29 października 2011

Jakie książki na święta? („Moje” tytuły na koniec 2011)

Zbliża się czas zakupów świątecznych i wiem, że wszyscy kupicie w prezencie książkę. Dlatego w ramach autopromocji i promocji świetnych wydawców, z którymi najczęściej współpracuję, pozwolę sobie zasugerować parę pięknie wydanych nowości w twardej oprawie, które zmieszczą się pod choinkę (wszystkie są z II połowy tego roku). Są to różnorodne gatunkowo przekłady lub redakcje mojego autorstwa. Wszystkie kupić można przez strony wydawców ze zniżką (linki w tytułach). Będą też pewnie dostępne na Targach Książki w Krakowie, które zaczynają się 3 listopada.

DLA CIEKAWYCH ŚWIATA: Demokracja ajatollahów
Hooman Majd
Wydawnictwo Karakter
381 s., twarda oprawa

Druga z książek Majda na polskim rynku w moim przekładzie - zbiór błyskotliwych, zabawnych i wnikliwych reportaży o Iranie. W jednej z recenzji przeczytałem, że Majd dociera tam, gdzie przed innymi zamykają drzwi. Wydaje mi się, że jest jeszcze inaczej: jako człowiek równie mocno zakorzeniony w kulturze irańskiej, jak euroatlantyckiej, Majd w ogóle wie, do których drzwi pukać i jakie zadawać pytania. To wiedza niedostępna niestety dla większości polskich reporterów.

Z kilku ciekawszych wątków wymienić warto moim zdaniem szeroko omówione związki Iranu z państwami Ameryki Południowej, zwłaszcza Wenezuelą, gdzie powstają fabryki samochodów i traktorów. Także prezydenci Iranu i Brazylii  utrzymują serdeczne relacje. Majd rozwija też temat irańskich wpływów w Zatoce Perskiej i w ogóle na Bliskim i Środkowym Wschodzie. To przykład współpracy państw Trzeciego Świata między sobą, a zupełnie poza polem widzenia i zasięgiem wpływów głównych geopolitycznych graczy, o czym nie mówi się w polskich mediach zasilanych depeszami Reutersa. Przekłada się to także na relacje w ONZ, gdzie wiele inicjatyw Iranu, dzięki prowadzonej przez ten kraj inteligentnej polityce zagranicznej, spotyka się z gromkim i większościowym poparciem - niestety jest to poparcie nie tych państw, co trzeba.

21 października 2011

Wszyscy jesteśmy bardzo starzy

Kiedyś usłyszałem bardzo prawdziwe stwierdzenie, że każdy przeżywa stres właściwy dla swojego wieku. Jeśli to prawda, nie ma czegoś takiego jak "beztroskie dzieciństwo", przynajmniej w chwili, kiedy się ono wydarza. Wie o tym każde dziecko, które zgubiło się w supermarkecie, zapomniało zeszytu do szkoły albo straciło chomika. Często spoglądanie wstecz na ów okres to przypominanie sobie ze śmiechem, jak niepoważne rzeczy wzbudzały w nas trwogę i wstyd. Przypuszczam, że i tak lepszy stres z dzieciństwa niż dorosłości: jego źródłem było konkretne zdarzenie. Wskazówka rodzaju złego samopoczucia na skali od ataku paniki do męczącego, uogólnionego lęku wychylona była ku temu pierwszemu. Stres - obciążenie, strach, lęk - ma swoją dynamikę i zmienia się jego charakter, ale zawsze jest obecny. Podobnie jest z przeplatającym się z nim poczuciem starości. Nigdy nie jest się na nie za młodym - choć z perspektywy czasu może się to zdawać zabawne.

