17 września 2009

O fantastyce skarlałej

[1] Ten tekst umieściłem kilka dni temu na portalu Intergalactic Radio Station. Współtworzę go i zapraszam do poczytania wielu ciekawych materiałów nie tylko o RPG i SF.

[2] Uprzedzam, że artykuł ten zawiera informacje o treści i zakończeniu filmów Raport mniejszości, Equilibrium i Gattaca, choć zapewniam, że zakończenia te są z góry przewidywalne.

iteracja zero

Fantastyka to gatunek, który tylko z pozoru lubuje się w stawianiu trudnych pytań, wybiega w przyszłość, rozważa śmiałe projekty i pokazuje nieznane przyszłe światy. Mam tu rzecz jasna na myśli amerykańską fantastykę filmową, która stanowi pewnie 90% współcześnie konsumowanej fantastyki na świecie. A fantastyka umasowiona milionowymi budżetami siłą rzeczy musi obniżać poprzeczkę. Z drugiej strony fantastyka jest gatunkiem popularnym z definicji i nie ma sensu zrzędzić nad jej pauperyzacją, bo masowość to jej stan naturalny, a raczej warto chwalić kierunek odwrotny, ku gustom bardziej wymagającym, który tu i ówdzie obiera. Zamiast narzekać na Hulka, lepiej cieszyć się, że jest również A.I. Istnieje jednak także pewne "pogranicze mistyfikacji", grupa filmów, które nie tylko udają coś, czym nie są - one szkodzą, sprowadzają problem do banału, ale przede wszystkim są stworzone przez ludzi wychodzących z założeń, po przyjęciu których fantastyka karleje i zamienia się we własne przeciwieństwo – festiwal konserwatyzmu.

iteracja jeden - brak zaufania

Gdzie leży problem? W świecie wartości, a konkretnie w wartościach politycznych, czyli politycznej poprawności. Jednak przeważnie PC rozumie się jako pewien dodatek, śmiesznostkę, drobną modyfikację. Umieszczenie Murzyna i inwalidy jako pobocznych i mało ważnych bohaterów w drużynie. Taki stempelek cenzury. Lecz PC to nie tylko kwiatek u ciepłego i praktycznego kożucha. Impotencja w przekraczaniu barier zamienia się w bojaźń nowego, niemożliwość stworzenia szerszej wizji, zwłaszcza społecznej, a to już przestaje być zabawne i zaczyna mieć bardzo dużo wspólnego z nędzą fantastyki.

Najpierw zmielę Raport mniejszości, film stary, ale ważny i duży. Został bardzo dobrze przyjęty przez widzów i krytyków, uznany za wreszcie znakomitą realizację historii Philipa Dicka po wielu wcześniejszych niewypałach. Podnoszono, że w realizacji brał udział zespół futurologów i innych logów od przewidywania trendów technicznych, urbanistycznych etc. Rozbieżności filmu z tekstem opowiadania wyjaśniono inwencją scenarzysty i regułami adaptacji – co jest oczywiste, film ma swoje prawa. W ich imię przemontowano jednak końcówkę w taki sposób, że z fantastyki robi się zaduszkowata polityka.

Otóż i u Dicka, i u Spielberga tytułowy system „raportu mniejszości” leżący u podstaw prewencji policyjnej – aresztowania przestępców przed popełnieniem zbrodni – działa niezwykle skutecznie, tworząc społeczeństwo niemal pozbawione przestępstw. Nie wdając się w szczegóły, mamy z jednej strony system chroniący miliony obywateli, z drugiej – polityka chroniącego ten system z wielką patriotyczną gorliwością, a z trzeciej – policjanta, który dostał się w tryby maszyny i walcząc o uniewinnienie spod fałszywych zarzutów, jednocześnie postanowił wywalić całą prewencję w cholerę. W wąskim kadrze kamery widzimy konstelację paru ludzi i ich postaw; w szerokim świecie za kamerą, jak nam się sugeruje, żyje wielomilionowe supernowoczesne społeczeństwo przyszłości.

