26 listopada 2009

Postlapidarium 1

By być jak Ryszard Kapuściński, postanowiłem kompilować lapidaria. Będę miał też więcej wejść, bo są tu słowa kluczowe "kapuściński" i "lapidarium". (A będę miał jeszcze więcej, jeśli dodam "darmowy", "e-book" i "download"). Tworzenie notek z rozsypanych fragmentów to działalność od tak dawna postmodernistyczna, że już klasyczna. "Dziś najśmielszą rewolucją jest napisanie solidnej XIX-wiecznej powieści" - mówi John Banville. I ma rację (Setterfield, Littel, Dukaj). Ja więc wybiegam jeszcze dalej i wracam do postklasycznego postmodernizmu fragmentów, przynajmniej na chwilę.

|||

Już dawno temu na Allegro pojawiły się aukcje ludzi proponujących swoje usługi jako wirtualnych przyjaciół. Taki przyjaciel na Naszej klasie lub Facebooku komentuje zdjęcia i wypisuje peany o swym mecenasie. Samemu prezentuje się jako np. super laska. Jeśli uznać, że supermarkety to takie dzisiejsze bazary, a bazary to portale społecznościowe w realu, wyobrażam sobie profesję przyjaciela w hipermarkecie albo galerii handlowej. Chodziłby razem z klientem, śmiał się z jego żartów, przymierzał ubrania (wyłącznie gustowne), doradzał i znakomicie się prezentował. Mógłby też spoglądać do koszyków innych ludzi i dyskretnie podśmiechiwać się z ich wyborów.

|||

Pomysł na opowiadanie lub setting powieści:
Przez Wszechświat przebiegają tzw. fale ontologiczne. Mogą być mocniejsze lub słabsze jak pływy morskie, wyż i niż atmosferyczny albo biorytmy (jeśli kto w nie wierzy). Specjalne instytuty prognozują natężenie fal. Przy wysokim stanie świat jest zorganizowany, zwarty i gotowy, udają się wszystkie plany, ludzie mają energię i dokonują życiowych wyczynów. Z kolei przy niżu osłabia się zwartość struktury świata, narasta entropia. Ludzie zapominają imiona i fakty, podejmują spontaniczne, nieuzasadnione decyzje, nie da się zorganizować najprostszego spotkania ani nigdzie dodzwonić, psuje się jedzenie, umierają stare zwierzęta, walą się źle postawione budynki. Telewizja radzi pozostawać w domu i odłożyć ważne sprawy na okres wyżu.

|||

Posiadanie starszej siostry to coś, co się docenia dopiero z perspektywy lat. Wcześniej przeważnie stanowi pasmo nieustającej walki o Lebensraum, przynajmniej w wyobraźni młodszego dziecka (kto wie, może i obojga). Gdy ona miała 15 lat, ja 9. Ta przepaść sprawiała, że ona na moich oczach, co tu dużo mówić, po prostu czerpała z życia, gdy ja byłem uzależnionym od dorosłych berbeciem. Jedyną pociechą było dla mnie niejasne wyobrażenie, że kiedyś, jak dorosnę (znane dziecięce zaklęcie), będę od niej starszy i, kto wie, to ja będę mógł jej kazać sprzątać pokój itd. Wydaje się, że to zwykły logiczny błąd sfrustrowanego dziecka, mieszającego magiczny świat kilkulatka z realiami dorosłej rzeczywistości. Ale gdyby się w to wmyśleć, czy nie miałem racji? Czy nie przeczuwałem, nie obserwowałem w świecie dookoła, że to mężczyźni nadają ton biednej zacofanej polskiej rzeczywistości, że faktycznie to ja mam większą szansę zostać dyrektorem czy innym szefem kuchni, że faktycznie będę kiedyś starszy a ktoś taki jak ona zostanie moją sekretarką? Na szczęście w porę wyhamowałem, nie dorosłem i w moim świecie rządzą, jeśli ktoś, kobiety.

|||

Migawka z wiadomości o krajach arabskich: rozedrgana kamera, odległe strzały, przypadkowi ludzie w klapkach i białych koszulach, pył. Kadr zawsze beżowy, niekiedy są w nim białe samochody. Czasem ktoś strzela, ale większość ludzi przeważnie stoi zdezorientowana, wykrzykuje coś w niezrozumiałym (i nietłumaczonym) języku albo biega bez celu. Zdarzenia te dzieją się zawsze na zewnątrz, nigdy (lub bardzo rzadko) w gabinetach czy domach. Jeśli w gabinetach, są to gabinety władz ustanowionych przez Zachód. Z pozoru to odwrócenie w stosunku do wiadomości z Europy może dziwić, póki nie przypomnimy sobie, że Arabowie to przecież zwierzęta, a zwierzęta żyją na dworze - nie w mieszkaniach, w pyle, biegają, bełkocą (bełkotu nie ma sensu tłumaczyć), żrą się, nie noszą ubrań, walczą o jakieś tam swoje zasoby – dopóki ich życie nie zostanie zorganizowane przez kogoś stojącego wyżej na drabinie ewolucji. Wówczas trafiają do zoo, w którym malują się henną, palą fajki wodne i tańczą zmysłowy taniec brzucha, a fotografują je reporterzy z National Geographic.

