Edit: Jest to 50 wpis w najpiękniejszym reaktorze. To mało jak na 3,5 roku działalności, ale przynajmniej jakoś się ten wózek toczy. Sto lat, reaktorze!
Pojechałem dzisiaj "na Kryspinów", czyli dwa jeziorka pod Krakowem, cel tłumnego, grillowego wypoczynku rodzin i niewymagającej intelektualnie młodzieży. Tych przynajmniej słychać i czuć najbardziej. Inni także przyjeżdżają, próbują schować się gdzieś z książką pod krzaczkiem.
Jeziorka otacza siatka - zardzewiała, lecz skrupulatnie połatana. Metalowe płoty. Haszcze. Brud. Chętni na relaks ciągną do skąpych plam piasku. Kiedy te zostaną już zajęte, drugiej kategorii wypoczynek jest na spłachetkach wilgotnej, zaśmieconej niedopałkami trawy. Na kawałku "plaży" dla gości obskurnego barku szary piach trzymają w miejscu betonowe płyty z wystającymi żelaznymi teownikami. Dzieci taplają się trzy metry od brzegu. Z zaimprowizowanej skoczni, kawałka obkruszonego betonu, skaczą na główkę nastoletnie dziewczyny. Spieczone ryczące czterdziestki w okularach z bazaru starają się wyglądać, stojąc po łydki w zielonożółtym żurze. Gdzieś w tle na wpół zbutwiałe molo i betonowy barak, osprejowany pogróżkami mocniejszej drużyny. Tu i ówdzie znad grilla sunie siwy opar o zapachu pieczonego mięsa z hipermarketu. Skąpany w tych dymach człowiek z megafonem ogłasza coś hałaśliwie w rytmie dyskotekowej muzyki. Sunący po wodzie samotny ponton z silnikiem i zbyt głośno śmiejącą się młodzieżą dodaje temu wszystkiemu jakiegoś desperackiego wymiaru.
Przy drogach dojazdowych czy raczej rozjeżdżonych w trawie i glinie koleinach, siedzą pobieracze opłat - dorabiający studenci czy miejscowe dzieciaki. Obsadzają nawet przejścia między drzewami, przerwy między budynkami barów i kiosków, jakieś zaplecza i boczne przejścia. Nikt się nie prześliźnie, jeśli nie uiści opłaty w wysokości od 8 do 12 złotych. Kryspinowskie jeziora są bowiem własnością prywatną. Poza strefą plaż każdy wolny kawałek ziemi zajmują samochody, większości kierowców wręczono bilet parkingowy.
Pojechałem dzisiaj "na Kryspinów", czyli dwa jeziorka pod Krakowem, cel tłumnego, grillowego wypoczynku rodzin i niewymagającej intelektualnie młodzieży. Tych przynajmniej słychać i czuć najbardziej. Inni także przyjeżdżają, próbują schować się gdzieś z książką pod krzaczkiem.
Jeziorka otacza siatka - zardzewiała, lecz skrupulatnie połatana. Metalowe płoty. Haszcze. Brud. Chętni na relaks ciągną do skąpych plam piasku. Kiedy te zostaną już zajęte, drugiej kategorii wypoczynek jest na spłachetkach wilgotnej, zaśmieconej niedopałkami trawy. Na kawałku "plaży" dla gości obskurnego barku szary piach trzymają w miejscu betonowe płyty z wystającymi żelaznymi teownikami. Dzieci taplają się trzy metry od brzegu. Z zaimprowizowanej skoczni, kawałka obkruszonego betonu, skaczą na główkę nastoletnie dziewczyny. Spieczone ryczące czterdziestki w okularach z bazaru starają się wyglądać, stojąc po łydki w zielonożółtym żurze. Gdzieś w tle na wpół zbutwiałe molo i betonowy barak, osprejowany pogróżkami mocniejszej drużyny. Tu i ówdzie znad grilla sunie siwy opar o zapachu pieczonego mięsa z hipermarketu. Skąpany w tych dymach człowiek z megafonem ogłasza coś hałaśliwie w rytmie dyskotekowej muzyki. Sunący po wodzie samotny ponton z silnikiem i zbyt głośno śmiejącą się młodzieżą dodaje temu wszystkiemu jakiegoś desperackiego wymiaru.
