2 listopada 2009

Myśli o piractwie

... czyli święci kontra przestępcze hordy

1. Niedawno w necie zobaczyłem kilka nowych stron internetowych poświęconych piractwu oprogramowania. Reklamują się na różnych portalach. Można sobie tam np. przeliczyć specjalnym kalkulatorem, ile się zapłaci kary, jeśli się przypadkiem posiada programy. Zaznaczamy ptaszkiem np. Worda, Photoshopa i Corela, po czym pojawia się zastraszająca suma. W innym jest rodzaj przewrotnego FAQ-a: prowadzący portal jednym czy dwoma zdaniami, słusznymi jak tylko może być słuszny gniew uzasadniony prawami wolnego rynku, zbijają najczęściej pojawiające się uzasadnienia piracenia programów. (Za drogie? Nie używaj. Producent woła tyle, ile zechce).

2. W mieście można zobaczyć anarchistyczną wlepkę dotyczącą nielegalnego oprogramowania. Nie pamiętam hasła, ale szło mniej więcej: "Piractwo: wolny przepływ informacji między wolnymi ludźmi". Jako że mam anarchistów ogólnie rzecz biorąc za ludzi konserwatywnych, dostrzegam tu wygodne hasełko, które ma krótkim pojęciem powszechnej "wolności" klikanie myszką z fotela na Rapidsharze wmontować w system walki z kapitalizmem. A poza tym programy to nie są wolne dobra wolnych ludzi. Nie da się tu dobudować wizji (którą sam się lubię poić) reżysera walczącego o to, by jego głos mógł się nieskrępowanie rozchodzić, lecz wciąż tłumi go aparat produkcyjno-finansowy; no a wtedy ściągnąć film z netu to jak wręcz podać rękę Hanekemu albo Van Santowi (jakie by nie było ich własne zdanie o piractwie) ponad chciwymi gębami producenckich piranii. Ale tak nie jest.

3. Ściągający filmy, zwłaszcza tacy jak ja, którzy naprawdę w 90% oglądają kino niedostępne inaczej, mogą się jeszcze tłumaczyć tą niedostępnością. Inni - że biją w amerykański hollywoodzki biznes, co też znajduje moralne uzasadnienia. Inny powód: że dobra kultury są uniwersalne i ograniczanie dostępu do nich jest haniebne. (Dziś jeszcze ci i owi poszczekują o trudzie pracy artystów, ale nasze dzieci będą się już z tego śmiać, muzyka i książki staną się w świetle prawa darmowe siłą rzeczy). (Podobnie jak haniebne jest przetrzymywanie przez kościół tylu świetnych zabytków w centrach miast, z których skandalem jest nie zrobić użytku i nie przeznaczyć na galerie, pracownie, puby, ale to inna bajka). Ale oprogramowanie? Czy oprogramowanie to narzędzia? Jeśli tak, w zasadzie nikt nie każe ci używać młotka firmy Stanley, możesz wbić gwóźdź choćby kamieniem. A czy to dobra symboliczne same w sobie? Innymi sł., czy używanie Photoshopa jest trendy i można nim podrywać laski w Kolorach na Kazku? Ale używanie Gimpa jest także na swój sposób trendy, a jeszcze idącego na Linuksie!

4. Sumując te wszystkie puzzle, szukam argumentów przeciw liberałom spod znaku za-drogo-nie-używaj, bo gdzieś w głębi mam przeczucie, że człowiek obrabiający zdjęcia w Photoshopie, a nawet, u licha, sprzedający je później, żeby się utrzymać na bazowym poziomie, nie jest przestępcą, jeśli nie kupił tego programu kosztującego ponad 20 tysięcy zł. Nie wiem, czy już to ktoś powiedział w dyskusji o piractwie (toczy się ona? bo w mediach raczej wszyscy święci, choć fakt, że nie mam telewizora), ale warto podnieść argument społecznej odpowiedzialności. Sprowadziłbym go do takiego mniej więcej stwierdzenia: jeśli bogactwo bierze się z działań milionów ludzi, bogacz zaczyna być odpowiedzialny. Nie za te miliony ludzi ani pokój na świecie, lecz takie kierowanie swoją działką, by mądrze, dobrze i prospołecznie dystrybuować dobra, dzięki którym jest bogaczem, czy też, jak się dziś mówi, liderem w branży. Można powiedzieć, że fundacja Billa Gatesa czy jakieś konkursy organizowane przez Adobe to przykład redystrybucji dóbr, dzielenia się dobrobytem. Nie są to akcje niepożyteczne, ale jednocześnie mydlą oczy, bo zasadniczą sprawą jest sprowadzenie produktu używanego przez miliony (w przypadku Windowsa - miliardy) do poziomu powszechnej dostępności, a konkretnie: obniżenie ceny. W ten sposób rozciągam społeczną odpowiedzialność biznesu - modne obecnie pojęcie, dla wielu liberałów pewnie raczej śmieszne - poza zagadnienie wyzysku pracowników na wyzysk klientów, którzy płacą za dużo za zbyt popularne (ocierające się o monopol) programy.

