22 maja 2010

Postlapidarium 3


Na Facebooku w Edycji profilu jest sekcja Informacje podstawowe. Tam rubryczka Relationship status z wieloma opcjami do wyboru, wskazującymi, że Facebook, w przeciwieństwie do peerelowskiego dowodu osobistego, to otwarte, rozumiejące, światowe środowisko, które nie wyklucza różnych preferencji czy sytuacji życiowych. Jakie są tam opcje? 1) "Wolny/a", wiadomo. Obnoszenie się z wolnym stanem to sól Internetu społecznościowego i jego hunterskiego nachylenia. 2) "Zaręczony/a" - to ukłon w stronę drobnomieszczaństwa i wsi. 3) "Żonaty/a", też często się zdarza, podatki, dzieci itd. 4) "W wolnym związku" - nowoczensy światowy tłumek to naturalny przyjaciel Facebooka. 5) "To skomplikowane" - oczywiście, miejska młodzież tak ma. 6) "Wdowa/wdowiec", wyrazy współczucia. Przy wszystkich opcjach wyskakuje ramka do wpisania osoby, której dotyczy Relationship status (poza pierwszą i ostatnią, gdzie nie ma żadnej ramki). Ale dlaczego, o, drodzy mieszczańscy amerykańscy obrońcy moralności, ramka jest tylko jedna?


|||

Przyszło mi kiedyś do głowy, że w historii seksualności Zachodu istniał krótki Złoty Wiek, a raczej niecałe dwie złote dekady. Rozpoczęły się z wynalezieniem pigułki antykoncepcyjnej w połowie lat 60., a skończyły z odkryciem HIV w połowie lat 80. Był to zarazem okres, kiedy już od dawna stosowano antybiotyki. Oto sytuacja bez zagrożenia ani ciążą, ani terminalną chorobą. Imperium swobody, erotyczny raj. Wyobraź to sobie przez chwilę. Kto wie, czy do niego nie wracamy, jako że doniesienia o zwalczaniu HIV są coraz konkretniejsze. Wtedy hipisi z ich Erą Wodnika będą mogli się kłaniać nam, rozpasanym promiskuitom Nowego Edenu.

|||

W Tesco w dziale z warzywami zobaczyłem naklejkę: "Dla poprawy twojego bezpieczeństwa sklep jest monitorowany za pomocą kamer". Nasuwa się pytanie, cóż takiego mi grozi w markecie: atak zmutowanych ośmiornic z działu rybnego, lawina orzeszków ziemnych? Może napadną mnie kibole przy sportowym albo przejedzie wózek widłowy? Ale zaraz przypomniało mi się inne ostrzeżenie przy instalacji jakiegoś programu, mówiące mniej więcej: teraz przeprowadzimy różne procedury weryfikacyjne, bo mogłeś "paść ofiarą piractwa". I jeszcze znienacka przypomniała mi się tylna strefa w autobusie, do której w Krakowie na niektórych liniach wsiadają śmierdzący żule, ale nikt ich nie wygoni czy nawet nie objedzie za to, że śmierdzą, dopóki nie zaczną się szarpać, krzyczeć, atakować innych zmysłów niż węch. Nie da się powiedzieć: "Nie kradnij, bo cię złapiemy" bez historyjek o bezpieczeństwie i ofiarach piratów, tak jak nie da się wywalić z pojazdu menela za to, że cuchnie, ponieważ są po prostu rzeczy, o których nie można wprost powiedzieć.

|||

Unia Europejska dopłaca do wszystkiego. Nawet rząd Polski dopłaca. W pierwszym kwartale ogłasza się dopłaty do małych firm i 10 milionów ludzi rzuca się do pisania wniosków. W jakimś innym kwartale ministerstwo ogłasza dotacje na kulturę i polskie endżiosy zacierają ręce. Rolnicy mają z kolei suszę lub powódź i zaraz dostają dotację. Syjamskie pięcioraczki lecą do Saudii na zafundowany im zabieg. Za jeden procent niemowlaki z rakiem zjadają ostatnią owsiankę, a osierocone kundelki wiodą szczęśliwe życie w schronisku. Deszcz pieniędzy sypie się z nieba, tylko trzeba być trochę specjalnym i niedofinansowanym. Ja też jestem niedofinansowany i chcę moje pieniądze. Chcę, żeby były specjalne wnioski dla obywateli, którzy na nic nie chorują i nie są rolnikiem w trakcie suszy. W czym człowiek pracujący, powiedzmy, w biurze, jest gorszy od posiadacza małej firmy? Unijny wniosek dla obywatela wymagałby podania, co się planuje przez ten czas robić. Dostawałoby się punkty za naukę języka czy kurs prawa jazdy, ale nie byłoby to konieczne. Najważniejsze, aby w dobry, spokojny sposób przeżyć rok, nie łamiąc prawa, nie popadając w alkoholizm itp. Jak dobry obywatel Unii. Bez szaleństw na jachcie, ale z porządnymi wakacjami. Bez kupowania Audi A8, ale z przeglądem i rejestracją trzyletniego Passata. Nie byłoby kawioru na każde śniadanie, ale raz w tygodniu sushi czy jakieś owoce morza. Dużo książek, wyprawki dla dzieci, pies, remont. I jak w końcu je wprowadzicie, te wnioski dla zwykłych ludzi, to nazwijcie je Programem Żukowskiego.

