19 sierpnia 2011

Jak wydać książkę, cz. II

Właściwie od tej części powinno się zacząć lekturę mojego miniporadniczka, ponieważ będzie tu o pieniądzach, a więc opłacalności całego tego interesu, ale także o kilku innych ważnych rzeczach, takich jak smak porażki oraz wygląd umowy.

VII

Wydruki zrobione, wymagania spełnione, list napisany i załączony. Wysyłaj. Nie czekaj na odpowiedź od jednego wydawcy przed wysłaniem do kolejnego, tylko poślij tekst do wszystkich wcześniej wybranych oficyn jednocześnie listem zwykłym na adres stosownego działu/redaktora odpowiedzialnego za pocztę literacką. Wiedz, że wydawca nie poinformuje cię, czy otrzymał twoją przesyłkę. Musisz liczyć na to, że akurat tego dnia w trybach Poczty Polskiej nie zabrakło oleju.

Po mniej więcej 10 dniach możesz zadzwonić do stosownego działu, przedstawić się i zapytać, czy twoja książka bezpiecznie dotarła. Przy okazji zapewne dowiesz się, ile czasu trzeba będzie poczekać na jej ocenę. Jeśli na www napisano, że wydawca decyzję podejmuje w ciągu np. 8 tygodni, to raczej nie spodziewaj się, że będzie to mniej. Niektórzy wydawcy, zwłaszcza co bardziej nobliwi, poinformują cię o decyzji w terminie. Większość ma jednak brzydki zwyczaj nieinformowania o losie twojego dzieła, jeśli postanowią je odrzucić. 

Po upływie tych przykładowych 8 tygodni dolicz jeszcze tydzień i napisz maila bądź zadzwoń z pytaniem, czy już coś wiadomo. Nie przyjmuj tonu roszczeniowego, nie domagaj się, nie denerwuj, nawet jeśli się spóźniają. Pamiętaj, że wciąż jesteś pod kreską, jeśli chodzi o argumenty. Jeśli NAWET twój tekst zostanie odrzucony - a statystyka wskazuje, że to bardzo możliwe - daj się poznać jako człowiek, z którym można spokojnie pogadać, a nie pieniacz. Dla redaktora przekazanie złej informacji też wcale nie jest przyjemne. Zachowując się jak gbur, możesz sprawić, że takie będzie przy następnej okazji. 

Możesz spróbować podpytać, czemu tekst odrzucono, i wówczas dobrze wsłuchaj się w odpowiedź, bo może się w niej zawierać istotne ziarno prawdy. Pamiętaj jednak, że wydawca nie ma obowiązku cię informować o powodach tej decyzji, nie musi także pokazywać wewnętrznych recenzji dzieła (jeśli takie powstały), ale zawsze masz prawo o nie spytać - a nuż otrzymasz ważne wskazówki. Wydawca może, ale nie musi, odesłać przesyłkę, więc pamiętaj, że nie możesz też domagać się zwrotu, jeśli postanowi tego nie robić. Widzisz więc, że ni ma letko. Dlatego nie czekaj na jednego wydawcę przed posłaniem do kolejnego - wyślij od razu do wszystkich wybranych. Każdy chciałby mieć zmartwienie tego typu, że nie wie, którego wydawcę wybrać z kilku zainteresowanych.

Czy oni to w ogóle przeczytają? - robak tego pytania często drąży pisarskie umysły. W zasadzie można się spodziewać, że tekst zostanie przeczytany lub przynajmniej przejrzany, a jeśli zwróci uwagę, skierowany do recenzji wewnętrznej (możesz wówczas zostać poproszony o dosłanie całości). W branży nie ma jednak uniwersalnych standardów gwarantujących należytą uwagę redakcji. Rzecz w tym, że redaktorowi nierzadko wystarczy strona, żeby stwierdzić, że tekst się do niczego nie nadaje. Naprawdę. Nie doceni komplikacji fabularnych, zgoda, ale odbije się od pierwszej, najważniejszej bariery: formy. Pomysł fabularny nie musi być jak supernowa, lecz tekst MUSI się gładko czytać. Jeśli chcesz być wydawany, musisz pracować nad językiem, cyzelować, dużo skracać, aby zdania wybrzmiały należycie już przy pierwszym czytaniu, czujnie podpatrywać mistrzów pióra. No i wysyłany fragment (zwykle początek) nie może być nudny. Jeśli początek jest taki sobie, bo akcja naprawdę rozkręca się dopiero na setnej stronie, to redaktor będzie miał 99 powodów, by wrzucić twój wydruk do kosza.  

Oczywiście bierzesz też na pewno pod uwagę, że ludzie mają różne gusta i wrażliwości, a punkt siedzenia (w danej firmie z określonym profilem) wyznacza niekiedy punkt widzenia (upodobanie do konkretnego rodzaju tekstów), dlatego też właśnie trzeba spróbować z wieloma wydawnictwami.