Przy drogach dojazdowych czy raczej rozjeżdżonych w trawie i glinie koleinach, siedzą pobieracze opłat - dorabiający studenci czy miejscowe dzieciaki. Obsadzają nawet przejścia między drzewami, przerwy między budynkami barów i kiosków, jakieś zaplecza i boczne przejścia. Nikt się nie prześliźnie, jeśli nie uiści opłaty w wysokości od 8 do 12 złotych. Kryspinowskie jeziora są bowiem własnością prywatną. Poza strefą plaż każdy wolny kawałek ziemi zajmują samochody, większości kierowców wręczono bilet parkingowy.
Mniejsze jezioro ma 400 metrów długości, co czyni je całkiem pustym miejscem treningowym i dlatego tam jeżdżę.
Pewne dobra powinny mieć charakter wspólny. Uważam, że do takich dóbr należą jeziora, podobnie jak wybrzeże morskie, do którego nie można zabronić dostępu, o czym przekonał się sopocki Grand Hotel. Każdy może obecnie usiąść na brzegu polskiego morza, uznano jednak, że jezioro można sobie kupić i odgrodzić, tak jak się kupuje działkę pod budowę domu. Przynajmniej zdaniem władz Małopolski. Postanowiły one oddać kryspinowskie jeziora w ręce ludzi, którzy po prostu sprzedają bilety. Mieszkańcy jednego z największych miast w Polsce utracili powszechny dostęp do największych rekreacyjnych jezior w okolicy - wspólnego dobra natury - bez żadnego sensownego wyjaśnienia i bez niemal niczego w zamian. Nie widziałem tam nawet na większości biletowanego terenu ratowników (poza najbardziej zasraną i zadymioną plażą) i jestem pewny, że zbieracz opłat nie pospieszy na ratunek waszym tonącym dzieciom, bo zainkasowawszy 12 zł ma was gdzieś. Zresztą nic dziwnego, bo i jemu płacą pewnie piątaka za godzinę.
Poza Bałtykiem i np. irlandzkimi pastwiskami, przez które nie można zabronić przejścia, prawo regulujące kontakt prywatnej inicjatywy na styku ze społeczeństwem działa także w najbardziej powszechnych miejscach, takich jak sklepy czy bary: nie można otworzyć sklepu tylko dla białych, nie można pobierać opłat w toalecie pubu, nie można sprzedawać wina nieletnim, mimo że sklep i bar to prywatne przedsiębiorstwa. (To argument dla czających się za rogiem liberałów). Jeziora także powinny być w ten sposób regulowane. Co więcej, prywatne jezioro, do którego dostęp jest dla każdego darmowy, to znakomity interes, zachęcający do tworzenia nowoczesnych udogodnień dookoła niecki. I jakieś tam wysoko płatne atrakcje są, co widać na sielsko-słonecznej stronie kryspinowskiego zalewu: aqua-aerobic, windsurfing, park linowy. Ale to inna bajka. Prawda jest taka, że samo jezioro pozostaje w większości niezagospodarowane i po peerelowsku zaniedbane. W krzakach stoi parę zasikanych tojtojów. Są jakieś bardziej czy mniej obskurne bary z piwem w plastikowych kubkach i cuchnące kontenery na śmieci. Za co właściwie płacę 12 zł? Gdzie są w tej cenie zjeżdżalnie i ratownicy jak na pływalni, szafki na rzeczy i przebieralnie, leżaki i piłki, boiska do siatkówki plażowej, pola do minigolfa, rzędy stołów bilardowych, stanowiska wędkarskie, zawody pływania na Dziwnych Urządzeniach, paralotnie przyczepione do motorówki, filmy plenerowe, oddzielona przestrzeń dla grillujących, czysty piasek? Cóż, skoro krasnale z biletami i tak przynoszą 50 tysięcy dziennie za nic, po co się interesować rozwalonym barakiem na brzegu i żelaznymi prętami wystającymi z betonu? Ludzie i tak przyjdą, miasto dostało pieniądze, właściciel dostaje pieniądze, bary są pełne, a grille dymią wesoło.
Tylko ma się wrażenie, że tu i na innych biletowanych jeziorach wszystkich nas z czegoś ważnego okradziono.