We współczesności metoda na zlikwidowanie przestępstw byłaby jednym z największych osiągnięć cywilizacyjnych. Jak wiele luk i błędów musiałaby zawierać, by z niej zrezygnować na korzyść powrotu do epoki tradycyjnej policji? Jak prymitywny i nieoświecony musiałby być kraj, by nie być w stanie odsunąć skorumpowanych politykierów i wytworzyć mechanizmów korygujących taki system, różnych podwójnie ślepych prób czy zabezpieczeń? Czy w ogóle możliwy jest cywilizacyjny krok w tył, powrót od karabinu do muszkietu, z monarchii do starszyzny plemiennej? U Dicka cała przygoda agenta Andertona w świecie, w którym wyrósł i w który siłą rzeczy wrósł, służy korekcie rzeczywistości i naprawieniu narzędzi systemu. I to się udaje. Spielberg natomiast nie wytrzymuje presji fantastyki. Tworzenie efektownych obrazków latających samochodów i kolorowej akcji w dekoracjach SF idzie mu dobrze, ale pokazywanie, że alternatywne społeczeństwo może być jedną z opcji, a nie dewiacją, zalatuje lewicą, którą Hollywood zwalcza już od pół wieku. Dlatego w filmie od początku czuć spiskowy klimat, agent jest podejrzliwym typkiem, a cała rzeczywistość sprawia wrażenie smutnej, zimnej, nieprawdziwej maski nałożonej na głęboko ukryty trwały rdzeń. System prewencji nie może być strukturalną, immanentną częścią społeczeństwa i jego aparatów – jest liszajem na zdrowym ciele uśpionej chwilowo i czekającej na powtórne przebudzenie demokracji.

Wyjście twórcy (Dicka) z założeń, nazwijmy je, fantastycznych prowadzi do zupełnie innego finału niż start (Spielberga) z pozycji konserwatywnych. W pierwszym przypadku, poprzez zaufanie do pomysłu, że być może istnieją równorzędne, a przynajmniej warte rozpatrywania alternatywne wizje świata, prawa i relacji społecznych, stajemy wobec czegoś rzeczywiście nowego, co otwiera się jako trudny, fascynujący, czekający na zadanie właściwych pytań problem. W drugim, w efekcie apriorycznego odrzucenia każdej alternatywy wobec konserwatywnego status quo, skończymy zawsze pod tą samą spłowiałą łopoczącą amerykańską flagą. Będziemy z góry nieustannie postrzegać wszelkie niewzmacniające zastanego systemu pomysły jako wypaczenia, a całą wizję fantastyczną sprowadzimy do moralnego kwakrowsko-mormońsko-purytańskiego ostrzeżenia przed diabłem nowości. W przypadku Raportu wszystko to jest o tyle paradoksalne, że Dick także był konserwatystą (wypisującym nierzadko polityczne dyrdymały), ale bardziej fantastą.

iteracja dwa - dobry i zły korzeń

W Raporcie mniejszości skraplają się zasadnicze cechy fantastyki podcinającej gardło samej sobie. Inne uwypukla Equilibrium. Ten film został z kolei obwołany nowym Rokiem 1984. Strukturalny wzorzec bajki jest taki sam: siepacz utopijnego systemu doznaje przebudzenia i uderza w splot słoneczny Zła, rozwalając wszystko w drabiazgi i uwalniając ludzi z narzuconego im zaślepienia.

Mimo podobieństw, na czoło wychodzą tu inne elementy niż w Raporcie. Po pierwsze, wizja marazmu czy ślepoty ludzi przypomina sen opisywany przez religie gnostyczne, a idzie to tak: ludzie przybyli z nieba, lecz o tym zapomnieli. Dali się spętać w krainie doczesności i teraz bezwładnie wegetują, a ich dusze na wpół śnią. W Equilibrium motyw ten uwypukla element tłumiących emocje leków, które każdy obowiązkowo zażywa. Przejście na stronę ruchu oporu wiąże się z przebudzeniem, nagłym olśnieniem, tak samo jak w Matriksie. To oznacza, że rzeczywistość nie jest, powiedzmy, trochę skrzywiona i trzeba stopniowo rozsupłać węzły korupcji czy zbrodni jak w kryminałach – takie przebudzenie (pomijając chorobę psychiczną) możliwe jest tylko w przypadku świata do cna sztucznego, stanowiącego jakiś nienaturalny konstrukt nałożony na… właśnie, na co? Skoro można się przebudzić z fałszu, co jest tą podskórną, prawdziwą rzeczywistością? Albo inaczej – jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak przebudzenie, to znaczy, że jest coś, co ma status jedynoprawdy: unikalnego, dobrego dla człowieka świata. Po pokonaniu kolejnych stopni wtajemniczenia – dokładnie jak u gnostyków – bohater ściera się z Wielkim Bratem i go zabija. W ostatniej scenie widać rebeliantów wybiegających z radosnym rewolucyjnym krzykiem na ulice. „Hura, znowu można zabijać!” – podsumował ją Max Smirnov. Otóż gdy założymy, że istnieje zdrowy korzeń (a konkretnie atlantycka demokracja oparta na prawie przemocy), wszystko inne będzie ułomne, a każdy projekt społeczny podejrzany – im śmielszy i odleglejszy, tym bardziej. Nawet, a może zwłaszcza taki, gdzie nie ma wojen, gdzie wyeliminowano przemoc ze wszystkimi tego gigantycznymi konsekwencjami, którym tu poświęcono może dziesięć sekund refleksji. Przy przyjęciu strategii podejrzewania, każda fantastyka społeczna, czyli ta najciekawsza, zamienia się w fantastykę demaskującą i wskazującą palcem Zło jak w osiemnastowiecznych moralitetach amerykańskich protestantów.