Dodam jeszcze, że istnieje pewna granica finansowa: powyżej niej zaczyna się piractwo, poniżej większość zainteresowanych woli pozostawać w zgodzie z prawem. Ta granica jest znana w świecie podatków, których zbyt wysoka wielkość powoduje gwałtowny wzrost szarej strefy. Nie jestem przeciwnikiem podatków - wskazuję na metody minimalizowania piractwa inne niż penalizacja wielkiej masy społecznej (która zawsze jest wyjściem złym), mianowicie obniżenie cen produktów używanych przez miliony. Liberał powie, że to sprawa firmy, czy będzie tej granicy poszukiwać. Ja odpowiem, że to obowiązek firmy w imię jej odpowiedzialności. Microsofcie, poszukuj jej w okolicy 100 zł.

Na jednym z tych portali antyreklamujących piractwo czytam: "95% plików z muzyką jest pobieranych nielegalnie". To ich zdaniem argument wspierający słuszność walki z piractwem. Jednak jeśli okazuje się, że większość obywateli łamie prawo, czy coś jest nie tak z większością obywateli, czy z prawem, które ma im służyć?

5. W filmie Upadek (tym z Douglasem) główny bohater wchodzi do spożywczaka i zaskoczony drożyzną, domaga się obniżenia cen do poziomu z bodaj 1970. Zarazem ma przy sobie broń, co dodaje filmowi uroku. Wyobrażam sobie Douglasa w sklepie z software'em. "Proszę Windowsa z pakietem Office, Adobe CS 4 i nowego Posera. Co? 35 tysięcy? Otóż nie zapłacę więcej niż dwa za to wszystko, a jak wam się nie podoba, zaraz ktoś zachoruje na ołowicę". Przeważnie nikt nie odwiedza sklepów komputerowych z bronią w ręku. Może trzeba zacząć?


Fotografie za sxc.hu

7 komentarzy:

  1. piszesz zeby produkty byly tansze, ale m$ i inne firmy tez musza tez pokryc koszta, zaplacic pracownikom itp. zaplacic prezesom pare milionow rocznie :) stad wychodzi cena.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam się, że era dopasowywania ceny produktu do kosztów firmy odeszła w zapomnienie lub trzyma się na poziomie małych przedsiębiorstw. Obrazowy przykład. Prezes i 3 menedżerów MS zarobią w 2009 16,44 mln $ (co ciekawe, prezes najmniej z tej czwórki). Gdyby zacisnęli zęby i zadowolili się milionem na głowę, za zaoszczędzoną sumę można by kupić 125 000 kopii Windowsa OEM. Gdyby jego cena spadła do 100 zł, byłoby to 357 000 kopii. A to tylko przelicznik pensja/produkt czterech osób! Podniosą się głosy: nie można tak porównywać, nie tak to działa. Ale jeśli nie tak, to jak? Gdzie znaleźć drogowskazy w tego typu ekonomii?

    OdpowiedzUsuń
  3. Piractwo sprzyja dystrybucji dobrej muzyki i kina. Liczni artyści niebędący śmiesznym, pokracznym Kazikiem (np. ostatnio Blixa Bargeld) przyznają, że wręcz cieszy ich ściąganie ich muzyki na nielegalu, jako że to niezastąpiona forma promocji. Rynek muzyczny i tak zmierza w kierunku nisz kolekcjonerskich, więc zainteresowany po ściągnięciu kupi płytę choćby dla oprawy graficznej, gratisów czy własnego dobrostanu.

