23 sierpnia 2011

Pieniactwo kryspinowskie

Edit: Jest to 50 wpis w najpiękniejszym reaktorze. To mało jak na 3,5 roku działalności, ale przynajmniej jakoś się ten wózek toczy. Sto lat, reaktorze!

Pojechałem dzisiaj "na Kryspinów", czyli dwa jeziorka pod Krakowem, cel tłumnego, grillowego wypoczynku rodzin i niewymagającej intelektualnie młodzieży. Tych przynajmniej słychać i czuć najbardziej. Inni także przyjeżdżają, próbują schować się gdzieś z książką pod krzaczkiem.

Jeziorka otacza siatka - zardzewiała, lecz skrupulatnie połatana. Metalowe płoty. Haszcze. Brud. Chętni na relaks ciągną do skąpych plam piasku. Kiedy te zostaną już zajęte, drugiej kategorii wypoczynek jest na spłachetkach wilgotnej, zaśmieconej niedopałkami trawy. Na kawałku "plaży" dla gości obskurnego barku szary piach trzymają w miejscu betonowe płyty z wystającymi żelaznymi teownikami. Dzieci taplają się trzy metry od brzegu. Z zaimprowizowanej skoczni, kawałka obkruszonego betonu, skaczą na główkę nastoletnie dziewczyny. Spieczone ryczące czterdziestki w okularach z bazaru starają się wyglądać, stojąc po łydki w zielonożółtym żurze. Gdzieś w tle na wpół zbutwiałe molo i betonowy barak, osprejowany pogróżkami mocniejszej drużyny. Tu i ówdzie znad grilla sunie siwy opar o zapachu pieczonego mięsa z hipermarketu. Skąpany w tych dymach człowiek z megafonem ogłasza coś hałaśliwie w rytmie dyskotekowej muzyki. Sunący po wodzie samotny ponton z silnikiem i zbyt głośno śmiejącą się młodzieżą dodaje temu wszystkiemu jakiegoś desperackiego wymiaru.

Przy drogach dojazdowych czy raczej rozjeżdżonych w trawie i glinie koleinach, siedzą pobieracze opłat - dorabiający studenci czy miejscowe dzieciaki. Obsadzają nawet przejścia między drzewami, przerwy między budynkami barów i kiosków, jakieś zaplecza i boczne przejścia. Nikt się nie prześliźnie, jeśli nie uiści opłaty w wysokości od 8 do 12 złotych. Kryspinowskie jeziora są bowiem własnością prywatną. Poza strefą plaż każdy wolny kawałek ziemi zajmują samochody, większości kierowców wręczono bilet parkingowy.

Mniejsze jezioro ma 400 metrów długości, co czyni je całkiem pustym miejscem treningowym i dlatego tam jeżdżę. 

Pewne dobra powinny mieć charakter wspólny. Uważam, że do takich dóbr należą jeziora, podobnie jak wybrzeże morskie, do którego nie można zabronić dostępu, o czym przekonał się sopocki Grand Hotel. Każdy może obecnie usiąść na brzegu polskiego morza, uznano jednak, że jezioro można sobie kupić i odgrodzić, tak jak się kupuje działkę pod budowę domu. Przynajmniej zdaniem władz Małopolski. Postanowiły one oddać kryspinowskie jeziora w ręce ludzi, którzy po prostu sprzedają bilety. Mieszkańcy jednego z największych miast w Polsce utracili powszechny dostęp do największych rekreacyjnych jezior w okolicy - wspólnego dobra natury - bez żadnego sensownego wyjaśnienia i bez niemal niczego w zamian. Nie widziałem tam nawet na większości biletowanego terenu ratowników (poza najbardziej zasraną i zadymioną plażą) i jestem pewny, że zbieracz opłat nie pospieszy na ratunek waszym tonącym dzieciom, bo zainkasowawszy 12 zł ma was gdzieś. Zresztą nic dziwnego, bo i jemu płacą pewnie piątaka za godzinę.

