8 września 2009

Szaty i putta

... czyli renesans, barok i gandzia

Po przyjęciu morderczej dawki kilkuset renesansowych obrazów w pinakotece Brera (zresztą zapuszczonej i prymitywnej muzealniczo) miałem w głowie zestaw podobny do serii ludzkich twarzy, które telewizje typu Discovery dla efektu puszczają czasem kolejno po sobie w wielkim przyspieszeniu (tak że twarze nakładają się na siebie w oku widza), uzyskując w ten sposób absolutnie uśredniony wizerunek człowieka, tak zwaną eigenface. Takimi metodami gubi się rzecz jasna wszelkie niuanse twarzy. Czasem jednak trzeba zgubić niuanse i pognać korytarzami jak dzieciaki z filmu Godarda przez Luwr. W ten sposób w mojej głowie powstał eigenface renesansu (i baroku).

Minęły lata od czasu, gdy przeciętny Europejczyk przestał rozpoznawać postacie świętych i sceny z chrześcijańskiej mitologii, wiek temu stanowiące jeśli nie fundament, to w każdym razie ważny element systemu kształcenia i nabywania kulturowego kapitału. Dziś kapitał kulturowy nabywa się, oglądając postpopowe kino i męcząc książki Pynchona, a ze znaczeń mozolnie zaklinanych w obrazach przez włoskich mistrzów pozostaje tak niewiele, tak jakoś przezroczyście się robi, że trzeba dopisać sobie nowe znaczenia w postaci tajemnego kodu Leonarda. Stare się już zużyły - odnoszą do pustej, nieistniejącej rzeczywistości. Co to za ludzie, co to za dziwne sceny? - pytamy, stojąc przed Bellinim, my, Marsjanie z przyszłości.

Lecz nawet dla nas, Marsjan, dwa elementy powtarzają się nieustannie jak trwałe cechy eigenface'ów. Są to szaty lejące się po akademicko wypozowanych ciałach i amorki będące świadkami większości świętych scen niczym cisi ochroniarze wokół oświetlonych fleszami prezydentów i premierów na politycznych fetach.

Studium szaty to jedno z najtrudniejszych wyzwań malarskich. Szata skupia w sobie wszystkie problemy, jakie może postawić przed artystą studyjna scena: przede wszystkim bardzo złożony cień i wielokrotne odbijanie się czy rozpraszanie światła na załomach i wypukłościach, charakter faktury, przejrzystość, delikatne gradienty przechodzące jedne w drugie, ale także perspektywa, której w tym przypadku nie da się wykreślić technicznymi metodami. Materiał leży na czymś, coś kryje, musi więc być odpowiednio mięsisty i samoistny, ale zarazem zależny od tego, co jest pod spodem. Kiedy figury z mitologii chrześcijan tracą sens, a wskazówka mieszczańskich popowych gustów przechyla się znowu ku impresjonizmowi (patrz: Vidocq, Hero itd.), szata zyskuje znaczenie jako taka. Święci i bogowie służą jej dziś za wieszaki.

Mówi się, że jednym z ważnych kroków renesansu było doczłowieczenie postaci przez grę wyrazem twarzy, nieodmiennie pustym i w sumie pomijalnym w gotyku. Ale podobnie jak popularnym złudzeniem jest przejście od gotyckiej sztywności do rzekomo naturalnej postawy modela - to złudzenie świetnie ilustruje LaChapelle na swoich pop-parodiach baroku - tak iluzją jest gra emocjami wyrażanymi mimiką - bo tam nie ma żadnej mimiki (powiedzmy, że jest postęp, gdyż nie każda postać ma gotycką cielęcość na twarzy), są za to irytujące uproszczenia, błędy i niedoróbki, które w Internecie ciężko zobaczyć, ale widać wyraźnie z odległości kroku w skali 1:1. (Wyciągniecie mi zaraz Halsa, Mantegę i Caravaggia, ale w eigenfasie epoki oni są poza głównym nurtem, do pominięcia, co widać wyraźnie po 3 godzinach w muzeum). Uproszczenia irytują, bo olej na płótnie zawsze można przemalować i wypracować, chyba że się człowiek spieszy albo nie przykłada wagi do danego elementu. Spójrzmy jednak na putta, pucołowate dzieci okalające święte sceny. Jeśli święci i bogowie mają twarze martwe lub o tylko zasugerowanym wyrazie, artyści prawdziwie wyżywają się na aniołkach. Głowy poodwracane w różne strony, trudne skróty perspektywiczne, rozmaite oświetlenie i przede wszystkim wyrazy buź: błogość, złość, podstępność, wyniosłość, nuda, rozbawienie. To tam właśnie, w peryferyjnym świecie ochroniarzy poza fleszami trwa prawdziwa uczta barokowych rzemieślników pędzla.

Eigenface renesansu i baroku to szata i putto. Nowy renesansowy obraz powinien przedstawiać możliwie dużo draperii i sfałdowanych tkanin otoczonych gromadą amorków w różnych pozach. Można oczywiście umieścić wewnątrz tych tkanin jakieś postacie i najlepiej niech robią coś zrozumiałego, swojskiego. Mogliby siedzieć przy grillu. Ale wizja klasyczności wymaga odpowiedniego rekwizytorium. Może niech coś piją, palą?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!