21 października 2011

Wszyscy jesteśmy bardzo starzy

Kiedyś usłyszałem bardzo prawdziwe stwierdzenie, że każdy przeżywa stres właściwy dla swojego wieku. Jeśli to prawda, nie ma czegoś takiego jak "beztroskie dzieciństwo", przynajmniej w chwili, kiedy się ono wydarza. Wie o tym każde dziecko, które zgubiło się w supermarkecie, zapomniało zeszytu do szkoły albo straciło chomika. Często spoglądanie wstecz na ów okres to przypominanie sobie ze śmiechem, jak niepoważne rzeczy wzbudzały w nas trwogę i wstyd. Przypuszczam, że i tak lepszy stres z dzieciństwa niż dorosłości: jego źródłem było konkretne zdarzenie. Wskazówka rodzaju złego samopoczucia na skali od ataku paniki do męczącego, uogólnionego lęku wychylona była ku temu pierwszemu. Stres - obciążenie, strach, lęk - ma swoją dynamikę i zmienia się jego charakter, ale zawsze jest obecny. Podobnie jest z przeplatającym się z nim poczuciem starości. Nigdy nie jest się na nie za młodym - choć z perspektywy czasu może się to zdawać zabawne.

Raz na Śląsku wsiadłem na stopa do czerwonego dużego fiata. Prowadził starszy o parę lat ode mnie facet. Właśnie skończył studia. Pracował na pół etatu w pracowniczej gazecie dla górników. Stał na życiowych rozstajach albo przeczuwał, że się do nich zbliża. Opisywał swoją sytuację w tonie trochę żartobliwym, trochę melancholijno-pesymistycznym. "Mam doła związanego ze starzeniem", powiedział. Jakoś utkwiły mi te słowa w pamięci. Może dlatego, że chłopak ten miał dwadzieścia pięć lat. To było ponad dziesięć lat temu.



Mój ojciec o ludziach starych wypowiada się w tonie wisielczego humoru. Ma konserwatywno-liberalny światopogląd i może dlatego dość łatwo mu przychodzi kpina ze starości (bezużyteczność; inność). Czasem jest to kpina zdrowa. Czasem, mam wrażenie, toksyczna dla niego samego. W tym konkretnym przypadku uwiarygodnia on swoją pozycję tym, że sam "jest" stary - tak uważa - więc sam świadomie kpi z siebie. Ale ja te żarty, że starcowi trzeba tylko poprawić szalik, po czym popchnąć wózek inwalidzki do rzeki, słyszę od dobrych piętnastu lat. A były to przecież lata aktywne i produktywne. Następne też takie mogą być. Czy można czuć, że jest się starym - wciąż to rozważać - przez piętnaście lat, i to mając jeszcze co najmniej kolejne piętnaście przed sobą? "Jestem stary" - taka myśl każdego dnia, dzień po dniu, pięć tysięcy dni, dziesięć tysięcy. Czy kiedy minie kolejny tysiąc dni, człowiek myśli sobie: cóż, na początku się pomyliłem, tysiąc dni temu nie byłem jeszcze stary, ale teraz już jestem? 

Gdzie zaczyna się ta starość? Po dwudziestce, pięćdziesiątce, sześćdziesiątce? W głowie? 

Weronika powiedziała mi, że być może dorosłość zaczyna się wtedy, kiedy musisz zacząć odpowiadać za drugiego człowieka. A starość wtedy, kiedy zdajesz sobie sprawę, że znów nie odpowiadasz za nikogo. To być może prawda. Odpowiadanie za kogoś, na przykład za całkowicie bezradne dziecko, to sama esencja poczucia bycia użytecznym. Poczucie takie mocno waży na naszej kulturze. Choć często jest zdrowe, czasem działa jak toksyna dla własnego organizmu. Z ogólnego wrażenia staje się koniecznością, warunkiem sine qua non.

Moja matka wspomina niekiedy, że gdy była bardzo młoda i widziała klepsydrę informującą o śmierci czterdziestolatka, uważała, że człowiek ten już sobie zdążył nieźle pożyć. Ja jako dziecko nigdy w ten sposób nie myślałem. Nigdy też nie mówiłem o swoich rodzicach "starzy", choć raczej nie przez refleksję nad sposobami odczuwania wieku, tylko dlatego, że byłem z natury uprzejmy. Mój umysł robi raczej odwrotne sztuczki (czy robił już wówczas?) - czepia się osiągnięć medycyny, japońskich statystyk długości życia, wrażenia postępującej nowoczesności świata i naszej w nim. Metodą różnych roszad i selekcjonowania przykładów przesuwa pojęcie starości w przód. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że zawodowo otacza mnie literatura. Tutaj trzydziesto- czy czterdziestolatek to osoba młoda, wszystko przed nią. Dobrze, że nie jestem piłkarzem. Gdy byłem dzieckiem, mogłem nim zostać i przez chwilę nawet chciałem. Teraz wiem już na pewno, że nim nie będę, a lista możliwości staje się krótsza z każdym dniem. W tej dziedzinie, gdzie upływ czasu cynicznie przekłada się na konkret życiowych wyborów, mój umysł także robi sztuczki: z gorączkowym entuzjazmem spogląda na drogi życiowe, które zakładają możliwość całkowitego przekwalifikowywania się nawet w dojrzałym wieku (jest tak ponoć w Japonii, znowu Japonia!).