Poza Bałtykiem i np. irlandzkimi pastwiskami, przez które nie można zabronić przejścia, prawo regulujące kontakt prywatnej inicjatywy na styku ze społeczeństwem działa także w najbardziej powszechnych miejscach, takich jak sklepy czy bary: nie można otworzyć sklepu tylko dla białych, nie można pobierać opłat w toalecie pubu, nie można sprzedawać wina nieletnim, mimo że sklep i bar to prywatne przedsiębiorstwa. (To argument dla czających się za rogiem liberałów). Jeziora także powinny być w ten sposób regulowane. Co więcej, prywatne jezioro, do którego dostęp jest dla każdego darmowy, to znakomity interes, zachęcający do tworzenia nowoczesnych udogodnień dookoła niecki. I jakieś tam wysoko płatne atrakcje są, co widać na sielsko-słonecznej stronie kryspinowskiego zalewu: aqua-aerobic, windsurfing, park linowy. Ale to inna bajka. Prawda jest taka, że samo jezioro pozostaje w większości niezagospodarowane i po peerelowsku zaniedbane. W krzakach stoi parę zasikanych tojtojów. Są jakieś bardziej czy mniej obskurne bary z piwem w plastikowych kubkach i cuchnące kontenery na śmieci. Za co właściwie płacę 12 zł? Gdzie są w tej cenie zjeżdżalnie i ratownicy jak na pływalni, szafki na rzeczy i przebieralnie, leżaki i piłki, boiska do siatkówki plażowej, pola do minigolfa, rzędy stołów bilardowych, stanowiska wędkarskie, zawody pływania na Dziwnych Urządzeniach, paralotnie przyczepione do motorówki, filmy plenerowe, oddzielona przestrzeń dla grillujących, czysty piasek? Cóż, skoro krasnale z biletami i tak przynoszą 50 tysięcy dziennie za nic, po co się interesować rozwalonym barakiem na brzegu i żelaznymi prętami wystającymi z betonu? Ludzie i tak przyjdą, miasto dostało pieniądze, właściciel dostaje pieniądze, bary są pełne, a grille dymią wesoło.

Tylko ma się wrażenie, że tu i na innych biletowanych jeziorach wszystkich nas z czegoś ważnego okradziono.

19 sierpnia 2011

Jak wydać książkę, cz. II

Właściwie od tej części powinno się zacząć lekturę mojego miniporadniczka, ponieważ będzie tu o pieniądzach, a więc opłacalności całego tego interesu, ale także o kilku innych ważnych rzeczach, takich jak smak porażki oraz wygląd umowy.

VII

Wydruki zrobione, wymagania spełnione, list napisany i załączony. Wysyłaj. Nie czekaj na odpowiedź od jednego wydawcy przed wysłaniem do kolejnego, tylko poślij tekst do wszystkich wcześniej wybranych oficyn jednocześnie listem zwykłym na adres stosownego działu/redaktora odpowiedzialnego za pocztę literacką. Wiedz, że wydawca nie poinformuje cię, czy otrzymał twoją przesyłkę. Musisz liczyć na to, że akurat tego dnia w trybach Poczty Polskiej nie zabrakło oleju.

Po mniej więcej 10 dniach możesz zadzwonić do stosownego działu, przedstawić się i zapytać, czy twoja książka bezpiecznie dotarła. Przy okazji zapewne dowiesz się, ile czasu trzeba będzie poczekać na jej ocenę. Jeśli na www napisano, że wydawca decyzję podejmuje w ciągu np. 8 tygodni, to raczej nie spodziewaj się, że będzie to mniej. Niektórzy wydawcy, zwłaszcza co bardziej nobliwi, poinformują cię o decyzji w terminie. Większość ma jednak brzydki zwyczaj nieinformowania o losie twojego dzieła, jeśli postanowią je odrzucić. 