VII

Usłyszeć "nie" od wydawcy to bolesna sprawa. Oznacza to odrzucenie i niedocenienie kreatywnego dzieła twojego umysłu, które tworzyłeś przez długi czas i które być może spodobało się już wielu pierwszym czytelnikom. Spośród książek nadsyłanych do redakcji polskich wydawnictw bardzo nieliczne trafiają na rynek. Myślę, że można mówić tu o niecałym jednym procencie. Widzisz więc, że statystyka nie jest po twojej stronie. 

Rady? 

1) Odczekaj sześć miesięcy i wróć do swojego tekstu. Jeśli się rozwijasz, podpatrujesz metody pisarskie wielkich i dużo czytasz, stwierdzisz, że twój tekst trzeba przepisać lub znacząco poprawić, przekomponować i skrócić. Zrób to i spróbuj wysłać raz jeszcze do tego jednego czy dwóch wydawców, których zostawiłeś sobie w odwodzie na czarną godzinę. :) Raczej nie wracaj do tych już zaatakowanych.

2) Spróbuj wydać książkę samodzielnie w postaci elektronicznej. To prawda, pisałem w poprzedniej części poradniczka, że to niezbyt dobry pomysł. Radzę sięgnąć po tę opcję dopiero wówczas, gdy zawiodło podejście do wydawców z co najmniej trzema książkami. Zdarza się, że tekst z różnych powodów nie interesuje wydawców lub ma zbyt niską jakość na druk, ale i tak daje na tyle dużo satysfakcji czytelnikom "internetowym", że zdobywa popularność w coraz większym e-obiegu. Może to być pokrętna droga do wydania papierowego. A jeśli nie, to przynajmniej dasz chwile radości tym kilkuset osobom z e-czytnikami, które ściągną twój plik, a czy nie to się właśnie liczy?

3) Wróć do korzeni: napisz kilka opowiadań i spróbuj opublikować je w czasopismach literackich. Spróbuj wygrać jakieś konkursy na opowiadanie. Pójdź na kurs creative writingu (który bywa także niezłym miejscem zadzierzgania kontaktów w świecie pisarsko-wydawniczym oraz fachowym forum oceny tekstów). Z tak upgrade'owaną biografią ponownie zasiądź do pisania powieści i nie ustawaj w trudach. Randy Pausch mówił, że klęski i przeszkody życiowe to murki oddzielające od celu. Dzięki nim dowiesz się, czy pragniesz czegoś tylko trochę, czy zależy ci na tyle, by je przeskoczyć.

VIII

A teraz spełnia się sen złoty i wydawca zaprasza cię na kawę - zapewne chce podpisać umowę. (Zresztą, sen czy nie sen, pewnie ciekawi cię, ile można wyciągnąć z pisania). 

Standardowo zarobek składa się z dwóch elementów: zaliczki na poczet tantiemów i samych tantiemów

Zaliczka to suma, którą dostajesz na dzień dobry po podpisaniu umowy. Debiutant może się tu spodziewać każdej czterocyfrowej kwoty. Jeśli kwota jest pięciocyfrowa, to sygnał, że wydawcy NAPRAWDĘ zależy na współpracy i chce cię szybko związać umową, gdyż spodziewa się ruchu ze strony konkurencji. Tantiemy oblicza się jako procent od ceny detalicznej (okładkowej) książki albo od ceny zbytu, wynoszącej przeważnie 50% detalu z okładki. Debiutujący autor może się spodziewać tantiemów w wysokości między 6 a 10% (zwykle 7-8%) od detalu lub 12-18% od zbytu. Mało, nie? Zaliczka przyjemnie zasila konto jednorazowym strzałem, więc autorzy przeważnie starają się wytargować jej dużą wysokość. Zważ jednak, że skoro zaliczka jest na poczet tantiemów, nie dostaniesz poza nią już ani grosza, póki twoje procenty z książki nie przewyższą zaliczki. Z drugiej strony, jeśli zaliczka wyniesie więcej niż suma, która należałaby ci się za sprzedane egzemplarze (zakładając, że sprzeda się tylko część nakładu), nie musisz jej zwracać.

A teraz prosta kalkulacja, po której ocenisz, czy da się pisaniem ukoić płacz głodnych dzieci. Cena detaliczna książki 33 zł (średnia dla prozy), nakład 3000 egz. (średni dla debiutanta), tantiemy 8% od detalu, zaliczka 4000 zł. 8% z 33 zł to 2,64 zł - tyle dostaniesz, jeśli mama pójdzie do księgarni i kupi twoją powieść. Już stać cię na małe piwo w podłej knajpie na Wschodzie Polski lub neskę z automatu. Załóżmy, że sprzedał się cały nakład (dzieje się to w ciągu paru miesięcy do paru lat, większość w ciągu pierwszych 2-3 mcy): 2,64 zł x 3000 egz. = 7920 zł. Ponieważ dostałeś już 4000 zł zaliczki, kolejne zyski zaczną być naliczane po sprzedaniu nieco mniej niż połowy nakładu. Proste. 7920 zł to łączna suma, jaką zarabiasz na książce, jeśli sprzeda się calutki nakład. Chyba że dostaniesz nagrodę Gdynia - wówczas dopisz czwórkę na początku. Jeśli pojawi się duże zainteresowanie, wydawca może dodrukować książkę i wciąż za każdy sprzedany egzemplarz wpada ci kolejna neska. Jeśli zaś z tych 3000 wydrukowanych egz. sprzeda się np. tylko 500 (500 x 2,64 = 1320 zł, a więc o 2680 zł mniej niż zaliczka, którą otrzymałeś), to nie musisz zwracać zaliczki - ryzyko wydawcy - i wtedy na książce zarobiłeś właśnie tyle, ile wyniosła zaliczka.