Jeśli starość jest w głowie, to mierzy ją zegar społeczeństwa. Cezury obrządków społecznych, niektóre już za, coraz mniej przed. Nawet antychrześcijanina dopadają rytuały życia - koniec roku, koniec szkoły, koniec studiów, koniec wolności, koniec bezdzietności, koniec wakacji, emerytura. Na progach tych cezur łatwo wpaść w panikę i lęk. Wszystko jest bowiem tak poukładane, by można było łatwo wyznaczyć swoje miejsce na mapie (czy drabinie), za punkt odniesienia biorąc "sukcesy" innych. Zegar społeczny tyka i nakręca zegar psychologiczny w głowie. Kompleksy bycia w ogonie. Osiągnięcia innych. Mierzenie się. Mieszkania, pieniądze, książki, wojaże. Czy jestem na tym etapie, na którym powinienem być? - to jedno ze zdań-kluczy do psychospołecznych trybów kultury miejskiej dziś. Stan posiadania wsącza się do jądra tożsamości: "Inni mają więcej - nie nadążam - jestem stary". Mam trzydzieści parę lat i jestem stary. 

Gdzie zaczyna się ta starość? Zapewne bardzo wcześnie. Może w tym samym supermarkecie, w którym zgubiłeś się jako dziecko. Teraz widzisz, jak twój rówieśnik płaci za czipsy pierwszymi zarobionymi pieniędzmi, gdy ty ciągle masz w portfelu kieszonkowe. 

Wszystko to siedzi w głowie - to pewnie prawda. Znamy tych uśmiechniętych staruszków, którzy deklarują, że ważne to mieć młodą duszę, wtedy starość niegroźna. Znamy medytujących Indian, którzy na amerykańskich filmach żyją w zgodzie z naturą. Niestety ostatnio nie widziałem zbyt wielu Indian w moim sąsiedztwie, choć mam tu sporo wzgórz, na których mogliby medytować, zwróceni twarzą ku zachodzącemu słońcu. Chciałoby się też móc uczciwie powiedzieć: "Jestem inny, mnie to nie dotyczy, pierdolę system". Ale za poczuciem alienacji z wyścigu szczurów i systemu miejskich wartości i tak stoi wewnętrzny niepokój, że może jednak nie jestem aż tak inny. Że miliardy much jednak mogą mieć rację.

Kultura nadążania to gigantyczny mechanizm ze sznurkami mocno zawiązanymi na twoich rękach i nogach, z przygotowanym skryptem zakorzenionym w mózgu, brzmiącym nieustannie w tyle głowy. Wyzwolenie czy osobność od niej to gigantyczne wyzwanie. Czy można uczciwie, mentorskim tonem doradzać ludziom, że powinni się wyzwolić jak w reklamie pepsi albo samopomocowym podręczniku? Ku czemu - ku jakiej grupie odniesienia - można się skierować po takim wyzwoleniu? Zapewne takiej właśnie grupy poszukują jeżdżący do Indii, niedopasowani Europejczycy. Tylko że Indie są równie daleko jak Indianie. Nie można ich zabrać z powrotem do domu. A czy pierdolenie systemu, prawdziwie przepracowane umysłowo, dojrzałe i mocno zamontowane w głowie, to nie będzie kolejne osiągnięcie do zaliczenia? I w dodatku takie, w którym poprzeczka wisi niesprawiedliwie wysoko, a wszystko, co znajome w wygodnicko zamieszkiwanym świecie, trzyma za nogi. To najtrudniejsza ze sztuk. Warto się w niej szkolić, ale nie warto kpić z tych, którym się nie powiodło. Bo można się samemu zatruć kpiną.