Po upływie tych przykładowych 8 tygodni dolicz jeszcze tydzień i napisz maila bądź zadzwoń z pytaniem, czy już coś wiadomo. Nie przyjmuj tonu roszczeniowego, nie domagaj się, nie denerwuj, nawet jeśli się spóźniają. Pamiętaj, że wciąż jesteś pod kreską, jeśli chodzi o argumenty. Jeśli NAWET twój tekst zostanie odrzucony - a statystyka wskazuje, że to bardzo możliwe - daj się poznać jako człowiek, z którym można spokojnie pogadać, a nie pieniacz. Dla redaktora przekazanie złej informacji też wcale nie jest przyjemne. Zachowując się jak gbur, możesz sprawić, że takie będzie przy następnej okazji. 

Możesz spróbować podpytać, czemu tekst odrzucono, i wówczas dobrze wsłuchaj się w odpowiedź, bo może się w niej zawierać istotne ziarno prawdy. Pamiętaj jednak, że wydawca nie ma obowiązku cię informować o powodach tej decyzji, nie musi także pokazywać wewnętrznych recenzji dzieła (jeśli takie powstały), ale zawsze masz prawo o nie spytać - a nuż otrzymasz ważne wskazówki. Wydawca może, ale nie musi, odesłać przesyłkę, więc pamiętaj, że nie możesz też domagać się zwrotu, jeśli postanowi tego nie robić. Widzisz więc, że ni ma letko. Dlatego nie czekaj na jednego wydawcę przed posłaniem do kolejnego - wyślij od razu do wszystkich wybranych. Każdy chciałby mieć zmartwienie tego typu, że nie wie, którego wydawcę wybrać z kilku zainteresowanych.

Czy oni to w ogóle przeczytają? - robak tego pytania często drąży pisarskie umysły. W zasadzie można się spodziewać, że tekst zostanie przeczytany lub przynajmniej przejrzany, a jeśli zwróci uwagę, skierowany do recenzji wewnętrznej (możesz wówczas zostać poproszony o dosłanie całości). W branży nie ma jednak uniwersalnych standardów gwarantujących należytą uwagę redakcji. Rzecz w tym, że redaktorowi nierzadko wystarczy strona, żeby stwierdzić, że tekst się do niczego nie nadaje. Naprawdę. Nie doceni komplikacji fabularnych, zgoda, ale odbije się od pierwszej, najważniejszej bariery: formy. Pomysł fabularny nie musi być jak supernowa, lecz tekst MUSI się gładko czytać. Jeśli chcesz być wydawany, musisz pracować nad językiem, cyzelować, dużo skracać, aby zdania wybrzmiały należycie już przy pierwszym czytaniu, czujnie podpatrywać mistrzów pióra. No i wysyłany fragment (zwykle początek) nie może być nudny. Jeśli początek jest taki sobie, bo akcja naprawdę rozkręca się dopiero na setnej stronie, to redaktor będzie miał 99 powodów, by wrzucić twój wydruk do kosza.  

Oczywiście bierzesz też na pewno pod uwagę, że ludzie mają różne gusta i wrażliwości, a punkt siedzenia (w danej firmie z określonym profilem) wyznacza niekiedy punkt widzenia (upodobanie do konkretnego rodzaju tekstów), dlatego też właśnie trzeba spróbować z wieloma wydawnictwami.

VII

Usłyszeć "nie" od wydawcy to bolesna sprawa. Oznacza to odrzucenie i niedocenienie kreatywnego dzieła twojego umysłu, które tworzyłeś przez długi czas i które być może spodobało się już wielu pierwszym czytelnikom. Spośród książek nadsyłanych do redakcji polskich wydawnictw bardzo nieliczne trafiają na rynek. Myślę, że można mówić tu o niecałym jednym procencie. Widzisz więc, że statystyka nie jest po twojej stronie. 

Rady? 

