14 kwietnia 2012

Jak się odchudzać, będąc facetem — cz. I

Wpis poświąteczny, czyli redukuj wagę jak samuraj albo dieta dla faceta


Po pierwsze, nie jestem dietetykiem. Dowiedziałem się sporo na temat żywienia (zwłaszcza wegetariańskiego) z sieci — portali, forów — i własnego doświadczenia. Są tu uwagi dla początkujących na temat tego, co wydało mi się ważne podczas odchudzania. Skupię się na trzech sferach: 1) motywacji, 2) świadomości, 3) trikach, czyli pomocniczych metodach redukcji wagi. To rzecz dla osób, które zobaczyły u siebie problem nadwagi, ale nigdy nie podchodziły na poważnie do odchudzania. Nie ma tu wielkich objawień. Jeśli liznąłeś ten temat, wiele z tych rzeczy już znasz. Starałem się jednak pisać z praktycznej męskiej perspektywy. Gros mężczyzn nie interesuje się dietami, kaloriami, odchudzaniem etc., dopóki nie stwierdzi, że trzeba zacząć działać. Jeżeli jesteś nowy w temacie, poznasz trochę know-how i zobaczysz, jak się zabrać do zrzutki tych 10–12 kg.

Po drugie, notatki te będą być może przydatne także kobietom, jednak moim wyobrażonym czytelnikiem jest facet, który wykonuje siedzącą pracę i sporo je. Zauważył nadmiar tłuszczu na swoim ciele, postanowił się go pozbyć i nie wie, jak zacząć. Przeczytanie tego tekstu naszkicuje mu ogólne ramy zagadnień związanych z odchudzaniem w prostych, żołnierskich słowach. 

Po trzecie, piszę w oparciu o własne doświadczenia. Redukcję wagi zacząłem w marcu 2011. Ważyłem wówczas 82 kg. Przy wzroście 170 cm oznaczało to sporą nadwagę. Nic mi nie dolegało, ale latami czułem się z tym źle. Miałem dość luźnych koszul maskujących tuszę i nalanej twarzy w lustrze. W lipcu ważyłem już o 12 kg mniej, czyli 70 kg. Cały ten proces potrwał około 4 miesięcy. Nie zauważyłem żadnego „efektu jojo”, moje sposoby są więc skuteczne. [EDIT z maja 2017: wciąż utrzymuję wagę między 68 a 71 kg] Uważam, że do redukcji masy warto się zabrać systematycznie, świadomie, bez mazgajenia i z wykorzystaniem osiągnięć naukowo-technicznych, czyli po męsku.

Uwaga 1. Może jesteś gruby i zarazem szczęśliwy – wówczas nie czytaj tego wpisu.

Uwaga 2. Jeśli znasz / nie interesują cię zagadnienia wiedzowe, przejdź do trików i porad.

Czas na konkrety.

NIE MA CUDÓW. SĄ FAKTY

Wiedz, że nie ma cudownych metod odchudzających, pasów niszczących otyłość przy oglądaniu TV, pigułek rozpuszczających tłuszcz etc. To zwykłe pierdolenie. Jestem pewny, że instynktownie wyczuwasz ściemę, patrząc na reklamy takich środków. Jest tylko jedna metoda na schudnięcie: zapewnienie przez określony czas regularnego deficytu kalorycznego względem indywidualnego zapotrzebowania. Jeden kg masy ciała to 7000 kilokalorii (kcal). Jeśli twój dzienny deficyt wyniesie 500 kcal, stracisz 1 kg w ciągu 14 dni (500 x 14 = 7000). Jeśli każdego dnia przyjmiesz o 500 kcal więcej, niż ci potrzeba, za 2 tygodnie będziesz grubszy o kilo. To są żelazne fakty. Nie ma od nich ucieczki. Trzeba im spojrzeć w twarz i zrobić z nich sobie dziwkę. Bo póki co, to one dymają ciebie.

