12 stycznia 2010

Postlapidarium 2

Kiedyś skradziono mi rower. Kilka migawek z Policji.

Na komisariacie przy Szerokiej pani w okienku pyta: "Czy tam, skąd go skradziono, są jakieś kamery?" Policyjna intuicja. Dosłownie o kilka sekund uprzedziła moje jednakowo brzmiące pytanie.

Na komisariacie przy Rynku długie zeznania. Wreszcie idzie w ruch drukarka. Produkuje wyblakły arkusz. Niektóre litery da się rozpoznać, zwłaszcza duże. Policjant patrzy krytycznie pod światło, ocenia. "Cóż, skończył się atrament. Ale... chyba... da się przeczytać. Tak już musi być".

Na komisariacie przy Lubiczu jakieś rowery (odzyskane, zabezpieczone?) stoją na korytarzu przypięte łańcuchem do kaloryfera. Na stoliku w poczekalni zostawiam szalik i rękawiczki. Policjant prosi mnie do gabinetu, spogląda na stolik. "Te rzeczy są pana? Lepiej niech pan je stąd weźmie, żeby nikt nie ukradł". No przecież.

|||

Szukając nowego roweru, wszedłem na stronę dla zachodnich importerów grupującą chińskich producentów. Kliknąłem kategorię "Sport" i ku swojemu zdziwieniu, zalany najbardziej wymyślnymi wynalazkami sportowymi (jak sprężyny na nogi i dwukołowe platformy elektryczne), nie znalazłem tam rowerów. Gdzieś popełniłem błąd. W duchu multikulturalizmu stwierdziłem, że trzeba pomyśleć jak Chińczyk. Wyszedłem z kategorii "Sport" i kliknąłem "Transport". Zasypały mnie rowerowe oferty.

|||

Świat kultury masowej ma różne drobne migawki, które opisują go celnym skrótem, mało komu jednak chce się je jeszcze komentować. Jednym z nich są amerykańskie remake'i japońskich horrorów. Remake kojarzył się kiedyś z hołdem: nadaniem po latach świeżej formy wartościowemu dziełu. Lśnienie, Solaris, Psychoza. Obecnie upływ czasu między oryginałem i remake'iem liczy się w miesiącach, a dzieło do przeróbki wyciąga z maskulturowej kadzi. I przecież nie chodzi o robienie kasy albo inaczej - zawsze o to chodzi: nie wierzę, że Soderbergh nakręcił swoje Solaris z dojrzewającej latami chęci złożenia hołdu Lemowi. Raczej ktoś w biurze Paramountu przejrzał listę starych filmów do remake'owania, podzwonił po reżyserach, wyłożył sto baniek i czerwonym mazakiem odkreślił kolejną pozycję z dziesiątek oczekujących. W końcu kultowych staroci jest zatrzęsienie, można co miesiąc wypuszczać nowy. Po co nam jesienny remake miernego horroru z Hiszpanii, który ukazał się wiosną? Może masowi widzowie zapominają jak rozwielitki, że ten oryginalny film w ogóle był? Można go wtedy nakręcić kilka razy. Sugeruję dodatkowo, żeby nic nie zmieniać i nie kręcić na nowo, tylko przetłumaczyć tytuł. Oszczędnie, no i zgodnie z zasadą Mamonia: "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Poprzez reminiscencję".

|||

Napisy na t-shirtach to kolejny tajemny skrót do świata masowego. Otóż na odzieży w sumie liczy się ładny wzór i kolor, T-shirt jest jednak wyjątkowy, bo korzeniami zanurzony w kulturach buntu. A bunt jest w modzie. T-shirt gładki nie spełnia ponadto masowej zasady decorum i nikt nie chce go nosić. Słowem, trzeba zaprezentować jakiś napis. Tylko że napisy kultur buntu coś mówią - w dosłownym sensie. Jak tu stworzyć napis, który wpasuje się w świat masowy? Pójdziesz w polityczne lewo, odetniesz 50% konsumentów, w prawo - drugie 50%. Trzeba więc coś powiedzieć, ale nic nie powiedzieć. Trzeba by dać bezsensowne zlepki liter, jakieś przypadkowe wyrazy, nazwy, cyfry. Czy to nie ośmieszy i producenta, i konsumenta? Przecież to absurd, chodzić w ubraniu z bełkotem. Nie, to nie przejdzie. Ludzie zauważą.