1) Odczekaj sześć miesięcy i wróć do swojego tekstu. Jeśli się rozwijasz, podpatrujesz metody pisarskie wielkich i dużo czytasz, stwierdzisz, że twój tekst trzeba przepisać lub znacząco poprawić, przekomponować i skrócić. Zrób to i spróbuj wysłać raz jeszcze do tego jednego czy dwóch wydawców, których zostawiłeś sobie w odwodzie na czarną godzinę. :) Raczej nie wracaj do tych już zaatakowanych.

2) Spróbuj wydać książkę samodzielnie w postaci elektronicznej. To prawda, pisałem w poprzedniej części poradniczka, że to niezbyt dobry pomysł. Radzę sięgnąć po tę opcję dopiero wówczas, gdy zawiodło podejście do wydawców z co najmniej trzema książkami. Zdarza się, że tekst z różnych powodów nie interesuje wydawców lub ma zbyt niską jakość na druk, ale i tak daje na tyle dużo satysfakcji czytelnikom "internetowym", że zdobywa popularność w coraz większym e-obiegu. Może to być pokrętna droga do wydania papierowego. A jeśli nie, to przynajmniej dasz chwile radości tym kilkuset osobom z e-czytnikami, które ściągną twój plik, a czy nie to się właśnie liczy?

3) Wróć do korzeni: napisz kilka opowiadań i spróbuj opublikować je w czasopismach literackich. Spróbuj wygrać jakieś konkursy na opowiadanie. Pójdź na kurs creative writingu (który bywa także niezłym miejscem zadzierzgania kontaktów w świecie pisarsko-wydawniczym oraz fachowym forum oceny tekstów). Z tak upgrade'owaną biografią ponownie zasiądź do pisania powieści i nie ustawaj w trudach. Randy Pausch mówił, że klęski i przeszkody życiowe to murki oddzielające od celu. Dzięki nim dowiesz się, czy pragniesz czegoś tylko trochę, czy zależy ci na tyle, by je przeskoczyć.

VIII

A teraz spełnia się sen złoty i wydawca zaprasza cię na kawę - zapewne chce podpisać umowę. (Zresztą, sen czy nie sen, pewnie ciekawi cię, ile można wyciągnąć z pisania). 

Standardowo zarobek składa się z dwóch elementów: zaliczki na poczet tantiemów i samych tantiemów

Zaliczka to suma, którą dostajesz na dzień dobry po podpisaniu umowy. Debiutant może się tu spodziewać każdej czterocyfrowej kwoty. Jeśli kwota jest pięciocyfrowa, to sygnał, że wydawcy NAPRAWDĘ zależy na współpracy i chce cię szybko związać umową, gdyż spodziewa się ruchu ze strony konkurencji. Tantiemy oblicza się jako procent od ceny detalicznej (okładkowej) książki albo od ceny zbytu, wynoszącej przeważnie 50% detalu z okładki. Debiutujący autor może się spodziewać tantiemów w wysokości między 6 a 10% (zwykle 7-8%) od detalu lub 12-18% od zbytu. Mało, nie? Zaliczka przyjemnie zasila konto jednorazowym strzałem, więc autorzy przeważnie starają się wytargować jej dużą wysokość. Zważ jednak, że skoro zaliczka jest na poczet tantiemów, nie dostaniesz poza nią już ani grosza, póki twoje procenty z książki nie przewyższą zaliczki. Z drugiej strony, jeśli zaliczka wyniesie więcej niż suma, która należałaby ci się za sprzedane egzemplarze (zakładając, że sprzeda się tylko część nakładu), nie musisz jej zwracać.

