Mówienie o powinnościach obywatelskich to sprawa śliska. Samo ich pojęcie wskazuje na chęć zbudowania (promowania) idealnego obywatela. Idealny obywatel to postać idealnie cywilizowana, w pełni usystemowiona. Idealny obywatel bierze udział w wyborach powszechnych i bezpośrednich, ubrany w białą koszulę i garnitur. (Moja mama, mieszczanka, kiedyś prawie się popłakała, bo nie ubrałem się dość oficjalnie, idąc do komisji wyborczej). Wszyscy, którzy czerpią korzyści z istnienia systemu, obracania się jego trybów, będą więc namawiać do udziału obywateli w obywatelskich świętach takich jak wybory parlamentarne. Ich udział to potwierdzenie systemu, reprodukcja jego wartości, podniesienie ceny akcji władzy - jako takiej - i jej ponowna legitymizacja. Wśród tak ucywilizowanych obywateli często przy tym padają dwie maksymy: "Demokracja to kiepski system, ale lepszego nie znamy"; "Jeśli nie pójdziesz do wyborów, nie będziesz miał/a prawa narzekać".
Pierwsze z powiedzonek, zresztą autorstwa polityka, jest nie tylko głęboko redukcyjne, ale i konserwatywne oraz fatalistyczne. Lepszego nie znamy, więc w domyśle - nie szukajmy, pogódźmy się ze status quo, wstrzymajmy ruchy, które mają modyfikować i usprawniać system (np. aby likwidować biedę), i najlepiej już o tym nie rozmawiajmy. A wizji demokracji - niektórzy części z nich w ogóle już nie nazywają demokracją - jest bardzo wiele, lecz istotne dyskusje o jej kształcie, a w tym o kształcie całej Unii, są poboczem dyskursu politycznego w naszym kraju pełnym ludzi biorących błędnie zacytowane Churchilowskie maksymy za dobrą walutę refleksji politycznej.
Drugie powiedzonko, z pozoru buńczuczne, jest tak popularne pewnie z tego powodu, że stawia wypowiadającego na pozycji chwilowego mentora, a po trosze jakby milicjanta sumień czy kapłana cywilizacji. Mamy tak wielki deficyt pewnej wiedzy i mocnych przekonań, w dodatku takich, które możemy narzucać innym w imię większej, popieranej przez autorytety sprawy jaką jest dobro kraju, że korzystamy z okazji, by napomnieć niewiernych - znajomych odmawiających głosowania. W rzeczywistości powiedzonko to wyraża bezsilność. To zdanie-erzac wypowiadane zamiast innego, ogólniejszego zdania: "Możesz zdecydować o tym, kto będzie rządził". Ale na to drugie zdanie nikt się już nie nabierze. Gdybym rzeczywiście miał decydować, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Wyborcy rozumieją, że ich głos - to truizm - jest jak ziarno piasku na plaży. W istocie nie chodzi o decydowanie. Pompatyczne słowa o możliwości decydowania mają w nich wzbudzić wiarę w celowość i sensowność systemu. Tymczasem decyzja - co przeczuwa każdy wyborca - jest wtedy, gdy coś postanawiam i tak jest, a nie dzielę ją z 31 milionami współdecydujących. Inaczej staje się ona nie decyzją, ale wyznaniem wiary w szerokie, masowe mechanizmy wspólnotowe. Nie każdy chce i ma powinność wierzyć w takie rzeczy (bo chodzi właśnie o wiarę), przynajmniej dopóki nie będzie obowiązku głosowania jak w Belgii.
Nieoddanie głosu nie oznacza, że nie mam (lub że mam) do czegoś prawa albo że wyrzekłem się decyzji - mówi tyle, że nie biorę udziału w święcie reprodukowania systemu. Niegłosujący (i głosujący) prawa do decyzji i tak nie ma, choćby tuby propagandy wmawiały mu, że jest inaczej. Ile jest warta akcja dzielona między 31 milionów akcjonariuszy? Oczywiście, że jeśli każdy pójdzie, to się zsumuje etc., etc., ale spekulacja o tym, co będzie, jeśli wiele milionów ludzi coś zrobi, to działania na masach dla mózgów socjocybernetyki. Pojedynczy człowiek ogarnia świat wyznaczony horyzontem jego działań i relacji, reszta to abstrakcja, konstrukcja myślowa. Nie można zmuszać zwykłych Homo sapiens, by głęboko przyjmowali do serca takie systemowe przeliczenia na milionach, sumy i kalkulacje jako wyznania wiary i moralne prawdy o świecie, bo to dopiero jest niedemokratyczne.
Stwierdzenie "Nie będziesz miał prawa narzekać" to ostatnia deska ratunku, skoro w "Możesz zdecydować" nikt nie wierzy. Zdanie to budzi we mnie zmęczony, pełen bezsilności śmiech. Nawet dla milicjantów systemu zbawieniem, wartością w tej ich systemowej eschatologii politycznej staje się narzekanie. Narzekanie! Nie dobrobyt, powszechne szczęście, darmowa woda do każdego espresso, tylko narzekanie. Jak bezsilny czy bezwładny musi być system, w którym powszechnie używa się takich argumentów?
Drodzy milicjanci systemu, jeśli chcecie odczytywać innym ich prawa, skupcie się może na prawach pozytywnych: do kształcenia, dobrobytu, życia w społeczeństwie, w którym nikt nie jest dyskryminowany ze względu na płeć i orientację. Niegłosujący dobrze znają swoje prawa, w tym do narzekania, a więc swobodnej wypowiedzi oraz krytyki systemu niezależnie od tego, czy było się kiedyś przy urnie, czy nie.
Foto: sxc.hu