Raz na Śląsku wsiadłem na stopa do czerwonego dużego fiata. Prowadził starszy o parę lat ode mnie facet. Właśnie skończył studia. Pracował na pół etatu w pracowniczej gazecie dla górników. Stał na życiowych rozstajach albo przeczuwał, że się do nich zbliża. Opisywał swoją sytuację w tonie trochę żartobliwym, trochę melancholijno-pesymistycznym. "Mam doła związanego ze starzeniem", powiedział. Jakoś utkwiły mi te słowa w pamięci. Może dlatego, że chłopak ten miał dwadzieścia pięć lat. To było ponad dziesięć lat temu.

12 października 2011

Prosta refleksja o prawicy

Przeczytałem tekst Dariusza Kortki w GW o powyborczych wypowiedziach polityków, krótką summę tego, co można znaleźć w gazetach prawicowych i tabloidach. W tym wypowiedź dziennikarki "Gazety Polskiej Codziennie", którą tu przytaczam za GW:
Albo stworzymy drugi obieg, niezależne społeczeństwo obywatelskie z własnymi instytucjami kultury, silnymi mediami i organizacjami, albo nie będziemy mieli najmniejszego wpływu na to, co będzie się działo z Polską. Teraz to konieczność dziejowa.

Przeczytawszy te słowa, miałem krótki moment olśnienia. Bardzo popieram wizję tej dziennikarki. Jej postulat nasuwa myśl o mechanizmach filtrujących niechciane grafiki w Wikipedii i innych dużych portalach. Nie chodzi tu tylko o materiały erotyczne, ale wszystko, co może zostać uznane za szczególnie bulwersujące, poruszające czy obrzydliwe, jak zdjęcia chorób skóry czy dosłowne fotorelacje z etnicznych masakr. Może i wizja takich filtrów to wizja dość żałosna - oto delikatni mieszczanie globalnej Północy usiłują odciąć się od nawet obrazów cierpienia i umościć sobie fikcyjne, bukoliczne gniazdko w kokonie filtrów i firewalli pełnym zachodów Słońca, kotków i kojącej muzyki. Wizja może żałosna, ale w przypadku polityki - jakże kusząca. 


Bowiem przez takie dziennikarki, przez polityków skrajnej prawicy, przez gowinizację debaty o aborcji czy in vitro, w której ekstrema podaje się jako rozsądne centrum, a instytucja medyczna przesiąknięta drapieżną polityczną atmosferą nie jest w stanie, sparaliżowana, zastosować się do wyroku sądu (Alicja Tysiąc); przez kaczyzację i rydzykizację języka rozmowy o społeczeństwie i jego wartościach - wszyscy, wszyscy z prawa i lewa, ty i ja, stajemy się prymitywami. Nie można bowiem zamknąć się w kamiennej wieży i zatkać uszu, kiedy wokół toczą się światopoglądowe debaty na temat kwestii, które w lepiej rozwiniętych, bogatszych, po prostu lepiej żyjących społeczeństwach są częścią historycznego folkloru, a nie pakietu nierozwiązanych problemów. Tymczasem zrzuciwszy ich jarzmo - jarzmo kwestii takich jak małżeństwa gejowskie, eutanazja, in vitro, ba, związki partnerskie - można skuteczniej zacząć myśleć o tym, jak polepszyć życie ludzi, ponieważ polepszyć można je wtedy, kiedy jak najwięcej tabu, jak najwięcej mrocznych, ciemnych plam na psychoanalitycznej mapie społeczeństwa zostaje otwartych i prześwietlonych, zrelatywizowanych, wyłączonych spod brzemienia antycznej metody regulacji życia i kultury za pomocą patriarchalnego zakazu: "Nie, bo to zło". Tylko wtedy można rozmawiać swobodnie o wszystkim - a więc znaleźć język, a więc zobaczyć wcześniej widziane niewyraźnie obszary wyzysku, dyskryminacji czy braku dobrostanu.