Przyjęliśmy, że należy nagradzać za Osiągnięcia, jakby osiąganie, dodawanie, mnożenie było samo w sobie wartością. Dodajmy: osiąganie właściwych rzeczy we właściwym momencie życia. Ale może powinniśmy też nagradzać za stany umysłu. Za wymontowanie się z manii nadążania, za przestanie osiągania, mierzenie siebie, swojej starości, tylko sobą. Najtrudniejsza ze sztuk życia. Złoty medal bodhisatwy. 

Wszystko to jest tak często powtarzane, a jednak ciągle tak bardzo palące.

Foto: 1) moje, 2) 3) sxc.hu

6 komentarzy:

  1. Dobry tekst. Umrzeć można za życia i żyć po śmierci też można. Faktem jest, że kultura napędzana gadżetem sprzyja starzeniu się. Każdy dzień życia mierzysz ilością skonsumowanych przedmiotów i zawsze jest ktoś w zasięgu Twojego racjonalnego kręgu poznawczego, kto, skonsumował już więcej. Czy negujesz to czy nie - konsumujesz, jak nie mainstream to alternatywę i wyjść poza ten sposób życia jest bardzo trudno. Ten system nie pozwala takim przetrwać, jest na tyle liberalny żeby pochłonąć każdy autentyczny ruch i zamienić go w produkt na rynku. Z drugiej strony w tak skonstruowanej rzeczywistości popełniasz samobójstwo próbując wyjść poza jej granice. Konsumpcja jest esencją tego systemu. Wybór polega na tym co chcesz skonsumować, przetrawić i wydalić. Nie ma życia poza tą formą. I to sprzyja starzeniu. Bo procesy trawienne (które następują po konsumpcji) w każdym momencie przybliżają nas do śmierci - a to już biologia i determinizm od którego nie uciekniemy, utlenianie i rozkład, które uwalniając energię postarzają komórki - i nie ma to już znaczenia czy owe komórki są biologicznie pomyślane czy też rozumowo skonstatowane. Z drugiej strony starość może jest dziś motorem napędowym, ciągłym podsycaniem apetytu na "nowe", bo "przyjdzie taki moment, że przestaniesz odżywiać się pożywnie i w wymaganych ilościach" a wtedy umrzesz, czy chcesz tego czy nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, kilka trafnych uwag z innego nieco kąta widzenia. Dodam tylko, że procesy trawienne i konsumpcja to faktycznie nieuchronność, ale dopiero, jak sądzę, ich społeczne i kulturowe funkcjonowanie jest interesujące dla nie-biologa. Dlatego wolałem nie używać analogii trawiennych. Które jednak oczywiście swoje zastosowanie tutaj też mogą mieć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Swietny, zasadniczy temat. A czy nie jest tak ze poczucie starosci i konsumpcyjnego niedosytu to tylko aspekty strachu przed smiercia? Wszyscy jestesmy w sytuacji faceta ktory goni swietlana przyszlosc a ucieka przed roznymi strachami. Guru w Indiach powiedzialby Ci ze wystarczy sie zatrzymac, przestac biec, czas jak i wiele innych rzeczy, ktore mamy w glowie to, jak slusznie zauwazyles, iluzja wdrukowana nam przez spoleczenstwo, program, ktory jako dzieci przejmujemy od doroslych. Uczymy sie bac sie starosci, pragnac wiecej gadzetow, gonic za akceptacja innych. Eksperyment: sprobuj sie martwic staroscia bedac tu i teraz, zyjac tylko chwila obecna... Troche naiwnie polece tu ksiazke de Mello "Przebudzenie", odkrycie z czasow liceum a czyta sie kazdego roku z nowym zrozumieniem. A potem zabij guru...

    OdpowiedzUsuń
  4. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć jak trafiłem na Twojego bloga. Pamiętam tylko jak wtedy dwa z Twoich tekstów zrobiły na mnie ogromne wrażenie: "Młodzież wszystko już przeżyła" i "Tabu pracy i szalone roboty".

    Po lekturze pierwszego tak samo zastanawiałem się, jak to możliwe, że życie w dobrostanie wpływającym wprost na wydłużenie życia i polepszenie jego jakości skutkuje przekonaniem, że starość dopada nas szybciej? Może całe bogactwo inwentarza służącego zatrzymaniu czasu "biologicznego" zamienia życie w pogoń za tymże, w dodatku pogoń wykańczającą i wyniszczającą jak sport zawodowy - bo chodzi przecież o wynik, rekord, i dekorację na pudle, nie zaś o rekreacyjne "przeżywanie bycia"?
    Biegasz więc 10 km dziennie bojąc się starości, zamiast cieszyć się siłami, które na to pozwalają!
    Może to zaburzony konflikt pokoleń - autentyczni nastolatkowie wychowywani przez "wciąż młodych" rodziców szukając podstawy buntu wybierają bycie "starszym" od swoich starych?
    Komplement mówiący o tym, że "nie mogę odróżnić matki od córki" przestaje być komplementem skierowanym do matki, a zaczyna być faux-pas wobec córki! Starość staje się powoli nietaktem takim samym jak pocenie się. Czy w ogóle pozwalanie sobie na "starość" nie świadczy dzisiaj o cokolwiek lekkomyślnym traktowaniu życia? :)