Jeśli napiszesz i wydasz jedną taką książkę rocznie, będziesz musiał przeżyć za 660 zł miesięcznie. Z biegiem czasu, jeśli Twoje pisarstwo stanie się bardziej rozpoznawalne, a pozycja stabilniejsza, wzrosną nakłady, zaliczki, procenty. Najwięksi polscy pisarze dostają po kilkadziesiąt, a nawet ponad sto tysięcy zaliczki. Mało kto, nawet z tych większych, żyje wyłącznie z pisarstwa czy konkretnie pisania książek: autorzy piszą felietony, prowadzą kursy i wykłady, mają firmy etc. Tak więc bardzo poważnie się zastanów, czy warto nazwać szefa idiotą po telefonicznym zaproszeniu na rozmowę do siedziby wydawnictwa. 

IX

Teraz nadchodzi moment, w którym w twoim ręku pojawiają się karty i zaczynasz być stroną w grze. Wiele zależy od tego, co wydawca ci zaproponuje i jakie są twoje własne oczekiwania. Jedna rada, której mogę udzielić: nie spiesz się. Poproś o wzór umowy, który chcą ci zaproponować, uzgodnij warunki. Zabierz to do domu i wszystko sobie przelicz. Wymuś na wydawcy termin udzielenia odpowiedzi w ciągu tygodnia czy dwóch. Wydawcy, w tym duzi, mogą chcieć podpisać umowę jak najszybciej, najlepiej przy pierwszym spotkaniu. Osobiście uważam, że nie warto zgadzać się na takie tempo pracy czy wręcz szantaż. Masz karty w ręku - wykorzystaj je. Zadzwoń do paru innych wydawców, którzy mają twoją książkę, i powiedz, że złożono ci ofertę - to gwałtownie przyspieszy ich proces decyzyjny i może poskutkować lepszą propozycją. Nie obstawaj tylko przy pieniądzach - wydawnictwo może zaoferować mniej złotych, ale lepsze warunki promocji lub dystrybucji. Zawsze pytaj o promocję. Możesz też pokazać umowę prawnikowi, jeśli czegoś w niej nie rozumiesz. Generalnie rzecz biorąc, nie patrz na wydawcę jak na sępa, ale też nie ufaj mu jak mamie.

X

Na koniec trzy słowa o umowie licencyjnej. Wymieniam tu tylko najważniejsze zapisy, których można się spodziewać w tego typu dokumentach.

1) Normalna, uczciwa umowa polega na udzieleniu przez ciebie wydawnictwu licencji na wydawanie twojej książki w Polsce na określony czas (typowo 5 lat od chwili wydania). Po upływie tego okresu licencja wraca do ciebie. Wydawca może chcieć ją przedłużyć, lecz nie musisz się na to zgodzić. Pamiętaj, że raz sprzedana licencja pozbawia cię prawa dysponowania tekstem - nie możesz już go wrzucić do internetu czy sprzedawać innymi kanałami, np. jako e-booka.

2) Umowa zawiera datę, do której jesteś zobowiązany dokończyć powieść bądź wprowadzić ewentualne poprawki uzgodnione z redakcją, a także terminy, w jakich powinieneś ustosunkować się do zmian wynikłych z adiustacji i innych prac redakcyjnych.

3) Określa tzw. pola eksploatacji, np. wydanie papierowe, audiobook, e-book, czytanie w radiu, rozpowszechnianie fragmentów w internecie itp. Niektóre wydawnictwa proponują osobne umowy na wydania elektroniczne i audio.

4) Warunki rozwiązania umowy. Przykład: jeśli wydawca nie sprzeda żadnego egzemplarza twojej książki przez np. 6 miesięcy, licencja automatycznie wraca do ciebie. Podobnie może się zdarzyć, jeśli od chwili złożenia przez ciebie książki, wydawca nie wyda jej w ciągu np. 2 lat.

5) Oczywiście umowa określa warunki finansowe, o których pisałem wyżej. Podatek wynosi tutaj ~10%, ponieważ rzecz tyczy się dzieła autorskiego.

6) U niektórych wydawców proponowana umowa może zakładać reprezentację zagraniczną. Jeśli masz kontakty zagraniczne, możesz spróbować samodzielnie (lub z agentem) zdobyć zagranicznego wydawcę dla swego dzieła. W przeciwnym wypadku lepiej zostaw te sprawy wydawnictwu, które będzie cię reprezentować, występując w charakterze agenta (za sowity procent od przyszłych dochodów z zagranicznego wydania). To samo z reprezentacją w przypadku ekranizacji filmowej lub teatralnej.