|||

Literaturoznawcy, mitoznawcy, semiolodzy konstruują wzorce, według których konstruowane są opowieści świata. Propp ma reguły bajki magicznej. CLS ma mitemy w sieci wzajemnych powiązań. Campbell ma monomit. Vonnegut rysował studentom wykresy. Kiedyś z przyjacielem postanowiliśmy zrobić własny uniwersalny schemat opowieści - uniwersalna historia w pigułce podana jak najkrócej. Zaczęliśmy od jakichś prób typu: Podróż, przygody, osiągnięcie celu, dojrzewanie, powrót, pierdu pierdu. Wszystko to było za długie, a przede wszystkim za mało uniwersalne. W końcu nadeszło olśnienie. I teraz wzorzec klasycznej powieści brzmi:

Dokonał.

Może być wariacja feministyczna:

Dokonała.

|||

W retoryce dyskusyjnych forów i blogów jednym z częstych odwołań jest odwołanie do myślenia. "Pomyśl przez chwilę". "Zanim napiszesz, pomyśl". "Wystarczy pomyśleć, żeby to dostrzec". "To oczywiste, lecz myślenie jest dziś trudną sztuką". Etc. Co ciekawe, przeważnie dotyczy to wypowiedzi prawicowych, a promowane myślenie polega na tworzeniu redukcyjnych, sloganowych modeli opartych o przypadkowe fakty. Unia to nowa komuna. Piłsudski uratował Europę. Aborcja to morderstwo, bo stosował ją Hitler, a prowadzi wprost do antykoncepcji (i odwrotnie). GMO niszczą brazylijskie dżungle. Związki zawodowe niszczą gospodarkę. Do tych wniosków prowadzi jedynie myślenie, któremu przeciwstawia się bierne przyjmowanie medialnego pokarmu, bezmyślnym masom podawanego przez zasobne kliki. Kiedy wypowiada się ktoś z tej masy, widać, że nie przemyślał wypowiedzi, lecz napisał ją na zasadzie jakiegoś odruchu, niemal podświadomego powtarzania czegoś, co usłyszał. Inaczej z tym, kto woła o myślenie: on przemyślał swoją wypowiedź, jest ona jego autorskim tworem tkwiącym mocno na fundamentach tradycji i zdrowego rozumowania. W nurcie ciemnej głupoty sterowanym przez nielicznych tkwią nieruchomo oblężone wyspy oświecenia. Na szczęście wystarczy choć przez chwilę pomyśleć i wszystko staje się jasne.

|||

Statystyki wskazują niezbicie: książka zabija Internet, podobnie jak wcześniej prawie zabiła telewizję i kino. Rząd dotuje liczne organizacje pozarządowe wspierające Internet, można też odpisać na nie 1% od podatku. Niektóre koncentrują się na możliwościach rozrywkowych Internetu - "Film przed premierą", inne na społecznościowych - "Znajomi bez wychodzenia z domu". W miastach wiszą bilbordy z uśmiechniętymi ludźmi przed monitorem. Na wsiach domy kultury udostępniają pracownie komputerowe i miejsca gier oraz dotują Dyskusyjne Kluby Seriali. Abonament telewizyjno-internetowy został zniesiony i zamieniony na kupony konkursowe: osoby odpowiednio długo korzystające co dzień z TV i komputera mają szansę wygrać wycieczkę. W szkołach na specjalnych pogadankach dzieciom rozdaje się DVD z najnowszymi FPS-ami i instalki MMORPG z opłaconym abonamentem. Nic z tego. Dzieci pod ławką czytają Przygody Mikołajka. Dorośli włączają TV tylko na czas programów literackich. Jeśli podchodzą do komputera, to żeby ściągnąć jakieś e-booki. Szczególny kryzys Internetu nadchodzi jesienią, kiedy to korporacje wydawnicze wypuszczają na rynek bestsellerowe tytuły i zaczyna się coroczny atak agresywnego czytelnictwa. Nowy Pilch, nowa Tokarczuk w księgarniach to wielotygodniowe spadki oglądalności TV. Minister kultury zapowiedział utworzenie komisji mającej badać negatywny wpływ książek na młodych ludzi i eliminować z rynku te, które zniechęcają do używania nowych technologii w jawny bądź skryty sposób. Opiniotwórcy wypowiadają się w mediach, czarno widząc przyszłość polskiej kultury. Stomma i Ogórek robią zbitę z czytających książki, a Hennelowa w pozytywistycznym duchu nawołuje do powrotu przed ekrany. Niewiele to jednak daje. Ludzie po prostu wolą czytać. I książka zabija Internet.

Foto książek: sxc.hu.