Jesteśmy nie tylko społeczeństwem przed psychoanalizą, ale także przed feminizmem, przed emancypacją, przed akcją afirmacyjną, przed reformacją, przed Wolterem i przed Johnem Lockiem. I dlatego propozycja dziennikarki "Gazety Polskiej" tak mnie urzekła - bo rzeczywiście stworzenie prawicowego obiegu kultury to, jak dla mnie, "konieczność dziejowa" - koniom lżej. (Wiem, że jest to marzenie o nagłym przyspieszeniu na miarę fantazji gwałtownego dorobienia się na giełdzie albo wyłowienia innej złotej rybki, ale pozwólcie mi przez chwilę zabawić siebie i was tą pocieszną wizją. Nie wiem tylko, czemu dziennikarka uważa, że drugi obieg pozwoli mieć na coś wpływ - jak nazwa wskazuje, są to przecież działania pozagłównonurtowe). Popieram więc powstanie bibliotek, świetlic i czasopism o charakterze ściśle prawicowym. Niech będą prawicowe domy kultury, kina i instytucje w liczbie proporcjonalnej do liczby wyznawców prawicy. Może nawet sklepy, stadiony (te już są), autobusy? Niech zarządza nimi skrajnie prawicowy dwór z autorytarnym kaczyńskoidem na czele. Mieliby swój drugi obieg. Świetnie by się w nim rozumieli. Nikt nie zakłócałby im płynnego przekazu konserwatywno-narodowej treści. Nie byłoby niepoprawnych politycznie wywiadów Lisa, felietonów Środy. Żadnych polemik. Chociaż nie - mogliby sobie przecież prowadzić wewnętrzne debaty, rozwijać tę prawicową myśl, przekazywać ją i sublimować. Wszyscy byliby zadowoleni. A jak dobrze by było, gdyby cała debata prawicowa, wszystkie te głosy, skupione były na jednym, określonym kanale telewizyjnym, np. Orzeł Biały TV, albo w jednej gazecie. Jak proste stałoby się zapobieganie wystawieniu na szkodliwe oddziaływanie treści sprowadzających umysł dziewięć dekad wstecz. Nie chcesz, nie włączasz. Dokładnie tak jak w filtrze grafik. Bo czemu ma się dać odfiltrować biedne, poparzone dziecko, a nie można jednym klikiem zablokować otępiających farmazonów zapieniaczonego prymitywa? I tu, i tu chodzi o pewien rodzaj higieny umysłowej. I, tak, konieczność dziejową. 

Fotki: sxc.hu

4 października 2011

Milicjanci Churchilla i wybory 2011

Mówienie o powinnościach obywatelskich to sprawa śliska. Samo ich pojęcie wskazuje na chęć zbudowania (promowania) idealnego obywatela. Idealny obywatel to postać idealnie cywilizowana, w pełni usystemowiona. Idealny obywatel bierze udział w wyborach powszechnych i bezpośrednich, ubrany w białą koszulę i garnitur. (Moja mama, mieszczanka, kiedyś prawie się popłakała, bo nie ubrałem się dość oficjalnie, idąc do komisji wyborczej). Wszyscy, którzy czerpią korzyści z istnienia systemu, obracania się jego trybów, będą więc namawiać do udziału obywateli w obywatelskich świętach takich jak wybory parlamentarne. Ich udział to potwierdzenie systemu, reprodukcja jego wartości, podniesienie ceny akcji władzy - jako takiej - i jej ponowna legitymizacja. Wśród tak ucywilizowanych obywateli często przy tym padają dwie maksymy: "Demokracja to kiepski system, ale lepszego nie znamy"; "Jeśli nie pójdziesz do wyborów, nie będziesz miał/a prawa narzekać". 

Pierwsze z powiedzonek, zresztą autorstwa polityka, jest nie tylko głęboko redukcyjne, ale i konserwatywne oraz fatalistyczne. Lepszego nie znamy, więc w domyśle - nie szukajmy, pogódźmy się ze status quo, wstrzymajmy ruchy, które mają modyfikować i usprawniać system (np. aby likwidować biedę), i najlepiej już o tym nie rozmawiajmy. A wizji demokracji - niektórzy części z nich w ogóle już nie nazywają demokracją - jest bardzo wiele, lecz istotne dyskusje o jej kształcie, a w tym o kształcie całej Unii, są poboczem dyskursu politycznego w naszym kraju pełnym ludzi biorących błędnie zacytowane Churchilowskie maksymy za dobrą walutę refleksji politycznej. 

