudno tak żyć. Kryzys może też przyjść nagle: będziesz się dobrze czuł, dopóki znienacka nie siądą nerki czy wątroba. Moim zdaniem lepiej ze 150 do 50 km/h wyhamować stopniowo, redukując kolejne biegi i płynnie wciskając środkowy pedał, niż zaciągnąć ręczny, wbić jedynkę i wypieprzyć skrzynię biegów z założeniem, że potem się to jakoś naprawi.

6) Siłownia. Typowy samczy antytrik: "będę chodził na siłownię". W samej siłowni nie ma nic złego — o ile trening jest prowadzony pod okiem trenera, regularnie, z wyraźnym celem redukcji wagi i przy zachowaniu diety (czyli rozsądnego żywienia dopasowanego do treningu). Byle jaki, nieregularny trening siłowy może nieść odwrotne efekty i spowodować przyrost masy (mięśniowej i tłuszczowej). Amatorski trening bywa także często wymówką, usprawiedliwieniem gównianego jedzenia i objadania się. "Byłem na siłowni, odfajkowane na ten tydzień, a teraz dawaj, stara, pulpety i piwo". I na koniec warto dodać, że redukcji wagi sprzyja głównie trening aerobowy, a więc taki, do którego żadna siłownia nie jest potrzebna: bieganie, pływanie, rower, górskie marsze, kopanie piłki z dziećmi, gonitwy z psem, seks.

7) Szkiełko i oko. Na koniec metaantytrik: podchodzenie do żywienia z suwmiarką i jubilerską wagą, kalkulatorem i kalorymetrem to ślepa uliczka. Weźmy na przykład taki fakt: kilkadziesiąt procent energii z pożywienia przyswajamy dzięki działaniu bakterii w przewodzie pokarmowym. Te małe skórkowańce u jednego działają superskutecznie, dzięki czemu przyswoi 80% kalorii z weselnego tortu. U drugiego mają wydajność na poziomie 50%. Jeden tyje w mgnieniu oka, drugi szybciej chudnie między kieliszkami wódki niż zdąży wpompować. A te bakterie to tylko jeden z wielu czynników decydujących o przemianach metabolicznych, ich tempie i wydajności. Każde przeliczenie BMR, IG, BMI itp. zawsze będzie tylko płynnym przybliżeniem.

Pamiętasz Rocky'ego IV, w którym Rocky walczy z ruskim bokserem granym przez Lundgrena? Iwan trenował na superwypasionych urządzeniach, które badały każdy dżul włożony w cios, regulowały co do sekundy tempo biegu i ćwiczeń. Rocky pojechał w góry: żył w drewnianej chacie, biegał po śniegu, dźwigał kamienie w sieci, rąbał drewno. Oto morał: żeby wygrać ze złośliwym Ruskiem tłuszczu i jak włoski imigrant przejść drogę od zera do bohatera, zachowaj rozsądek, słuchaj swojego organizmu, zamiast podjadać — kieruj się uczuciem głodu i bądź uczciwy wobec siebie. I puszczaj sobie Hearts on Fire na zmianę z Eye of the Tiger.

|||

CO PO DIECIE?

Kiedy osiągniesz cel wagowy, przejdź się do sklepu z ubraniami i kup kilka seksownych obcisłych ciuchów. Poderwij dziewczynę albo własną żonę. Możesz w ogóle zmienić styl ubierania się albo wprowadzić do garderoby jakiś specyficzny dodatek. Będzie to nagroda za sukces działająca jak indiańska odznaka — symbol przypominający zwycięską walkę, ale też ostrzeżenie przed ponownym zapuszczeniem się.

Ja sam po osiągnięciu celu nie zmieniłem zasadniczo diety, bo też nigdy nie stosowałem jednej z dziwnych diet "systemowych", z których trzeba wyjść po zakończeniu odchudzania (takie podejście do jedzenia i życia wydaje mi się dziwaczne). Moja dieta pozostaje głównie roślinna i zbalansowana, wprowadziłem tylko ponownie więcej pieczywa, jajek, sera itp. Znakomitym wskaźnikiem jest teraz dla mnie głód — uczucie, z którym zmagałem się i oswajałem przez wiele tygodni. Podczas redukcji był niezbyt przyjemny i wiązał się z wyrzeczeniem. Teraz bywa słaby i wręcz miły — zapowiada nagrodę w postaci nadchodzącego jedzenia. Tak powinno być.