|||

Wegetarianie chcą powstrzymać zabijanie zwierząt, usiłując dowieść, że między cierpieniem zwierzęcia ludzkiego a zwierzęcego nie istnieje moralna różnica. Wadzą się jednak bezsilnie z niepokonywalnym ludzkim pożądaniem krwi i rzezi. Skoro różnicy nie ma, a przemóc tego pożądania nie idzie, może warto zadziałać w drugą stronę: lobbować za zastopowaniem zabijania zwierząt zwierzęcych, w zamian proklamując ubój zwierząt ludzkich. Byłyby wybierane metodą sądu skorupkowego albo z listy 500 najbogatszych, wegetarianizm bowiem łączy się z lewicą, która nie pozwoliłaby wywieźć do ubojni zwierząt słabych, bezdomnych albo chorych. Najbogatsze zwierzęta zaczęłyby się na gwałt pozbywać kapitału i doszłoby do bezprecedensowej w dziejach redystrybucji dóbr. Wkrótce pod presją opinii światowej trzeba by zaprzestać tych działań, ale wówczas żylibyśmy już w socjalistyczno-buddyjskiej utopii. [Zrąb pomysłu podsunął mi barbarzyński kolega Michał, który nie jest wegetarianinem i nie popiera socjalistycznych utopii].

|||

Pozostając w temacie: konserwatywni krytycy UE, w imię naturalnego obywatelskiego poczucia zdrowego rozsądku, wyśmiewają znaczki pojawiające się na fajkach, piwie etc., które informują o szkodliwości, żeby nie prowadzić, nie dla kobiet w ciąży, nie dla dzieci. Niedługo będą nam pisać, którędy się pije i jak oddychać, mówią. To dobrze znane prawo Eskalacji Zwyrodniałych a z Pozoru Niewinnych Zachowań Popieranych przez Eurolewicę Mającą Sekretny Inżynieryjny Plan Prania Mózgów. To prawo widać np. na przykładzie marihuany. Konserwatywni obserwatorzy trafnie zauważają, że ten, kto pali skręty, w rzeczywistości pędzi autostradą do heroinizmu. Mam mnóstwo znajomych, którzy palą marihuanę. Sam też palę. Dlatego pierwszy raz wstrzyknąłem sobie makiwarę po filmie o Róży Luksemburg, odtąd co rano walę szprycę, nucąc Międzynarodówkę lub dziewiątą Beethovena. To samo wszyscy moi znajomi, najpierw marihuaniści, dziś ciągnący kokę workami na zmianę z butaprenem. Wszyscy też popieramy kolejne znaczki zakazu i nakazu na opakowaniach, a gdy zbierze się ich dość, wprowadzimy ustawę, by rozmieszczać je na planie gwiazd i kłosów.

2 listopada 2009

Myśli o piractwie

... czyli święci kontra przestępcze hordy

1. Niedawno w necie zobaczyłem kilka nowych stron internetowych poświęconych piractwu oprogramowania. Reklamują się na różnych portalach. Można sobie tam np. przeliczyć specjalnym kalkulatorem, ile się zapłaci kary, jeśli się przypadkiem posiada programy. Zaznaczamy ptaszkiem np. Worda, Photoshopa i Corela, po czym pojawia się zastraszająca suma. W innym jest rodzaj przewrotnego FAQ-a: prowadzący portal jednym czy dwoma zdaniami, słusznymi jak tylko może być słuszny gniew uzasadniony prawami wolnego rynku, zbijają najczęściej pojawiające się uzasadnienia piracenia programów. (Za drogie? Nie używaj. Producent woła tyle, ile zechce).

2. W mieście można zobaczyć anarchistyczną wlepkę dotyczącą nielegalnego oprogramowania. Nie pamiętam hasła, ale szło mniej więcej: "Piractwo: wolny przepływ informacji między wolnymi ludźmi". Jako że mam anarchistów ogólnie rzecz biorąc za ludzi konserwatywnych, dostrzegam tu wygodne hasełko, które ma krótkim pojęciem powszechnej "wolności" klikanie myszką z fotela na Rapidsharze wmontować w system walki z kapitalizmem. A poza tym programy to nie są wolne dobra wolnych ludzi. Nie da się tu dobudować wizji (którą sam się lubię poić) reżysera walczącego o to, by jego głos mógł się nieskrępowanie rozchodzić, lecz wciąż tłumi go aparat produkcyjno-finansowy; no a wtedy ściągnąć film z netu to jak wręcz podać rękę Hanekemu albo Van Santowi (jakie by nie było ich własne zdanie o piractwie) ponad chciwymi gębami producenckich piranii. Ale tak nie jest.