7) Umowa określa, ile autorskich egzemplarzy książki dostajesz (zwykle około 10) i jaką masz zniżkę w przypadku chęci nabycia kolejnych.

8) Często zawiera zapis o tym, że zgadzasz się uczestniczyć we wszystkich promocyjnych akcjach i atrakcjach, które wymyśli wydawca (co akurat jest dobrą rzeczą, bo wspomaga sprzedaż książki). Niekiedy wspomniane są tam diety za przejazdy czy noclegi.

9) Umowa nie powinna zawierać zapisu o zrzeczeniu się praw majątkowych - oznaczałoby to, że licencja, raz opłacona, na zawsze pozostanie u wydawcy i nigdy do ciebie nie wróci (chociaż przy każdym wydaniu wydawca będzie musiał poinformować, że jesteś autorem dzieła); nie powinna zakładać współfinansowania wydania przez autora lub nakładać na ciebie jakiegokolwiek ryzyka finansowego; nie może automatycznie zakładać praw do wydania kolejnych książek (chyba że świadomie się na to zgadzasz i zadowolą cię zaproponowane pieniądze), choć może zawierać klauzulę o pierwszeństwie wydawcy do obejrzenia twojego kolejnego dzieła. 

|||

To tyle. Teraz wiesz już dość, by przynajmniej rozumieć, o czym do ciebie mówią i co ty powinieneś mówić. Powodzenia na pisarskich szlakach. Wspomnijcie mnie w "Podziękowaniach", jeśli poradnik wam się przydał.

Aha, i będę wdzięczny za wszelkie komentarze innych ludzi z branży, którzy mogą rzucić nowe światło na moje porady z perspektywy własnych doświadczeń; i za wszelkie inne komentarze.

Foto: sxc.hu

15 komentarzy:

  1. Hej. Ciekawy zbiór porad. W zasadzie do niczego nie można się przyczepić:) Jestem tylko ciekaw, co się stało, że przestałeś pracować jako redaktor w wydawnictwie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Złożyły się na to rozmaite przyczyny zawodowe i osobiste. :)
    Dzięki za komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Porady interesujące jednak prowadzą mnie nie pisarza, a zwykłego czytelnika do pewnej refleksji.

    Autor pomysłodawca siedzi nocami bo w dzień musi zarabiać na chleb. Pisze, skreśla, poprawia, męczy się, ma jakieś rozterki, bóle, męki - trwa to dajmy na to rok. Wreszcie jest, ma tekst. Musi teraz ustawić interlinię na 1,5 - to bardzo ważne dla jakości dzieła. Nie dzwonić za często nie zadawać zbędnych pytań. Musi być zgięty w pół, nie stawiać warunków, łasić się - odrzucą nawet ciekawy tekst jeśli okaże się gburowaty (swoją drogą ciekawe kto to ocenia) W rezultacie ten intelektualista i "talent" otrzyma coś ponad dwa złote od sztuki (ciekawe ile wydawca) Przy rewelacyjnej sprzedaży 10 tyś. sztuk daje mu powiedzmy 25 tyś. złotych. Po opodatkowaniu jakiemu zapewne podlega osiągnie kwotę pensji miesięcznej 1600 zł. Aż mu pozazdrościłem :-) Nie dziwię się, że pisarzy mamy kiepskich. Nie da się za to wyżyć, a pisanie w przerwie między pracą, rodziną i snem nie może dawać jakości na skalę międzynarodową. Sądzę, że po za granicami kraju jest zdecydowanie inaczej - nie chcę powiedzieć, że łatwiej ale zysk nieporównywalny.
    Po wydaniu pierwszego Harry Pottera autorka mogła poświęcić się tylko pisaniu i nie dziadować.
    Podobnie autorka sagi Zmierzch sądzę , że nie ma sensu więcej wymieniać.

    Jak się tak zastanowić to w tym kraju nie należy cię temu dziwić.

    Reasumując, po lekturze, negatywnie oceniam działalność wydawnictw. Nie widzę możliwości wkładania w ramy czegokolwiek w tej branży, a one chyba się o to starają. Często wydają knoty. Wrócę do Harry Pottera, przecie tego nikt nie chciał początkowo wydać, żadne wydawnictwo - czyli ci znawcy nie poznali się zupełnie na forsie która leżała na ich stołach w postaci maszynopisu. . Nie wiem nie czytałem, może akcja rozwijała się dopiero po 90 stronie albo ta cholerna interlinia...w każdym razie jeśli nie wyczuli pieniędzy przy tak prostej literaturze to strach myśleć ile trudniejszych tekstów poszło do kosza. ( 2 miliardy dolarów zarobiła sama autorka na 7 książkach )
    Wychodzi na to, że ciężko jest się przebić, zaś w Polsce nie ma sensu,chyba że jest się bogatym i nie ma nic lepszego do roboty.

    I jeszcze jedno; teraz rozumiem dlaczego 99,9 autorów książek które czytam to autorzy obcojęzyczni - są lepsi - tam inwestuje się w pisarza - to coś jak z roślinkami nie nawozisz nie podlewasz to i lipna ta marchewka.