Z biegiem miesięcy możesz albo utrwalać pozytywne nawyki, albo o nich zapomnieć. Tak bywa. Wiesz już jednak, gdzie leżą narzędzia i jak zabrać się do napraw. Jeśli stracisz instynkty żywieniowe, które prowadziły cię przez proces redukcji, i odniesiesz wrażenie, że twoja dieta staje się niebezpiecznie obfita, po prostu wróć do korzeni: przez parę dni rejestruj wszystko, co zjadasz. Najczęściej wystarczy drobny tuning, by znów być jak David Duchowny w Californication. To jest też przewaga normalnego jedzenia nad dietami "systemowymi": nie trzeba ponownie wywracać życia do góry nogami, przechodzić przez jakieś fazy czy cykle i całkiem zmieniać sposobu żywienia — aby ruszyć strzałkę wagi, wystarczy zmniejszyć lub zwiększyć zjadane porcje.

Odchudzenie się sprawia, że człowiek niesie mniej kilogramów i może wreszcie zacząć uprawiać sport nie po to, by się skatować i spalić choć trochę kalorii, ale dla przyjemności. Właściwa waga działa sprzężeniem zwrotnym — ułatwia wiele rzeczy, które ułatwiają jej podtrzymywanie. Nie wspominając o tym, że poprawia humor i zwiększa pewność siebie.

A więc do zobaczenia po drugiej stronie dychy!

Zdjęcia z sxc.hu.

3 komentarze:

  1. Widzę po sobie, że stosowanie się do Twoich rad daje efekty, powinieneś zbijać szmal sprzedając książki z "Metodą Żukowskiego".

    Przyuważyłem jeszcze jeden trik - jeść baaardzo powoli i w tym czasie nie robić absolutnie nic innego, tylko skupić się na jedzeniu. Zupa łyżeczką od herbaty. Banan odgryzany kawałkami 0,5 cm. Akt jedzenia jest wtedy małym świętem, a nie wpieprzaniem w tzw międzyczasie, kiedy np sprawdzasz pocztę. Tak jak patrzenie na otwartą lodówkę ma sprawiać, że mózg notuje wyprawę po jedzenie, tak posiłek rozwleczony w czasie sprawia, że wydaje się większy niż jest w rzeczywistości.

    Zastanawiam się, jak trik "dyspensa zaspokajacza" ma się do teorii o kurczącym się w czasie diety żołądku, który po jakimś czasie przestaje tak cholernie ssać... Czy napychanie go marchewkami nie przedłużą męk ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Powolne jedzenie? Zupełnie możliwe. Tak. Zalecam. Ja niestety na pierwszych latach studiów przywykłem do szybkiego wpieprzania w barach, bardzo trudno mi się przestawić i pewnie w związku z tym trudno mi jest nakłaniać innych do takiego postępowania, bo chciałem zamieścić tylko takie porady, które sam sprawdziłem.

    Co do napychania się marchewkami, to wydaje mi się, że człowiek na deficycie cierpi już na tyle mocno, że każde działanie przeciwdziałające głodowi jest dobre, ponieważ podtrzymuje siłę woli i wiarę w możliwość osiągnięcia celu. Ponieważ marchewki etc. są praktycznie pomijalne kalorycznie (więc nie przedłużą procesu redukcji), stoimy przed dylematem: odchudzać się i cierpieć czy odchudzać się i mniej cierpieć. Myślę, że lepiej to drugie. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. W restauracjach nie jest problemem poproszenie kelnera o zapakowanie naszych "resztek" na wynos. Jest to powszechnie praktykowane i nie ma nic wspólnego z dziadostwem (nic nie kradniemy ani nie napychamy kieszeni darmochą). Może było to dziwacznie postrzegane 20 lat temu, ale tylko w (prowincjonalnej) Polsce.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!