NIE DA SIĘ NA WCZORAJ

Kolejny fakt jest taki, że nie ma sensu próbować się odchudzić w trybie ekspresowym. To jest proces, który musi potrwać. I powiem coś, co może ci się nie spodobać: żeby ten cały interes miał rację bytu, będziesz musiał zmienić swój styl życia. Osoby czytające kobiece pisma podniecają się „dietami” i wypróbowują coraz to nowe metody na schudnięcie – ale dieta to nie jest trwająca dwa tygodnie zabawa w przyrządzanie sałatek, taka, że gdy dobiegnie końca, to z westchnieniem ulgi idziesz nawpierdalać się rafaellów. Dieta w pierwotnym znaczeniu tego słowa to po prostu sposób odżywiania. Trzeba go trwale zmienić, żeby uzyskać trwałe efekty. Zmienianie sposobu żywienia i ograniczanie jedzenia jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu i nie będę ci wmawiał, że jest inaczej. Musisz mieć mocną motywację, by to przetrwać. Oczywiście, po okresie redukcji będzie czas na pewne poluzowanie śruby, ale niektóre nawyki musisz zmienić na stałe. Wolisz pas do odchudzania przed TV albo ziołowe tabletki? Śmiało. Tylko zapisz linka do tej strony, bo w końcu wrócisz.

RUCH/SPORT?


Jedną z metod męskich grubasów na walkę z tłuszczem jest rozpoczęcie uprawiania jakiegoś sportu – najczęściej pływania, jeżdżenia na rowerze czy chodzenia – przy jedynie symbolicznej zmianie odżywiania. Prawdą jest, że ruch to zdrowie i nie będę dalej rozwijał tego tematu. Jednak każdy dietetyk powie ci jasno (i wynika to jednoznacznie z moich własnych doświadczeń): uprawianie sportów (z których często po paru próbach się rezygnuje) odpowiada za 10–20% procesu redukcji wagi. 80% to dieta! By osiągnąć naprawdę widoczne efekty bez zmiany żywienia musiałbyś nagle zostać drwalem albo zatrudnić się w kamieniołomach. Pływalnia dwa razy w tygodniu jest pożyteczna, bo wymusza dyscyplinę – no i są tam duże lustra, w których możesz podziwiać swój odsłonięty bebech w pełnej krasie.

ŚWIĄT NIE BĘDZIE

Redukcja musi być konsekwentna i pozbawiona świąt. Jesteś gruby. Chcesz to zmienić. Nie możesz chcieć tego zmienić z przerwami weekendowymi czy świątecznymi. Nie rób sobie dyspens na paczkę czipsów, bo ktoś częstuje, albo popcorn z colą, bo kino. Redukcja nie polega na przeskakiwaniu od okazji do okazji – to musi być ciągły proces, stan zdeterminowanej świadomości. Nawpierdalać się jest łatwo i ty już zbyt dobrze o tym wiesz. W dodatku zatrzymanie chudnięcia czy utycie w trakcie diety, która potrafi wyczerpać psychicznie, może być bardzo zniechęcającym ciosem. Teraz, przed akcją, możesz czuć się pewnie. W ogniu walki zobaczysz jednak, czym są pokusy lodówki i zew głodu.

Spójrz na tę prostą kalkulację: w czasie redukcji każde 500 kcal w dół to chwalebny wynik. Ale 500 kcal na górkę to tak naprawdę 1000 kcal. Bo kiedy z wysiłkiem odpracujesz swój wybryk, wrócisz do punktu wyjścia, zamiast być już kolejny 1000 pod kreską! Nic tego nie zmieni – nie zaczarujesz wartości energetycznej jedzenia myśleniem życzeniowym, tabletkami czy historyjką, że spacer z psem spalił wiadro nutelli.