A teraz prosta kalkulacja, po której ocenisz, czy da się pisaniem ukoić płacz głodnych dzieci. Cena detaliczna książki 33 zł (średnia dla prozy), nakład 3000 egz. (średni dla debiutanta), tantiemy 8% od detalu, zaliczka 4000 zł. 8% z 33 zł to 2,64 zł - tyle dostaniesz, jeśli mama pójdzie do księgarni i kupi twoją powieść. Już stać cię na małe piwo w podłej knajpie na Wschodzie Polski lub neskę z automatu. Załóżmy, że sprzedał się cały nakład (dzieje się to w ciągu paru miesięcy do paru lat, większość w ciągu pierwszych 2-3 mcy): 2,64 zł x 3000 egz. = 7920 zł. Ponieważ dostałeś już 4000 zł zaliczki, kolejne zyski zaczną być naliczane po sprzedaniu nieco mniej niż połowy nakładu. Proste. 7920 zł to łączna suma, jaką zarabiasz na książce, jeśli sprzeda się calutki nakład. Chyba że dostaniesz nagrodę Gdynia - wówczas dopisz czwórkę na początku. Jeśli pojawi się duże zainteresowanie, wydawca może dodrukować książkę i wciąż za każdy sprzedany egzemplarz wpada ci kolejna neska. Jeśli zaś z tych 3000 wydrukowanych egz. sprzeda się np. tylko 500 (500 x 2,64 = 1320 zł, a więc o 2680 zł mniej niż zaliczka, którą otrzymałeś), to nie musisz zwracać zaliczki - ryzyko wydawcy - i wtedy na książce zarobiłeś właśnie tyle, ile wyniosła zaliczka.

Jeśli napiszesz i wydasz jedną taką książkę rocznie, będziesz musiał przeżyć za 660 zł miesięcznie. Z biegiem czasu, jeśli Twoje pisarstwo stanie się bardziej rozpoznawalne, a pozycja stabilniejsza, wzrosną nakłady, zaliczki, procenty. Najwięksi polscy pisarze dostają po kilkadziesiąt, a nawet ponad sto tysięcy zaliczki. Mało kto, nawet z tych większych, żyje wyłącznie z pisarstwa czy konkretnie pisania książek: autorzy piszą felietony, prowadzą kursy i wykłady, mają firmy etc. Tak więc bardzo poważnie się zastanów, czy warto nazwać szefa idiotą po telefonicznym zaproszeniu na rozmowę do siedziby wydawnictwa. 

IX

Teraz nadchodzi moment, w którym w twoim ręku pojawiają się karty i zaczynasz być stroną w grze. Wiele zależy od tego, co wydawca ci zaproponuje i jakie są twoje własne oczekiwania. Jedna rada, której mogę udzielić: nie spiesz się. Poproś o wzór umowy, który chcą ci zaproponować, uzgodnij warunki. Zabierz to do domu i wszystko sobie przelicz. Wymuś na wydawcy termin udzielenia odpowiedzi w ciągu tygodnia czy dwóch. Wydawcy, w tym duzi, mogą chcieć podpisać umowę jak najszybciej, najlepiej przy pierwszym spotkaniu. Osobiście uważam, że nie warto zgadzać się na takie tempo pracy czy wręcz szantaż. Masz karty w ręku - wykorzystaj je. Zadzwoń do paru innych wydawców, którzy mają twoją książkę, i powiedz, że złożono ci ofertę - to gwałtownie przyspieszy ich proces decyzyjny i może poskutkować lepszą propozycją. Nie obstawaj tylko przy pieniądzach - wydawnictwo może zaoferować mniej złotych, ale lepsze warunki promocji lub dystrybucji. Zawsze pytaj o promocję. Możesz też pokazać umowę prawnikowi, jeśli czegoś w niej nie rozumiesz. Generalnie rzecz biorąc, nie patrz na wydawcę jak na sępa, ale też nie ufaj mu jak mamie.

X

Na koniec trzy słowa o umowie licencyjnej. Wymieniam tu tylko najważniejsze zapisy, których można się spodziewać w tego typu dokumentach.