    Współczuje pisarzom i tym znanym i tym początkującym są skazani na oceny ich charakteru, ilości wykonanych telefonów, wyglądu maszynopisu, a jak akcja nie wywali wulkanem na drugiej stronie to nikt tego nawet nie przeczyta...

    OdpowiedzUsuń
  4. 1) To, że ktoś ślęczy w bólach przez choćby i dziesięć lat nie oznacza, że napisze dobrą książkę i że za jego ślęczenie należy mu się jakiś specjalny szacunek. Niestety najczęściej napisze złą. Czytałem bardzo dużo rzeczy przychodzących na pocztę literacką - to w większości rzygowiny. Po latach spędzonych w branży człowiek przestaje patrzeć na słowo pisane jak na jakąś świętość czy wartość samą w sobie, bo ono nią nie jest. Raczej z rzadka - bardzo rzadka i po opracowaniu - tekst dopiero stanie się czymś wartościowym.
    Tymczasem jednak do firm wydawniczych napływa rzeka tekstów. Wydawnictwa nie mają żadnego obowiązku ich wydawania, dlatego nie warto przyjmować postawy roszczeniowej. To prywatne firmy, z którymi możesz zawrzeć kontrakt, jeśli zainteresujesz je swoją ofertą. (Przyjmuję tu co prawda język rynku, ale dobry wydawca nie zawsze jako decydującą wartość przyjmuje spodziewane profity - często także wartości artystyczne dzieła, promowanie ciekawego nazwiska, które dopiero się rozwinie etc.). Język biznesu pozwala jednak przywrócić postrzeganiu tej relacji właściwe proporcje: jeśli chcesz zawrzeć umowę, lepiej dobrze się zaprezentuj. Tak, będziesz oceniany. Tak, musisz mieć dobrą ofetę w ręku. Tak, początkowo zarobisz na tym grosze. Zawsze jednak możesz zająć się handlem na Allegro.
    Te moje wpisy są jakby analogonem poradniczka o tym, jak zachowywać się na rozmowie kwalifikacyjnej - tylko że ja piszę o innej branży. Można oczywiście przyjść na rozmowę w trampkach i swetrze, walnąć nogi na stół i beknąć - i zostać zatrudnionym. Owszem. Ale większość z nas uzna, że lepiej ubrać się w garnitur i sprawiać inteligentne wrażenie - stąd ta interlinia i wszelkie inne uwagi techniczne, w tym o preferowanym sposobie i charakterze kontaktu. Mają one zwiększyć o drobny procent szansę na zawarcie kontraktu z prywatnym przedsiębiorstwem. Uwaga, by nie być dupkiem, jest zresztą uniwersalna.

    2) Mówimy o pieniądzach całkowicie defaultowych, jakie dostają debiutanci. Zdarza się (rzadko), że debiut jest tak dobry, że suma jest znacznie większa, przeważnie jednak jest zbliżona do tego, co opisałem. Kiedy ktoś jednak zaczyna być rozpoznawalny, sumy się zmieniają. Może też zacząć negocjować z silniejszej pozycji. Tak jest chyba w każdej branży, a w każdym razie we wszystkich branżach twórczych.

    3) Lipna marchewka, kiedy gleba licha. Polska to licha gleba, ba, to próżnia w porównaniu z rynkiem niemiecko- czy angielskojęzycznym. Wydawca w USA, GB czy Niemczech może pozwolić sobie na inwestowanie w pisarzy, bo wydaje ich na rynek mający setki milionów bogatych czytelników żyjących na wyższym niż nasz poziomie cywilizacyjnym. Stąd biorą się tam pisarze zajmujący się tylko pisaniem, którzy nie muszą być nawet żadnymi producentami bestsellerów. (Rowling, King czy Meyers to przecież ekstremum). W Polsce też ich zresztą trochę jest, aczkolwiek w części sponsorowani są przez stypendiodawców i dorabiają na pisaniu nie-prozy (felietony, artykuły etc.). Jednak nie mylmy skal - one są kompletnie nieporównywalne, to jak zestawić polskie kino komercyjne z Hollywoodem.

    4) Co do niepoznania się na autorach, oczywiście bardzo działają na wyobraźnię historie o tym, że nikt nie poznał się na Rowling, Kingu, Nietzschem, Prouście, Schultzu, Bukowskim etc., etc. Jednak można też wymienić dużo, dużo dłuższą listę nazwisk, na których wydawcy się poznali i których wypromowali. Są i tacy, których sami wyłowili, wyszlifowali, zachęcili do pracy i otoczyli opieką. Na polskim rynku też nie brak takich przykładów. Zresztą nie ma przepisu na bestseller. Każda wydana książka to w pewnym stopniu loteria.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pisząc o "bólach" autora miałem na myśli twórcę który został zaakceptowany i "wydany" Jeśli nie wynikało to z tekstu - widać nie jasno się wyraziłem. W każdym razie jeszcze raz; moje słowa nie dotyczyły osób "popełniających" grafomanię, pisałem o autorach choćby początkujących posiadających wartość wydawniczą.