Wyłamanie się ze wspólnego "świętowania" (czy to Wielkanoc, czy popcorn w kinie) wymaga dużo samozaparcia i jest trudne. Osobiście patrzę na to jak na wyzwanie. Być może sam bym się skusił na paczkę popcornu czy colę, ale gdy ktoś mnie namawia do zrobienia wyjątku, to jest tak, jakby brał niepoważnie moje plany czy wątpił w moją silną wolę. To mnie tylko dodatkowo motywuje do zachowania twarzy w towarzystwie. Kusiciele mogą się więc przydać do umacniania własnych postanowień.

Na wszelki wypadek jednak akcję rozpocznij między świętami i bez hucznych wesel na horyzoncie. ("Z wujkiem się nie napijesz?!").

ŚWIADOMOŚĆ ENERGETYCZNA

Świadomość i energia to kluczowe pojęcia odchudzania. Ile to jest 50, 400 czy 1000 kalorii? Musisz mieć świadomość tego, co jesz i jak bardzo cię to tuczy. Ja sam na początku miałem raczej mgliste pojęcie, ile „ważą” różne składniki czy potrawy. Jedzenie traktowałem dość bezrefleksyjnie (wyjąwszy wegetariańskie zagadnienia etyczne). Uważałem nawet, że jem z umiarem (i co zabawne, faktycznie tak było w porównaniu do niektórych moich znajomych). Pizza dwa razy w tygodniu, spaghetti, kanapki, sery, ciasteczka Hit, jabłecznik, piwo – normalna sprawa.

Gdy jednak postanowiłem coś ze sobą zrobić, zacząłem od zyskania wiedzy – obiektywnej wiedzy o tym, ile dostarczam sobie energii, a ile jej potrzebuję. Zacząłem liczyć. Tobie też to radzę. Zakładam, że jesteś w tych sprawach zielony i jeśli ktoś w twoim otoczeniu „liczył kalorie”, był to efekt indoktrynacji kolorowego czasopisma z dużą liczbą zdjęć ubranych kobiet i małą samochodów. Fakt, można myśleć o liczeniu kalorii jak o dzieleniu włosa na czworo – nas, facetów, zachęca się do wyśmiewania takich rachunków. Ale spójrz: w ten sposób zdobywasz świadomość. Świadomość to informacja. Informacja, jak mawiał Sun Tsu, decyduje o wyniku starcia. A ty właśnie ruszasz na wojnę z tłuszczem.

TRZY PIERWSZE KROKI

PO PIERWSZE, oblicz swoje zapotrzebowanie energetyczne. Odpowiedni link jest tutaj.

Powiedzmy, że jesteś mężczyzną, masz 32 lata, 175 cm i 95 kg. BMR = 2032 kcal. Przy niskiej aktywności: 2794 kcal. Powiedzmy, że chcesz mieć deficyt rzędu 500 kcal dziennie. Widzisz więc, że możesz dziennie spożyć ~2300 kcal. Super — oto masz już ramy liczbowe dla redukcji! (Jeśli ustawisz dzienny cel na poziomie własnego BMR bez wliczania aktywności, zaczniesz szybciej lub wolniej chudnąć, bo każdy gest i ruch prowadził będzie do deficytu kalorycznego).

Dobrym probierzem schodzenia pod kreskę jest odnowione uczucie głodu. Ale nie małego głodku na zasadzie "coś bym sobie przekąsił", tylko prawdziwego, ssącego głodu, kiedy komórki dopominają się o strzał glukozy. W naszej cywilizacji mało kto doświadcza tego uczucia, a jeśli się to zdarzy, człowiek uważa się za wielką ofiarę potwornych okoliczności. A przecież to głęboko ludzkie i zdrowe doznanie, które odświeża twoją zdolność komunikowania się z własnym ciałem. Gdybym mógł dać tylko jedną radę odchudzającym się, brzmiałaby tak: nie jedz, dopóki naprawdę nie poczujesz głodu, a wtedy zabijaj go warzywami. Oczywiście głód działa też demotywująco. Przez głód przerywamy odchudzanie. Warto jednak pamiętać, że głód jest nie tylko wrogiem i niesprawiedliwością, lecz zapomnianym, głęboko ludzkim doświadczeniem.