3. Ściągający filmy, zwłaszcza tacy jak ja, którzy naprawdę w 90% oglądają kino niedostępne inaczej, mogą się jeszcze tłumaczyć tą niedostępnością. Inni - że biją w amerykański hollywoodzki biznes, co też znajduje moralne uzasadnienia. Inny powód: że dobra kultury są uniwersalne i ograniczanie dostępu do nich jest haniebne. (Dziś jeszcze ci i owi poszczekują o trudzie pracy artystów, ale nasze dzieci będą się już z tego śmiać, muzyka i książki staną się w świetle prawa darmowe siłą rzeczy). (Podobnie jak haniebne jest przetrzymywanie przez kościół tylu świetnych zabytków w centrach miast, z których skandalem jest nie zrobić użytku i nie przeznaczyć na galerie, pracownie, puby, ale to inna bajka). Ale oprogramowanie? Czy oprogramowanie to narzędzia? Jeśli tak, w zasadzie nikt nie każe ci używać młotka firmy Stanley, możesz wbić gwóźdź choćby kamieniem. A czy to dobra symboliczne same w sobie? Innymi sł., czy używanie Photoshopa jest trendy i można nim podrywać laski w Kolorach na Kazku? Ale używanie Gimpa jest także na swój sposób trendy, a jeszcze idącego na Linuksie!

4. Sumując te wszystkie puzzle, szukam argumentów przeciw liberałom spod znaku za-drogo-nie-używaj, bo gdzieś w głębi mam przeczucie, że człowiek obrabiający zdjęcia w Photoshopie, a nawet, u licha, sprzedający je później, żeby się utrzymać na bazowym poziomie, nie jest przestępcą, jeśli nie kupił tego programu kosztującego ponad 20 tysięcy zł. Nie wiem, czy już to ktoś powiedział w dyskusji o piractwie (toczy się ona? bo w mediach raczej wszyscy święci, choć fakt, że nie mam telewizora), ale warto podnieść argument społecznej odpowiedzialności. Sprowadziłbym go do takiego mniej więcej stwierdzenia: jeśli bogactwo bierze się z działań milionów ludzi, bogacz zaczyna być odpowiedzialny. Nie za te miliony ludzi ani pokój na świecie, lecz takie kierowanie swoją działką, by mądrze, dobrze i prospołecznie dystrybuować dobra, dzięki którym jest bogaczem, czy też, jak się dziś mówi, liderem w branży. Można powiedzieć, że fundacja Billa Gatesa czy jakieś konkursy organizowane przez Adobe to przykład redystrybucji dóbr, dzielenia się dobrobytem. Nie są to akcje niepożyteczne, ale jednocześnie mydlą oczy, bo zasadniczą sprawą jest sprowadzenie produktu używanego przez miliony (w przypadku Windowsa - miliardy) do poziomu powszechnej dostępności, a konkretnie: obniżenie ceny. W ten sposób rozciągam społeczną odpowiedzialność biznesu - modne obecnie pojęcie, dla wielu liberałów pewnie raczej śmieszne - poza zagadnienie wyzysku pracowników na wyzysk klientów, którzy płacą za dużo za zbyt popularne (ocierające się o monopol) programy.

Dodam jeszcze, że istnieje pewna granica finansowa: powyżej niej zaczyna się piractwo, poniżej większość zainteresowanych woli pozostawać w zgodzie z prawem. Ta granica jest znana w świecie podatków, których zbyt wysoka wielkość powoduje gwałtowny wzrost szarej strefy. Nie jestem przeciwnikiem podatków - wskazuję na metody minimalizowania piractwa inne niż penalizacja wielkiej masy społecznej (która zawsze jest wyjściem złym), mianowicie obniżenie cen produktów używanych przez miliony. Liberał powie, że to sprawa firmy, czy będzie tej granicy poszukiwać. Ja odpowiem, że to obowiązek firmy w imię jej odpowiedzialności. Microsofcie, poszukuj jej w okolicy 100 zł.

Na jednym z tych portali antyreklamujących piractwo czytam: "95% plików z muzyką jest pobieranych nielegalnie". To ich zdaniem argument wspierający słuszność walki z piractwem. Jednak jeśli okazuje się, że większość obywateli łamie prawo, czy coś jest nie tak z większością obywateli, czy z prawem, które ma im służyć?

5. W filmie Upadek (tym z Douglasem) główny bohater wchodzi do spożywczaka i zaskoczony drożyzną, domaga się obniżenia cen do poziomu z bodaj 1970. Zarazem ma przy sobie broń, co dodaje filmowi uroku. Wyobrażam sobie Douglasa w sklepie z software'em. "Proszę Windowsa z pakietem Office, Adobe CS 4 i nowego Posera. Co? 35 tysięcy? Otóż nie zapłacę więcej niż dwa za to wszystko, a jak wam się nie podoba, zaraz ktoś zachoruje na ołowicę". Przeważnie nikt nie odwiedza sklepów komputerowych z bronią w ręku. Może trzeba zacząć?


Fotografie za sxc.hu