To z pozoru niewinne wskazanie palcem Złego jest kolejnym pętającym myśl elementem. I Equilibrium, i Raport go zawierają. Ponieważ aby dowieść sztuczności projektu społecznego, trzeba pokazać, że powstał on za sprawą knowań. W ortodoksyjnym chrześcijaństwie za całe zło w świecie, a nawet dopiero w głowie, odpowiada jeden Kusiciel, Niszczyciel, Pan Much. I tak jest też tutaj: zagadka wydaje się zawikłana, póki bohater, po przebudzeniu, nie dojrzy prawdy, a prawda, jak to prawda konserwatystów, musi być prosta jak cios noża. I skrapla się w jednym wskazaniu: to on zawinił. Tu jest Stary Rogalec. Oto sworzeń i splot Zła. W końcowych sekwencjach słyszymy jeszcze przeważnie ostatnią przemowę Kusiciela, który w fabule filmu jest VIP-em, trzyma całą władzę lub przynajmniej jej istotną część. Są jakieś wyjaśnienia, próby obrony, lecz niezłomny bohater bez wahania rozcina węzeł, maska opada, świat się uwalnia i wraca do naturalnego stanu zdrowego korzenia.

Skomplikowane sploty zależności, zawikłane interesy, relatywne wartości, elastyczne postawy, wszystko to, co tworzy naprawdę ciekawe historie, w „fantastyce udającej” nie ma miejsca. Oświetlanie odcieni czy odkrywanie, że prawd może być wiele, to sedno wartościowego i śmiałego projektu społecznego, a więc dobrej fantastyki. To zarazem jakości niemożliwe, jeśli jakakolwiek alternatywa z góry budzi nieufność twórcy, który chce ukazać jasno zdefiniowanego Wroga. Co więcej, ubliżające intelektowi prostactwo systemów wartości takich światów jest śmieszne w zestawieniu z próbą pokazania ich jako skądinąd bardzo skomplikowanych – to błąd proporcji. Zatrudniamy setkę futurologów, żeby przewidzieć przyszłe ekrany komputerów, transport i meble, jednocześnie prezentując cały układ polityczny i wspierający go system wartości jako możliwy do roztrzaskania jednym szybkim ruchem! Jeśli chcemy mieć idącą w detal wiarygodność, pokażmy obok gadżetów relatywizm moralny i złożone powiązania między mającymi różne interesy ludźmi. Jeśli uznajemy, że mówimy umownymi symbolami rodem z baśni Andersena, zróbmy film tak, jak Lars Von Trier zrobił Manderley – kredą na drewnianych deskach.

iteracja trzy - granica fantastyczna

Gattaca popełnia kolejne wykroczenie przeciw fantastyce. Tu zmagać się będę z największym gigantem, bo o ile Raport mniejszości i – zwłaszcza – Equilibrium to mimo wszystko fantastyka akcji, o tyle Gattaca uchodzi za dzieło stricte intelektualne i głębokie. Nie ma tu strzelanin, nie ma pościgów (to zresztą dość emblematyczne, że wystarczy nie zawrzeć w filmie SF wybuchów, by przyciągał uwagę jako inny, głębszy). Jest za to usztywnione społeczeństwo zimnych doskonałych urzędników, przypominające Brazil Gilliama, z których prawie wszyscy, poza m.in. głównym bohaterem, zostali genetycznie udoskonaleni.