DRUGI krok: rejestracja danych. Najpierw przez 4 dni skrupulatnie rejestruj wszystko, co zjadasz. Najlepiej załóż profil na Tabele-kalorii.pl (wielka baza danych z polskimi produktami) i wpisuj tam absolutnie wszystko, co trafia do twojego żołądka. Jesteśmy tak nastawieni, by brać pod uwagę tylko "istotne" części posiłków. Obiad to np. ryż, ryba, surówka. A gdzie 100 ml gęstego beszamelu mączno-mlecznego z zasmażką oraz panierka na rybie? Musisz być uczciwy, doszacowywać swoje jedzenie i zwracać uwagę na szczegóły: sałata z dwoma łyżkami oliwy to de facto oliwa (822 kcal/100 g!!!), a nie sałata. Trochę masła, cukier w kawie, bita śmietana na cappuccino, garść czipsów, prażona cebulka, sosy, majonez, masło etc. — to wszystko idzie w setki kalorii. Początkowo z rejestrowaniem jest trochę zamoty, ale to w sumie fajna zabawa. I bardzo uświadamiająca. Jeśli nie jesteś pewny, czy zjadłeś 100 czy 120 gramów, wpisz 120. Niedoszacowywanie dziennego spożycia, jak pokazują badania, to główna przyczyna niepowodzenia w odchudzaniu. A więc bądź uczciwy — stać cię na to, masz ważny cel.

Nie od rzeczy będzie mała, precyzyjna waga kuchenna. Nie musisz ważyć wszystkiego co do grama — chodzi o to, byś nauczył się szacować wagę produktów. Wyniki na pewno cię zaskoczą - w obu kierunkach.

TRZECI logiczny krok: zorientuj się, co ile ma kalorii, i połącz tę wiedzę z informacją uzyskaną z Tabeli-kalorii, ile tak naprawdę zjadasz. Mnie spotkało sporo zaskoczeń.

Oto kilka z nich. Uznajemy niektóre rzeczy za niewinne, bo są tylko dodatkami: ziemniaki, makaron, ryż, chleb. Tymczasem wołowina ma 120—150 kcal w 100 gramach. Wieprzowina to już jakieś 250—300 kcal. Ale i tak panierka schabowego i fakt smażenia go w oleju może dostarczyć ci więcej kalorii niż mięso! Chleb: 270 kcal. Makaron: 340—380 kcal. Ryż: 340 kcal. Kuskus: 340—360 kcal. To wszystko na 100 gramów, a wypełniaczy zapewne zjesz więcej, podczas gdy mięsa właśnie koło setki. (Mięsa najlepiej nie jeść w ogóle. Chcesz jeść mięso, weź nóż i idź do lasu z dzikiem na solo, zamiast czekać jak ostatni lamer, aż ktoś dla ciebie zamorduje świnię). Gotowane ziemniaki mają "tylko" 90 kcal/100 g, ale jeśli zjesz cztery, wpakujesz 324 kcal. Jeśli słodzisz herbatę dwoma łyżeczkami cukru, przy 4 herbatach dziennie sam tylko cukier da ci 192 kcal! Niech na sałatce leży jakiś sos tatarski czy oliwa: połkniesz 2 łyżki, dostając 160 kcal za taką niezauważalną pierdołę. Zdarza ci się zjeść pastylkę miętową czy innego cukierka? Niech to będzie 5 mentosów dziennie: 75 kcal. "Zdrowe" śniadanie: trochę muesli i 300 g mleka plus kanapka z żółtym serem: 740 kcal. Podsumujmy: załóżmy, że masz cel 1770 kcal. Do tej pory wymienione menu to ponad 1900 kcal - przebicie limitu na diecie, którą wielu Polaków uznałaby za normalną, wręcz zdrową. A gdzie lunch, kolacja, ciastka, paluszki, czipsy, przekąski, napoje?