Nie zauważyli. Zapraszamy do sklepów.

|||

Dziewczyna rozmawia w tramwaju przez telefon.

"... a on do tego gościa: zrobię ci z dupy jesień średniowiecza. Taaak, poważnie, tak powiedział. Nie, ja też nie wiem. Jesień średniowiecza, dosłownie, tak". Kiedyś się oburzano, że młodzież nie zna już greki. Potem, że nie zna filmów Felliniego. Książek Gombrowicza. Podstaw matematyki. Ortografii. Że w ogóle nie umie pisać. Dziś, że nie ogląda krwawych postmodernistycznych filmów o zabójcach, które są przecież, u licha, ab-so-lut-nie pod-sta-wo-we, ty durna pindo!

|||

Jestem wyżeraczem resztek. Seria osiemnastek, swojej i kolejnych kolegów z liceum, choć miała miejsce tak dawno temu, zapadła mi w pamięć głównie z powodu tych granicznych godzin, kiedy za oknem wstaje świt, a na stołach leżą niedojedzone kanapki, których nikt już nie chce. Półmiski pełne resztek: sernik w morzu okruszków, kilka kromek z jajkiem, dzbanki z nierozlanymi do końca sokami. Tort się już przeważnie nie trafiał. Później zaczęły się wesela, gdzie do schnących kanapek dochodzi jeszcze wypas potraw obiadowych i sałatek. Rzadko na nie chodzę, a jak już, rzadko udaje mi się dotrwać do tej magicznej godziny pomiędzy, gdy noc nie jest już nocą, a jeszcze nie dniem, gdy jedzenie nie jest już potrawą, a jeszcze nie pomyjami. Nie ma już kelnerów, nie ma spojrzeń wujków i stryjków. Rygory wymiany symbolicznej przestają obowiązywać. Jem i nie jestem nic winien. Wtedy padlinożercy ruszają na łowy i cieszą się prawdziwą obfitością, własną, szczerą, którą nie trzeba się z nikim dzielić.

|||

W Kijowie znajduje się muzeum Czarnobyla. Piękne miejsce zagubione wśród bocznych uliczek, wypełnione kustoszkami-fascynatkami zagadnienia, które z pamięci cytują kiepskie wiersze ukraińskich poetów upamiętniające katastrofę reaktora. Ekspozycja wykonana z rozmachem prawdziwie mitologicznej wyobraźni. Wśród chemicznych, niebiesko-czerwonych świateł u sufitu wisi metaforyczna łódź ponad mozaiką podłogową złożoną z małych kwadratowych płytek. To model rdzenia. Kiedy zwiedzałem muzeum, trafiła się wycieczka szkolna, jak wszystkie wycieczki złożona z dzieciaków, które cieszą się, że nie ma lekcji, ale i tak wolałyby iść do domu i grać w Stalkera. Tuż za drzwiami wejściowymi w dwóch złoconych ramach stoją ponure postacie odziane w gumowy antynuklearny pełny strój wraz z maską pgaz wychylającą się spod kaptura. Choć przytrzymują je żyłki, postacie gną się złowieszczo: w środku nie ma manekinów, to tylko udrapowana, podwieszona guma. "Dzieci, a wiecie, kto to jest?" Cisza. "No, dzieci, kto to jest? Nie wiecie? To likwidator. Wiecie, kto to likwidator?" Dzieciak nieśmiało: "To taki mutant popromienny, tak?" "Nie, dzieci! Nie! Likwidator - to nasz nowy święty".

2 komentarze:

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!