    Oczywiście zgadzam się, że polska to nie liczebne bogate USA, Niemcy czy GB dlatego pisałem "w tym kraju".
    Jest jednak coś co zastanawia gdyż:

    Statystycznie polak przeznacza 20 zł rocznie na książkę jednocześnie wypija średnio 11 litrów alkoholu - mocnego alkoholu. Ile kosztuje pół litra wódki każdy z nas wie, ile popularna whisky też.
    Polak nie jest zainteresowany książką, teatrem, operą, malarstwem bliżej mu do buraka, hamburgera i piwa.

    Jeśli chodzi o estetykę , kulturę prezentacji oczywiście, że musi ona stać na pewnym poziomie. Jednak nie popieram tego, że pisarz zwłaszcza początkujący ma się znać i zastanawiać nad ilością znaków na stronie czy nad tym ile wynosi arkusz bądź inna skala techniczna wydawcy czy drukarni. W XXI wieku dziecko potrafi dostosować tekst do własnych potrzeb więc warunkowanie przeczytania czy odrzucanie z powodu złego formatowania czcionki czy interlinii jest już dla mnie bufonerią, czepianiem się o kolor skarpetek.

    Potwierdzam, prezentacja jest ważna. Jednak chciałem tylko uwypuklić kontrast. To autor odwalił najtrudniejszą pracę stworzył powieść. jednak musi dodatkowo spełnić szereg wymagań pokonania szeregu etapów, wysyłać do wydawnictw,formatować, ponosić koszta, nie uzyskiwać odpowiedzi (na marginesie to też nie kulturalnie i świadczy o stosunku wydawcy do kogokolwiek) aby jak już to wszystko będzie miał za sobą otrzymać 7 tysięcy złotych do opodatkowania - trochę żenujące. Taką kwotę sprzątaczka zdobywa w 4 miesiące bez udziału talentu czy wiedzy. Murarz zdobywa to w maksymalnie 2 miesiące, a sklep na allegro w miesiąc. Ciekawe w ile właściciel wydawnictwa i jego poszczególni pracownicy.

    Nie mogę podważyć, tego, że do wydawnictw trafiają śmieci, na pewno tak jest. W jakiej skali nie wiem, nie pracowałem w tej branży - jestem tylko czytelnikiem.

    Co do długości listy i poznawaniu się na autorach pozwolę sobie się nie zgodzić. Sprawa ta jest nie do rozstrzygnięcia gdyż istnieje jeszcze jedna zmienna x którą należy uwzględnić Ile pań Rowling ilu King'ów zrezygnowało po pierwszej odmowie i nawet nie wiemy , że istnieli ? Nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Śmiem twierdzić, że lista byłaby długa.

    Nie ma przepisu na bestseller to prawda to loteria ale znam pewne kampanie - promocje które wprowadziły na rynek np muzyczny "towar" nic nie warty zrobiły z tego hit z nikogo gwiazdę.

    Generalnie myślę, że wydawnictwa uznają, że jedną z gratyfikacji jaką autor będzie żył to fakt iż w ogóle wydano jego książkę - jakby za to można było kupić chleb - na tym bazują i wykorzystują.

    Nikt o normalnych zmysłach nie produkowałby towaru przez rok wiedząc, że dostanie za niego tylko 7 tysięcy brutto ekonomia nie pozwala egzystować takiej nawet jednoosobowej firmie - to na ZUS nie starczy :-)

    Wydawnictwa to wiedzą, jednak świetnie zdają sobie sprawę jak silna jest chęć zostania pisarzem czy muzykiem i to wykorzystują. To jest lipa to jest własnie brak właściwej uprawy pola które nie jest nędzne tylko fatalnie eksploatowane. To jest bardzo polskie :-)

    A może wydawać mniej ale za to takie perełki za które warto autorowi zapłacić konkretnie ?

    Ciekawi mnie jak to jest z promowaniem polskich pisarzy za granicą czy wydawnictwa starają się sprzedać polski towar.

    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do wydatków Polaków, to właśnie jeden z problemów: skoro ludzie nie kupują książek, muszą być one drogie. A autorzy będą otrzymywać mało pieniędzy.

    Co do wymogów technicznych, powtarzam to, co już jest i tak napisane w I cz. wpisu: mój wpis to pewien spis sugestii, poradnik prezentacji. Czy twórca musi? Nie, ale piszę, by poznał, bo mu to pomoże. Odwrócę Twoje pytanie i powiem tak: mam dla Ciebie jakąś ofertę biznesową, może ciekawa, może nie - zapewne nie, ale kto wie. Nie bardzo chce mi się jednak zadbać o jej czytelność - odwalę to byle jak, małą czcionką, zanieczyszczę jakimiś kolorami, marginesy ustawię tak, że będziesz musiał grzebać przy pliku parę minut, zanim przestawisz to sobie pod drukarkę, i poślę pliki na niewłaściwego maila, niech pokrąży po Twojej firmie, zanim trafi na właściwe biurko... To byłoby dobre podejście? Sam piszesz, że właściwe sformatowanie tekstu jest banalnie proste. Więc dlaczego nie zadbać o odpowiednią prezentację po stronie autora, skoro to łatwe i uprzejme? Oczywiście od "formatki" nie zależy - co też piszę - powodzenie dzieła. Dobry układ tekstu może tylko podnieść szansę powodzenia o ułamek procenta. I te właśnie praktyczne wskazówki postanowiłem podać. Byłbym nieuczciwy, gdybym tego nie zrobił. Są po prostu przydatne.