Tabele kalorii to cała gałąź wiedzy. (W II cz. tekstu pokażę ci triki na łatwe opanowanie tematu). Trzeba czytać fakty żywieniowe na opakowaniach i wybierać lepsze alternatywy z morza produktów. Chleb pszenny to 270 kcal, ale graham to już 210 kcal, a Mestemacher razowy to 185 kcal. Uznawana za dietetyczną lekka Wasa ma 350 kcal — dużo więcej niż chleb pszenny! Lecz waga jednej kromki to 10 g w porównaniu do ~33 g kromki pszennego, istnieje więc psychologiczna bariera przed sięgnięciem po kolejną. Dżem malinowy Tymbark to 247 kcal, dwa razy więcej niż ananasowy Łowicz. Piwo wbrew pozorom jest "chude": 40 kcal. Ale pije się go najmniej pół litra, czyli 200 kcal. Razy kolejne kufle. Można zastąpić je czerwonym winem wytrawnym, którym zrobisz się dwa razy szybciej, wyjdziesz na inteligenta, a przy tym jest zdrowotne i ma 66 kcal/100 g.

JAKA DIETA?

"Systemowych" metod odchudzania jest na rynku wiele (Montignaca, Atkinsa, Dukana, paleolityczna, wg grup krwi etc., etc.). Osobiście stosowałem jednak dietę, że tak powiem, normalną, czyli opartą o znane od wielu dekad wskazania dietetyczne, w tym WHO. Jadłem po wegetariańsku — dużą ilość warzyw i chudych serów, jajka, rośliny strączkowe, rzadziej pieczywo i zboża/kasze. Starałem się maksymalnie urozmaicać menu. Większość "systemowych" diet na rynku polega natomiast na rozłamaniu proporcji żywieniowych, np. eliminacji węglowodanów, unikaniu czegoś czy łączeniu składników w różnych dziwnych konfiguracjach. Badania wskazują, że nie ma to sensu. Urozmaicona dieta z deficytem kalorycznym i bez jedzenia gówien (zob. dalej) odchudzi cię równie szybko jak diety "systemowe", ale bezpieczniej - zachowasz balans między niezbędnymi składnikami.

Dodatkowe uwagi dietetyczne: pij dużo wody. Całkowicie zrezygnuj z gówien typu majonez, cukierki/nutelle itp., skwarki, bekon, smarowidła typu Delma. Chlej maksymalnie raz w tygodniu (najlepiej wino, a jeszcze lepiej w czasie redukcji bądź abstynentem).

Nie musisz od razu konstruować całej diety w oparciu o te wskazania. Wiedzę nabywa się stopniowo, wręcz automatycznie wchłania dzień po dniu. Jak radziłem na początku — najpierw przez 4 dni skrupulatnie spisuj, co jesz. Być może odżywiasz się mniej więcej poprawnie, tylko zbyt ochoczo. Jeśli robisz coś źle, po przejrzeniu swojej diety z 4 dni po proporcjach b-w-t zobaczysz, co warto dodać, a z czego zejść.

JAK SIĘ WAŻYĆ

Załatw sobie wagę łazienkową. Waż się rano, nago, na czczo i przed piciem napojów, po kupie i siku. Koniecznie zważ się na początku diety. Potem pamiętaj, by nie ważyć się obsesyjnie parę razy dziennie. Dobowe wahania wagi mogą sięgnąć 1,5 kg i nie ma po co się demotywować. Waż się co 3 dni. 

ILE TO MUSI TRWAĆ?

Jeśli wytrwasz przy deficycie kalorycznym na poziomie 500 kcal dziennie, będziesz chudł o 1 kg w ciągu 2 tygodni. Początkowo może nawet szybciej, gdyż organizm będzie tracił wodę z komórek. Sukcesy mogą cię zachęcić do zwiększenia deficytu przez włączenie pływania (itp.) oraz dowiadywanie się coraz więcej o właściwym żywieniu. Dychę zrzucisz więc w ciągu kilku miesięcy. To dobre, spokojne tempo. Nierozsądne jest oczekiwanie, że całe lata zaniedbań nadrobisz w kilka tygodni... Bądź cierpliwy jak samuraj i zacznij — zobacz, jak  wskazówka wagi sunie w dół. To bardzo budujące doznanie. Kiedy już zejdziesz dychę, będziesz mógł włączyć do swojej diety więcej rzeczy, których sobie odmawiałeś, ale samą filozofię odżywiania będziesz musiał zmienić na stałe.