Drugie powiedzonko, z pozoru buńczuczne, jest tak popularne pewnie z tego powodu, że stawia wypowiadającego na pozycji chwilowego mentora, a po trosze jakby milicjanta sumień czy kapłana cywilizacji. Mamy tak wielki deficyt pewnej wiedzy i mocnych przekonań, w dodatku takich, które możemy narzucać innym w imię większej, popieranej przez autorytety sprawy jaką jest dobro kraju, że korzystamy z okazji, by napomnieć niewiernych - znajomych odmawiających głosowania. W rzeczywistości powiedzonko to wyraża bezsilność. To zdanie-erzac wypowiadane zamiast innego, ogólniejszego zdania: "Możesz zdecydować o tym, kto będzie rządził". Ale na to drugie zdanie nikt się już nie nabierze. Gdybym rzeczywiście miał decydować, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Wyborcy rozumieją, że ich głos - to truizm - jest jak ziarno piasku na plaży. W istocie nie chodzi o decydowanie. Pompatyczne słowa o możliwości decydowania mają w nich wzbudzić wiarę w celowość i sensowność systemu. Tymczasem decyzja - co przeczuwa każdy wyborca - jest wtedy, gdy coś postanawiam i tak jest, a nie dzielę ją z 31 milionami współdecydujących. Inaczej staje się ona nie decyzją, ale wyznaniem wiary w szerokie, masowe mechanizmy wspólnotowe. Nie każdy chce i ma powinność wierzyć w takie rzeczy (bo chodzi właśnie o wiarę), przynajmniej dopóki nie będzie obowiązku głosowania jak w Belgii.

Nieoddanie głosu nie oznacza, że nie mam (lub że mam) do czegoś prawa albo że wyrzekłem się decyzji - mówi tyle, że nie biorę udziału w święcie reprodukowania systemu. Niegłosujący (i głosujący) prawa do decyzji i tak nie ma, choćby tuby propagandy wmawiały mu, że jest inaczej. Ile jest warta akcja dzielona między 31 milionów akcjonariuszy? Oczywiście, że jeśli każdy pójdzie, to się zsumuje etc., etc., ale spekulacja o tym, co będzie, jeśli wiele milionów ludzi coś zrobi, to działania na masach dla mózgów socjocybernetyki. Pojedynczy człowiek ogarnia świat wyznaczony horyzontem jego działań i relacji, reszta to abstrakcja, konstrukcja myślowa. Nie można zmuszać zwykłych Homo sapiens, by głęboko przyjmowali do serca takie systemowe przeliczenia na milionach, sumy i kalkulacje jako wyznania wiary i moralne prawdy o świecie, bo to dopiero jest niedemokratyczne.

Stwierdzenie "Nie będziesz miał prawa narzekać" to ostatnia deska ratunku, skoro w "Możesz zdecydować" nikt nie wierzy. Zdanie to budzi we mnie zmęczony, pełen bezsilności śmiech. Nawet dla milicjantów systemu zbawieniem, wartością w tej ich systemowej eschatologii politycznej staje się narzekanie. Narzekanie! Nie dobrobyt, powszechne szczęście, darmowa woda do każdego espresso, tylko narzekanie. Jak bezsilny czy bezwładny musi być system, w którym powszechnie używa się takich argumentów?

Drodzy milicjanci systemu, jeśli chcecie odczytywać innym ich prawa, skupcie się może na prawach pozytywnych: do kształcenia, dobrobytu, życia w społeczeństwie, w którym nikt nie jest dyskryminowany ze względu na płeć i orientację. Niegłosujący dobrze znają swoje prawa, w tym do narzekania, a więc swobodnej wypowiedzi oraz krytyki systemu niezależnie od tego, czy było się kiedyś przy urnie, czy nie.

Foto: sxc.hu