25 marca 2011

Wojna w Libii w telewizji

Jak było w Libii? Biednie? Bogato? Sprawiedliwie? Bezprawnie? Czy istniały nożyce ekonomiczne jak w republikach bananowych z morzem biedoty i garstką bogaczy? Czy szalał terror totalitarnego reżimu jak w Korei Północnej? Ciekawie byłoby się dowiedzieć tych podstawowych, a także bardziej szczegółowych faktów o państwie, które wskoczyło do nagłówków gazet na fali arabskiej wiosny ludów. Jednak o libijskiej historii i ekonomii przez telewizję jesteśmy informowani bardzo skromnie. Podobnie trudno tam o odpowiedź, dlaczego właściwie wybuchła rewolucja i co trzeba rozważyć, by świadomie być za lub przeciw.

Po raz pierwszy niezdolność do informowania o przyczynach masowych ruchów demonstracyjnych uderzyła mnie przy okazji zamieszek we Francji w 2005, a cztery lata później w Grecji. Rzec by można, że są to skomplikowane sprawy dobre raczej dla tygodników opinii niż wiadomości TV, i to prawda, ale nasuwa się argument, że telewizja nie ma żadnych zahamowań w „wyjaśnianiu” przyczyn i wydawaniu etycznych ocen innych bardzo skomplikowanych zjawisk, nierzadko zresztą wyciąganych poza kontekst.

Jednak stopniowo na tym pustym libijskim krajobrazie informacyjnym pojawiły się jakieś punkty zaczepienia: kolejne głowy państw europejskich ustosunkowały się do rewolucji, a potem do ewentualnej akcji zbrojnej. Ponieważ dla telewizji najważniejsze właśnie to wiedzieć, jakie pytania są możliwe w danej sytuacji, można było kwestię europejskiego sporu wprowadzić w telewizji do dyskursu jako, choćby na chwilę, punkt skupiający sens wydarzenia. W międzyczasie okrzepło i spolaryzowało się słownictwo: do tej pory byli „demonstranci” oraz „Kaddafi” lub „władze”, teraz jest „dyktator” oraz „powstańcy”. (Ciekawe, że „Hussein” lub wręcz „Saddam” jako marka sprzedał się znacznie lepiej niż Muammar Kaddafi). Na pustyni sensów pojawiła się też wyraźna, zrozumiała i skandaliczna zbrodnia, czyli strzelanie przez dyktatora do cywilów i odbijanie zajętych przez powstańców miast bezwzględnymi metodami. Wydobycie takiej zbrodni z łańcucha zdarzeń pozwala wymazać kontekst historyczny: przestają być istotne odcienie libijskich dziejów, rządów Kaddafiego. Dyktator przed kamerami widowiskowo udowodnił, jaka jest jego prawdziwa natura, co było i tak zgodne z powszechnym mniemaniem. Widz może się teraz pełnoprawnie, bez poczucia zamętu i niedoinformowania zamknąć w wytworzonej w ten sposób minihistorii wydarzenia telewizyjnego trwającego od ostatnich kilkunastu dni. Nie potrzebuje już historii i realiów Libii.

Telewizja opiera się na jeszcze jednym ukrytym założeniu, które samo się wyjaśnia. Jeśli mieszkańcy protestują, to znaczy, że mają rację. Protestowanie to bowiem coś w rodzaju realizowania pożądanych na Zachodzie ideałów społeczeństwa obywatelskiego, zwłaszcza w krajach tak symbolicznie naznaczonych (podejrzanych) jak Libia – metody mówienia i rozumowania na temat Bliskiego Wschodu i Magrebu nasączają telewidzów od dobrych czterech dekad. Oczywiście inna jest sprawa i inny język, gdy obywatele realizują te ideały społeczne np. we Francji lub gdy są to obywatele specyficznej kategorii, tacy jak euromuzułmanie, pielęgniarki lub rolnicy. W Libii jednak – Libii telewizyjnej – protestują obywatele jako tacy. A skoro jako obywatele mają automatycznie rację, to znaczy, że są uciskani, a ich władza jest zła. Uchwyciliśmy więc przyczyny: rewolucja wybuchła dlatego, że obywatele byli niezadowoleni i to właściwie wyczerpuje sprawę.

W taki sposób na naszych oczach z dnia na dzień, dzięki małym migracjom sensów, uformowała się siatka znaczeń, w którą da się wpisać wojnę w Libii, wciąż pozostając w ramach głównonurtowego dyskursu telewizyjnego. Nie trzeba się przejmować publicystami w tygodnikach (a nie daj boże miesięcznikach). Po krótkiej początkowej niepewności, kogo wolno tłuc telewizyjnym biczem, a kogo nie, rewolucja i wojna w Libii wpisały się w gotowy medialny model narracji o obalaniu dyktatora. Tymczasem, warto zauważyć, wciąż pozostajemy bez podstawowych odpowiedzi na szereg pytań, które ogólnie można zamknąć jednym zagadnieniem: „czym jest Libia?”. Nie wiemy, czym jest, i już się nie dowiemy, ponieważ im bardziej zagłębiamy się wraz z upływem czasu w autoteliczną telewizyjną minihistorię rewolucji, im bardziej ona krzepnie, tym mniej potrzebujemy (jako modelowi telewidzowie) tych odpowiedzi. Mamy teraz nową Libię – telewizyjną. 

Gdybyśmy jednak zadali sobie te ważne pytania, mogłoby się okazać, że Libia, państwo przodujące pod względem PKB per capita w Afryce, które większość bogactwa czerpie z nafty, nie jest wcale państwem nędzy i ucisku, lecz względnego dobrobytu, w którym zwykłemu, szaremu człowiekowi całkiem nieźle się żyje. (Nie wiem, czy tak jest, ale wnioskując po paru artykułach oraz blogach turystycznych, było to chyba dość bliskie prawdy). Wtedy okazać by się mogło coś ciekawego i potencjalnie niebezpiecznego: że człowiek odpowiedzialny w latach 80. za zamachy terrorystyczne, twórca niepoważnej teorii państwa supersocjalistycznego, kolega Berlusconiego, próżny bufon Kaddafi potrafił jednak stworzyć i podtrzymać pewien model sprawiedliwości społecznej, w której dobrze redystrybuowano zasoby. Model ładu jeśli nie lepszego niż zachodnie demokracje, to z pewnością lepszego niż większość reżimów Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Co nam to mówi o naturze ustrojów politycznych w ogóle? O naszych z góry przyjętych założeniach na temat wąskiego pojęcia systemu, który jest na Zachodzie pojmowany jako zdatny do uniwersalnego eksportowania? O co właściwie wówczas walczyliby rewolucjoniści i kogo należałoby w tych zmaganiach wesprzeć? Bo jeśli mielibyśmy do czynienia ze sprawiedliwym i nieźle działającym ustrojem (choćby jego ojciec chodził w Ray Banach i otaczał się dziewczynami w moro) oraz występującą przeciw temu ustrojowi zorganizowaną grupą zbrojną, to bardzo łatwo byłoby o przebiegunowanie pojęć i stron.

Niestety, w głównonurtowym obiegu nie postawimy sobie i światu tych ważnych pytań, ponieważ wyparła je gorsza moneta dyskursu telewizyjnego.

Zdjęcia: sxc.hu