W PUŁAPCE GADŻETÓW

Gadżety to wszystko to, co wydaje się potrzebne, by coś zrobić, ale tak naprawdę jest tylko drobnym ułatwieniem lub wręcz niepotrzebną przeszkadzajką. Faceci lubią gadżety. Każdy z nich o milimetr przedłuża penisa. Dla ciebie jednak nadszedł dzień prawdy. Nie usprawiedliwiaj się gadżetami. A więc: nie czekaj z rozpoczęciem diety na przesyłkę z pastylkami termicznymi. Nie są ci potrzebne kosmiczne buty, zegarek Suunto i monitor serca, by zacząć biegać. Nie czekaj na porę roku, w której pojawią się warzywa — możesz jeść mrożonki, które zawierają komplet witamin i czasem są lepsze niż warzywa z marketu. Nie zwlekaj z odchudzaniem, dopóki nie kupisz wagi z pomiarem tkanki tłuszczowej, książki motywacyjnej, centymetru do mierzenia obwodu pasa czy drążka do podciągania. To wszystko odwodzi cię od celu. Możesz mieć parę gadżetów, jeśli cię motywują, ale chudnięcie polega właśnie na ograniczaniu się. Można się superskutecznie odchudzać — podobnie jak biegać i pływać — bez żadnych dodatkowych materiałów.

NIE CHUDNĘ, CO TERAZ?

Złą odpowiedzią jest odwoływanie się do genów, kośćca, złego powietrza, odwiecznego prawa otyłości po męskiej linii w rodzinie, grupy krwi i koniunkcji Syriusza z Nibiru. Nie zwalaj swoich potknięć na okoliczności. Zdecydowanie najczęstszym problemem z chudnięciem jest niedoszacowywanie spożycia kalorii. Najprawdopodobniej o czymś zapominasz, coś ci umyka. Może jadasz w barach i restauracjach, gdzie nie podają wartości odżywczych i nigdy nie wiesz, ile wepchnąłeś (przykład sałatki z oliwą i fetą). Może zaniżasz wagę zjadanych rzeczy (spraw sobie wagę kuchenną). Może zapominasz o księżycowych kanapeczkach (te małe nocne szkodniki potrafią zatruć życie) albo nie wpisujesz do tabelki majonezu i keczupu na kromce, cukru w herbacie lub oleju i panierki na kotlecie. Może źle wyliczyłeś BMR albo twój dzienny cel kaloryczny jest zbyt wysoki. Może sądzisz, że spalasz kalorie przez sport i ruch (praca ramienia przy paleniu papierosów to za mało, by liczyć zapotrzebowanie jako "bardzo aktywny"). Może indeks glikemiczny składników twojej diety w danym momencie dnia jest źle dobrany — zapoznaj się z tym tematem. Może żądasz zbyt wiele — chudniesz, ale wolniej niżbyś chciał. Uczciwie przeanalizuj swoje działania. Jeśli wciąż nie chudniesz, zwróć się o pomoc do dietetyka.

II część tekstu, triki i sprytne metody odchudzające, jest tutaj.

Wszystkie zdjęcia z sxc.hu.