1) Normalna, uczciwa umowa polega na udzieleniu przez ciebie wydawnictwu licencji na wydawanie twojej książki w Polsce na określony czas (typowo 5 lat od chwili wydania). Po upływie tego okresu licencja wraca do ciebie. Wydawca może chcieć ją przedłużyć, lecz nie musisz się na to zgodzić. Pamiętaj, że raz sprzedana licencja pozbawia cię prawa dysponowania tekstem - nie możesz już go wrzucić do internetu czy sprzedawać innymi kanałami, np. jako e-booka.

2) Umowa zawiera datę, do której jesteś zobowiązany dokończyć powieść bądź wprowadzić ewentualne poprawki uzgodnione z redakcją, a także terminy, w jakich powinieneś ustosunkować się do zmian wynikłych z adiustacji i innych prac redakcyjnych.

3) Określa tzw. pola eksploatacji, np. wydanie papierowe, audiobook, e-book, czytanie w radiu, rozpowszechnianie fragmentów w internecie itp. Niektóre wydawnictwa proponują osobne umowy na wydania elektroniczne i audio.

4) Warunki rozwiązania umowy. Przykład: jeśli wydawca nie sprzeda żadnego egzemplarza twojej książki przez np. 6 miesięcy, licencja automatycznie wraca do ciebie. Podobnie może się zdarzyć, jeśli od chwili złożenia przez ciebie książki, wydawca nie wyda jej w ciągu np. 2 lat.

5) Oczywiście umowa określa warunki finansowe, o których pisałem wyżej. Podatek wynosi tutaj ~10%, ponieważ rzecz tyczy się dzieła autorskiego.

6) U niektórych wydawców proponowana umowa może zakładać reprezentację zagraniczną. Jeśli masz kontakty zagraniczne, możesz spróbować samodzielnie (lub z agentem) zdobyć zagranicznego wydawcę dla swego dzieła. W przeciwnym wypadku lepiej zostaw te sprawy wydawnictwu, które będzie cię reprezentować, występując w charakterze agenta (za sowity procent od przyszłych dochodów z zagranicznego wydania). To samo z reprezentacją w przypadku ekranizacji filmowej lub teatralnej.

7) Umowa określa, ile autorskich egzemplarzy książki dostajesz (zwykle około 10) i jaką masz zniżkę w przypadku chęci nabycia kolejnych.

8) Często zawiera zapis o tym, że zgadzasz się uczestniczyć we wszystkich promocyjnych akcjach i atrakcjach, które wymyśli wydawca (co akurat jest dobrą rzeczą, bo wspomaga sprzedaż książki). Niekiedy wspomniane są tam diety za przejazdy czy noclegi.

9) Umowa nie powinna zawierać zapisu o zrzeczeniu się praw majątkowych - oznaczałoby to, że licencja, raz opłacona, na zawsze pozostanie u wydawcy i nigdy do ciebie nie wróci (chociaż przy każdym wydaniu wydawca będzie musiał poinformować, że jesteś autorem dzieła); nie powinna zakładać współfinansowania wydania przez autora lub nakładać na ciebie jakiegokolwiek ryzyka finansowego; nie może automatycznie zakładać praw do wydania kolejnych książek (chyba że świadomie się na to zgadzasz i zadowolą cię zaproponowane pieniądze), choć może zawierać klauzulę o pierwszeństwie wydawcy do obejrzenia twojego kolejnego dzieła. 

|||

To tyle. Teraz wiesz już dość, by przynajmniej rozumieć, o czym do ciebie mówią i co ty powinieneś mówić. Powodzenia na pisarskich szlakach. Wspomnijcie mnie w "Podziękowaniach", jeśli poradnik wam się przydał.

Aha, i będę wdzięczny za wszelkie komentarze innych ludzi z branży, którzy mogą rzucić nowe światło na moje porady z perspektywy własnych doświadczeń; i za wszelkie inne komentarze.

Foto: sxc.hu