    A że artysta musi zarabiać? Pewnie, ale z dobrej sztuki rzadko da się wyżyć. Pouczający przykład: muzycy bardzo jak na niezależne standardy popularnego zespołu Neurosis na co dzień trudnią się uczeniem w szkołach, chyba podstawowych. Szacunek - jest, forsa - jest, poczucie nagrywania według własnych standardów (bezcenne!) - jest. Jak nie przepadam za twórczością Charlesa Bukowskiego, zawsze mam z tyłu głowy fakt, że przez większość życia pracował na poczcie. Wszak wielka sława to żart.

    OdpowiedzUsuń
  4. Święta prawda. Wielu wydawców zwraca uwagę, że klienci ściągający pirata z netu przywiązują się do autora i następnym razem kupują papier lub kupują papier jeszcze tym razem, zachęceni piratem jako próbką. Nie wspominając o Pielewinie, którego książka "przypadkiem" wyciekła przed premierą, i Coelhu (tak? czy to był Wharton?) własnoręcznie piratującym własne książki.

    Ale książki - i muza, i filmy - to łatwiejszy teren, tu argumentów jest więcej, chciałem się skupić właśnie na programach. Może one są trochę jak książki?

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli jednak można, chciałbym jeszcze wtrącić słówko o muzyce (choć nie tylko). Otóż bardzo bawi mnie jedna rzecz: sytuacja przed rokiem 1994, kiedy to nie istniało w Polsce żadne prawo ograniczające kopiowanie muzyki czy filmów, a nawet zarabianie na tym. I co? Nie było zespołów muzycznych? Nie było kina? Rozrywka ograniczała się do serwowanej przez rządową telewizję za rządowe pieniądze? A może sponsorami były domy kultury i kluby seniora? Raczej nie. A przecież wtedy właśnie grały zespoły nie tylko niszowe, ale też bardzo popularne, jak Dżem czy Oddział Zamknięty. Nie opłacało się im? Ja nie wiem; ale istnieli, byli znani i na pewno zarabiali na koncertach...

    OdpowiedzUsuń
  6. Cóż, przed 94 wszystko było inaczej. :) Wymieniłeś kilka polskich zespołów, ale zwróć uwagę, że do Polski nie przyjeżdżały prawie w ogóle zagraniczne kapele na koncerty (które w dobie darmowej muzy są głównym źródłem utrzymania zespołów). Zresztą wtedy Polaków i tak by nie było stać na regularne fanostwo. Nie było też mp3, mało kto miał cd, muza krążyła na kasetach, które i tak zresztą były pirackie (przynajmniej zagranicznych grup), ale piratowane na poziomie wydawcy. Coś pewnie twórcom z tej sprzedaży skapywało. Sam pamiętam swoje oburzenie, że jak to, nie będzie już więcej kaset z Taktu za 20 000 zł, tylko jakieś drogie, gdzie oczy ci mydlą książeczką z tekstami i hologramem.

    OdpowiedzUsuń
  7. E, do Polski nawet Stonesi przyjechali... :D

    Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego o czym piszesz, ale chodziło mi raczej o włożenie klina w myślenie, które sam podważasz - o muzyce jako towarze - niż wskazywanie jakichś realnych, ekonomicznych paraleli. A jednak takie paralele istnieją: choć nie było mp3, to jednak nosnik jest sprawą drugorzędną; jeśli chciałeś coś spiracić, to piraciłeś. Fakt, że internet bardzo ułatwia ten proces i dzięki temu kolekcja pirackiej muzyki może być większa, ale to dotyczy chyba przede wszystkim muzyki, której tak naprawdę nie słuchasz (no i tak byś ją miał). Oraz trudno dostępnej, której na kasecie nie sposób znaleźć, nawet mając np. wtyczkę w radiu.

    A nawiasem mówiąc ja do lat już nie piracę gier. Powód? Uważam, że ceny oryginałów są (na ogół) uczciwe.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!