    Co do cen i zarobków - to prawda, że jest to żenujące. Dlatego w biednych i zacofanych kulturowo krajach ludzie nie zostają przeważnie pisarzami zawodowymi, a w dużych i bogatych tak. Ale smutna prawda jest taka, że w obecnych warunkach rynkowych książki tak się właśnie kalkulują. Autor mógłby dostawać więcej, ale książka musiałaby być odpowiednio droższa. Nikt by jej nie kupił, każdy walczy o niskie ceny. Ponadto wydawcy wcale nie "wykorzystują" autorów: fakt jest taki, że wydawnictwa zarabiają pieniądze na bestsellerach, których autorzy dostają zupełnie inne - sześciocyfrowe - sumy niż te, które są tu podane. W przypadku debiutantów prawda jest taka, że wydawca nierzadko dopłaca do wydania książki albo wychodzi na zero. Bo polskich debiutantów nie wydaje się dla zarobku. Raczej z myślą o mglistych przyszłych profitach i chwale domu. Często więc wydawca spełnia funkcję mecenasa.

    Wydawać mniej, ale perełki? Oczywiście. Pokaż mi tylko te perełki. W Polsce wcale nie ma wielu dobrych nieznanych pisarzy. Jeśli ktoś jest faktycznie dobry, znajdzie wydawcę i może wkrótce wyciągnie z pisania sensowne sumy.

    Jeśli chodzi o "listę zniechęconych", Szymborska odpowiadała kiedyś w swojej poczcie literackiej na bardzo podobny zarzut: a co, jeśli ktoś się zniechęci odmową publikacji? Odpowiedź brzmi: jeśli się zniechęcił, to lepiej i dla niego, i dla literatury. Poważny twórca nie może zniechęcać się krytyką, odmową. Być może świat stracił jakichś Kingów i Proustów. Więcej ich jednak zyskał dzięki temu, że aspirujący twórcy nauczyli się żyć w kulturze literackiej i nauczyli się pisarskiej dyscypliny - poprawiania, patrzenia krytycznie na swoje twory, skracania i jeszcze raz poprawiania i przepisywania.

    Co do promowania za granicą, wydawcy robią to, np. WAB corocznie chwali się, ile polskich tytułów sprzedał. Odbiorcami są zwłaszcza Niemcy, Ukraina, Rosja, Izrael, Skandynawia, rzadziej rynek angielski. Instytut Książki stara się trochę promować polskich autorów na targach i stronie www. Nie jestem w tym jednak szczególnie dobry i nie chciałbym plotkować czy zdradzać szczegółów ze swojej dawnej firmy. Generalnie na sprzedaży zagranicznej można coś tam zarobić - zwykle kilka tysięcy euro.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeszcze a propos wydawców jako mecenasów w kontekście tego, że nie podobało Ci się - jak rozumiem - że aspirujący pisarz będzie oceniany pod kątem osobowości i tego, czy jest gburem, czy fajnym gościem. Ponieważ wydawca na nim nie zarobi, a może nawet straci, znacznie ważniejsze niż dana książka tu i teraz mogą być kolejne książki w przyszłości, te, które jeszcze nie powstały lub są w zeszycie. Dlatego - to też ważna uwaga dla piszących - wydawca zawsze spyta debiutanta o dalsze plany: co pan/i zamierza, czy będzie ciąg dalszy, kiedy kolejna powieść etc. Myśli zwykle bowiem w dłuższej perspektywie - może za pięć lat wychowam sobie nowego Pilcha, nową Gretkowską. Stąd tak ważna jest prezentacja własnego charakteru pod kątem dogadywalności i możliwej współpracy długofalowej, która może być ważniejsza niż tekst w ręku.

    OdpowiedzUsuń
  8. Może,aby nie było nie jasności - nie mam pretensji do ciebie o panujące relacje w polskim rynku wydawniczym. Twój poradnik zaowocował po prostu jakimiś przemyśleniami, doczytaniem na innych stronach o panujących relacjach autor - wydawca - zdegustowało mnie to - ot i tyle.

    Zaś w temacie;

    Oczywiście, masz racje , że lepiej aby od razu coś tam trafiło pod właściwy adres jednak co do czcionki czy formatowania to chyba tego nie czuję. Korzystam z edytorów tekstu i wiem , że mogę wrzucić przesłany mi tekst do jednego z nich i zostanie on automatycznie sformatowany tak jak ja ustawiłem edytor. Oczywiście mówię tu o edytorach czy programach dedykowanych w które jak mniemam powinny być zaopatrzone wydawnictwa.