Wracam tu do błędu proporcji: jeśli chcemy pokazać coś umownie, metaforycznie, to pokażmy za pomocą metaforycznych środków. W Brazil ewidentnie widać tę umowę z widzem – to fantastyka kreślona grubymi krechami rodem z teatru, malowana przesadą, parodią, sprajem na murze i złomem udającym hi-techowe gadżety. A Gattaca nie. Tu wszystko dzieje się na serio. Wnętrza, auta, zachowania ludzi, nawet ich ubrania są drobiazgowo zaprojektowane i podane w poważnej tonacji, podczas gdy cały projekt społeczny stojący za przedstawionym światem genetycznej idealności roi się od bzdur i uproszczeń. To tak, jakby w celu nakreślenia na kawiarnianej serwetce trasy z dworca do hotelu, zacząć cyzelować wszystkie mijane ławki, znaki i kosze na śmieci. Jeśli chodzi o prosty – prostacki – morał związany z dyskryminowaniem bliźniego, nie ma sensu ubierać go w skrupulatnie zaprojektowaną retroarchitekturę i efekty specjalne. Inaczej zrobi się z tego kicz: formalna przesada niosąca treściowy banał.

Co to za banał? Refren pojawiający się od zarania literatury amerykańskiej, mianowicie historia o tym, że każdy zasługuje na swoją szansę niezależnie od „koloru skóry”. Kolor skóry piszę w cudzysłowie, można tu wrzucić cokolwiek. Bo i fabuła jest jakakolwiek – wcale nie potrzeba do niej fantastyki, żeby sprawnie działała. Wystarczy wrzucić Żyda ukrywającego się w nazistowskich Niemczech pod fałszywą tożsamością, który zdobywa kolejne laury (kojarzycie film?, ksiażkę?). Poza tym mamy tu amerykański mit self-made-mana rozwijany od XVIII wieku: jeśli będziesz bardzo, bardzo chciał, wszystko ci się uda, nawet jeśli jesteś Murzynem, Żydem czy genetycznym niedorozwojem. I tyle. W tym filmie nie ma nic więcej. Na tych kilku wytartych do przezroczystości kliszach kończy się jego horyzont intelektualny, zademonstrowany projekt społeczny jest równie prymitywny.

I znów polityczna poprawność nie pozwala zadać autentycznych pytań, ponieważ tchórzliwy reżyser nie podołał zadaniu przekroczenia „granicy fantastycznej” (oto powołuję ten termin i oddaję w używanie), to jest wyobrażeniu sobie świata opartego na innym systemie wartości, który może być rozpatrywany jako równorzędny naszemu, z szacunkiem lub przynajmniej zaufaniem. Świat Gattaki jest z góry założony jako zły, pisany i filmowany z tezą. Nikt nie zadaje na przykład pytania o moralne prawo rodziców dziecka do genetycznego niemodyfikowania go przeciw chorobom, jeśli taka technologia jest dostępna. To przypomina toczącą się (na szczęście nie w Polsce) walkę z przeciwnikami przetaczania krwi lub szczepienia dzieci. Z wielu punktów widzenia nieprzyjęcie oferty medycznej na niekorzyść własnego dziecka to poważny problem moralny (w filmie poświęcono mu ze dwa zdania), a decydujących się na to (w imię dziwacznej „religii” naturalnego poczęcia) rodziców z wielu punktów widzenia można by nazwać sfanatyzowanymi zwyrodnialcami. I to pierwszy z mnóstwa problemów, które rodzi świat Gattaki, lecz które nigdy nie zostaną należycie przerobione, ponieważ zamiast rozwijania fantastycznej wizji, stworzono XVIII-wieczną historię self-made-mana w nowych dekoracjach; w niefantastycznych przepadłby zresztą z kretesem. No dobra, powiecie, to po prostu biedny film. To prawda – ale właśnie on uchodzi za dzieło intelektualne, głębokie i ważkie dla gatunku. Właśnie takie zamaskowane, udające coś, czym nie są, pompatyczne gnioty pracują, i słusznie, na antyrenomę współczesnego kina SF.

iteracja cztery

I ciszej nad tą trumną!

(Do zobaczenia w kinie i na portalu Intergalactic Radio Station).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!