    Po powtórnej lekturze "Tabu pracy i szalone roboty" pomyślałem: może potrzeba bycia cenionym wpływa na poczucie starości - wszak "stary" wie więcej i lepiej dzięki doświadczeniu, a nikt nie jest ceniony dziś bardziej niż 30 letni pracownik z 15 letnim doświadczeniem. Może więc z tej perspektywy, bycie "starym" to kapsuła bezpieczeństwa chroniąca przed wzięciem za niedoświadczonego gówniarza?

    W przestrzeni prywatnych doświadczeń i wyborów każdy potrzebuje jakiegoś określenia, pytam więc o to wszystko sam siebie mając świadomość, że przypadek jednostkowy to raczej nic więcej ponad "przypadek".

    Mam 36 lat, jestem żonaty, mam dwoje dzieci. Moja zona pracuje - w zawodzie, w którym się spełnia bo jest jej pasją. Ja od kilku lat nie pracuję "na etacie" - wraz z rodzeństwem zajmuję się chorą matką, a razem z żoną buduję dom. Okazało się, że pracując najlepiej jak umiem nie zarobię na opiekunkę i ekipę budowlaną. Będąc formalnie bezrobotny jestem więc opiekunką i budowlańcem, do tego gotuję, prasuję i sprzątam. Czy jestem starym kalkulującym cwaniakiem, czy może młodym duchem frajerem, który myśli, że uda mu się okiełznać rzeczywistość inaczej niż innym?
    Nie wiem.
    Z pewnością jestem mokrym snem niejednej feministki. :)

    Zabawne. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. świetny wpis! dawno nic tak dobrego nie czytałem. Ja w sumie chciałem coś na pęd życia szalony zaproponować. Wiem ze to nie jest popularne i pewnie zostanę zjechany za propagowanie spaczonych idei ale polecam eksperymenty z psychodelikami... LSD pomogło mi spojrzeć na cały ten marny żywot z góry pomogło mi odzyskać utracony spokój. Generalnie chodzi o rozwój duchowy budowanie swojego wnętrza, całe życie uganiamy się za dobrami materialnymi a zapominamy o duchowości nie mówię o religii ale poznaniu siebie. chciałem zaproponować jeszcze artykuł który kiedyś przeczytałem http://7freuds.com/psychoterapia/1990/bad-trip-good-health-%E2%80%93-wywiad-z-uzytkownikiem/1 Pozdrawiam M

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dziękuję za pochwały. Rzeczywiście wpis ten stał się dość popularny. Może powinienem częściej odsłaniać duszę i udzielać porad życiowych. :)

    @Lh: Dzięki za bardzo ciekawe refleksje. Twój komentarz to właściwie niemal osobny wpis przy okazji mojej notatki. Dzięki.

    @MXL: Ja zawsze popieram eksperymenty, a zwłaszcza z psychodelikami. Czy jednak faktycznie "poznajemy siebie", zażywając LSD? Chodzi mi o to, że rozszerzamy spektrum doznań zmysłowych, umysł wchodzi w inny tryb, widzimy rzeczywistość w alternatywny sposób - i to z pewnością bardzo pożyteczne i odkrywcze; ale przypuszczam, że doświadczenia te nie bardzo nawiązują do rzeczywistości, w której przebywamy, i problemów, z którymi się zmagamy, w tym też problemów egzystencjalnych. Prawdę mówiąc, nie słyszałem też, by LSD pomogło osiągnąć równowagę duchową - choć może jest inaczej. Dlatego choć w pełni popieram jego zażywanie, raczej byłbym ostrożny przed ogłaszaniem go środkiem, dzięki któremu poznajemy siebie. Mogę się jednak mylić.

    @Moniq: Nie znam de Mello, ale brzmi to trochę jak książka duchowościowo-samopomocowa. Unikam takich lektur, bo nie sądzę, żeby mogły dać coś człowiekowi, który przeczytał czterocyfrową liczbę książek literatury powszechnej, obejrzał podobną liczbę filmów światowego kina i spędził ileś tam lat na uczelni humanistycznej. Jeśli do tej pory nie potrafi obyć się bez de Mello, to już i tak nic mu nie pomoże.

    Pozdrawiam wszystkich!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!