    Z Szymborską się zgadzam i nie zgadzam. Zgadzam się bo jest to wypowiedz intelektualisty, mobilizująca, wyzywająca, ciekawa, przekorna, piętnująca słabość. Nie zgadzam bo żyję kilkadziesiąt lat na tym świecie i wiem, że nie zawsze polega to na zniechęceniu, wynik często jest wypadkową wielu elementów często niezależnych ale determinujących taki, a nie inny wybór. Czasami "wniwecz" rodzi prymitywna potrzeba egzystencjalna. Czasami człowieka stać tylko na jedną próbę na jedną stratę czasu. Nie może wybierać między nędzą i pisaniem, a żoną czy dzieckiem, to już nie modne, to bez sensu, to kiczowate, trąca klimatem minionym "Trędowatą" to Wilcze echa.
    A teraz przewrotnie; jeśli beztalencie nie zniechęci się odmową to dla kogo lepiej, a dla kogo gorzej ?

    Co do tych gburów...
    To w sumie pewnie masz rację, jednak...
    Znam muzyków który sa zupełnie niekomunikatywni mają talent są wirtuozami dajmy na to skrzypiec jednak zupełnie bezradni w biznesie. Ci tez pozostaną, pomimo wytrwałości, gdzieś tam w cieniu lądując w malutkich orkiestrach gminnych i nikt nigdy o nich nie usłyszy. Newton był nie do zniesienia - no ale to inne czasy i miał pieniądze. Odkrywał też prawdę - musiał być zauważony. Największy wynalazca ludzkości Tesla zmarł w biedzie choć ludzie zrobili na jego wynalazkach tony pieniędzy - beztalencie biznesowe fantasta i idealista. J.S.Bach też nie miał wesoło nie wspomnieć o Debissy - skrajna bida.

    ....wymyślono taki mądry zawód jak agent w Polsce chyba niedoceniany i nie funkcjonujący.

    Co byśmy nie powiedzieli chyba wniosek będzie taki, że nie ma złotego środka dla talentu aby zaistnieć jak i wydawcy aby talent odnaleźć.

    Krysztof

    OdpowiedzUsuń
  9. Prawdę mówiąc twój poradnik jest naprawdę przydatny, była bym wdzięczna, jeśli też udzielił byś mi prywatnych porad i odpowiedział na moje pytania.
    1.Czy kiedy już znajdę wydawnictwo mam wysłać całą książkę czy tylko wybranych np.30 stron, niektóre wydawnictwa te mało znane w szczególności kradną teksty i po paru latach wydają pod zmienionym nazwiskiem.
    2.Czy poprawki musi zrobić fachowiec? Jeśli tak to gdzie go szukać?
    3. Jakich mniej więcej mam się spodziewać kosztów, czy może wydawca jest jednocześnie moim sponsorem?
    Przeczytałam wszystko dokładnie z twojego bloga, ale to moja pierwsza książka, którą tak na poważnie chcę się podzielić ze światem, jakoś już opinia najbliższych mnie nie satysfakcjonuje.
    Jeśli mi się uda to na pewno wspomnę o tobie w podziękowaniach, tylko podaj swoje nazwisko, z góry dzięki za odpowiedź.
    Pozdrawiam, Kinga ( jennakingaolkowicz@gmail.com )

    OdpowiedzUsuń
  10. 1. Odpowiedź jest w punkcie II i III w pierwszej części poradnika. Swoją drogą, czy mogłabyś podać jakiś przypadek osoby, której ukradziono tekst na opisanej przez Ciebie zasadzie? Pytam z ciekawości zawodowej. Jedyny znany mi przypadek jest opisany w "Breitenheide" Kowalewskiego i jest fikcyjny. (No, byłoby może jeszcze parę - także fikcyjnych).

    2. Nie bardzo rozumiem pytanie. Poprawki na jakim etapie?

    3. Odpowiedź: punkt VIII i X.9 (II część poradnika).

    Moje nazwisko jest pod każdym wpisem i przy każdym komentarzu.

    Więc ta lektura chyba nie była jednak zbyt dokładna. :)

    Pozdrawiam i powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Czytałam dokładnie, ale jestem tak poddenerwowana, że ciężko jest się na czymkolwiek skupić :)

      Usuń
  11. To znakomicie! Jeśli literatura nie budzi emocji, nie ma sensu się nią zajmować.

    OdpowiedzUsuń
  12. Barbara .
    Łomatko , jak ja was wszystkich rozumiem .
    I tych co napiszą i sie spocą , i tych co czytaja i spocą się jeszcze bardziej .
    Wiele tekstów nie idzie skumać , a co dopiero je wydać .

    OdpowiedzUsuń
  13. Ale mało się zarabia jak wydawca płaci za wydanie, masakra. Ja swój poradnik z serii wydałem na własny koszt w wydawnictwie poligraf i zarobiłem x2 ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Książkę można także wydać samodzielnie. Wszystkich zainteresowanych self-publishingiem, czyli możliwością samodzielnego wydania własnych prac, zapraszamy do sprawdzenia naszego portalu wydacksiazke.pl. Przetestuj system, w którym możesz samodzielnie zaprojektować i opublikować własną książkę., Pozdrawiamy, WydacKsiazke.pl

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!