9 komentarzy:

  1. W lutym ubiegłego roku rzuciłem palenie (po 13 latach) i już pod koniec marca przestałem mieścić się w do tej pory luźne ubrania. Zacząłem się odchudzać, szukając optymalnej dla siebie diety i towarzyszyły mi podobne do Twoich dociekania - teraz potwierdzam absolutnie KAŻDE Twoje spostrzeżenie!
    U mnie decyzja o odchudzaniu też doprowadziła do radykalnej zmiany trybu życia oraz - jakkolwiek patetycznie to brzmi - do "uporządkowania" światopoglądu. Od grudnia nie jem mięsa i coraz częściej skłaniam się ku diecie wegańskiej, bo widzę jak działa na moje samopoczucie i formę fizyczną. Muszę tutaj dodać, że w wykluczeniu mięsa z mojej diety Twoje "wegetariańskie" wpisy odegrały istotną rolę.
    Pozdrawiam i czekam na drugą część!

    OdpowiedzUsuń
  2. Piotrku, lejesz miód na moje serce - bardzo się cieszę, że moje teksty są w stanie kogoś nie tylko zainteresować, ale nawet zainspirować. :)

    Co do zmiany światopoglądu, niedawno rozmawiałem z dziewczyną o tym, jak głęboką zmianą w życiu jest zmiana zwyczajów żywieniowych, a odchudza(e)nie się przypomina trochę alkoholizm (tylko że w pozytywnym sensie) - dietą "dotknięta" jest cała rodzina, zwłaszcza dietą mężczyzny, który w tradycyjnym modelu 1) jada wraz z całą rodziną, 2) nie zajmuje się przy tym gotowaniem dla całej rodziny (nie może sobie bez rozgłosu zrobić własnego jedzenia), więc w pewnym sensie powoduje turbulencje wśród wszystkich domowników. Może dlatego kobietom jest łatwiej - mają nie tylko wzorce kulturowe, ale i panują nad sferą jedzenia w domu.

    Druga część w ciągu paru dni. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie wegetarianizm to bardzo skuteczny sposób na dobrą formę. Jednak przestałem chudnąć po kilku tygodniach waga znowu stanęła. Teraz jestem na kuracji Slimette który zamówiłem na http://najlepszeodchudzAnie.pl No i czekam na efekty! dam znać co i jak.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój mąż po ślubie zaczął mieć coraz większe problemy z nadwagą. Zmienił pracę i z dość ruchliwego trybu życia przeniósł się za biurko. Namówiłam go żeby zaczął chodzić na basen i zmieniłam mu dietę. Do tego trafiłam w internecie na stronę preparatynaodchudzanie.com.pl , gdzie autorzy sporządzili ranking najskuteczniejszych środków na odchudzanie. Przekonało mnie to do zamówienia mu tez suplementu diety, który pomoże mu pokonać głód i sprawi, że kilogramy zaczną spadać szybciej. Teraz czekam z niecierpliwością na pierwsze efekty :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W święta przybyło mnie prawie 6 kg, po świętach obliczyłem zapotrzebowanie kaloryczne, zrobiłem bilans ujemny, treningi 3 raz w tygodniu mieszane aerobowo - siłowe i nic waga ani drgnie. Zacząłem nawet liczyć kalorie, ważyć to co jem. Żarełko oczywiście bez cukrów, pieczenia na oleju i z przycięciem węgli. Niestety efekt bardzo mizerny w stosunku do włożonego czasu :( Teraz próbuję hardkorowego patentu z syropem klonowym cytryną i pieprzem cayene.

    OdpowiedzUsuń
  6. fakt, wegetarianizm potrafi zdziałać cuda jeśli chodzi o odchudzanie (i nie tylko)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrze gada, ja tak samo robiłem 15 KG mniej, ale dalej 100 KG... tylko teraz nie chce w dół lecieć. Jednak myślę, że znowu coś trzeba zmienić, bo zaczynam wpierniczać oraz pić. A waga cyk-pyk-myk 1 KG w górę. Trzeba znowu się zmobilizować i nie poddawać się.

    OdpowiedzUsuń
  8. świetny wpis, wyczerpująco podejmuje temat

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja na odchudzanie polecam Therm Line Man. Stosowałem przez miesiąć i schudłem 9 Kg. Na razie to początek. Dla mnie to i dieta MŻ to super rozwiązanie.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!