18 lipca 2009

Nadejście roślin

... czyli dlaczego biomasa pochłania beton

W świetle poranka nad laguną zawisło niezwykłe, żałobne piękno: ponure, zielonoczarne liście skrzypów i paproci, intruzów z tria­sowej przeszłości, i na wpół zatopione dwudziestowiecz­ne gmachy o białych ścianach odbijały się razem w ciem­nej tafli wody, jak dwa połączone z sobą światy, zawie­szone gdzieś na rozstaju dróg w czasie.
Mam oko do postrzegania zmian zachodzących powoli, które inni widzą dopiero przez kontrast, więc coś wam pokażę. Jeśli mieszkacie w Europie, wyjdźcie z domu w tych dniach i uważnie przyjrzyjcie się roślinności, która was otacza. Ważne są granice: trawnik-alejka, skwerek-chodnik, pole-murek. Na tych granicach zatrzymuje się roślinność, schludniej czy swobodniej potraktowana kosiarką. Do tego przynajmniej przywykliśmy, nie zwracamy uwagi na jakieś przydrożne zielsko. Tymczasem granice się upłynniają. Tu i ówdzie zobaczycie jęzory zieleni wpełzające na szary beton, ciemne zwarte plamy niepodobne do przypadkowych kęp, jakie każdy kojarzy z przydrożną roślinnością. Mam je na zdjęciach. Widać je, gdy człowiek wie, na co patrzeć.


Roślinna masa narasta także od góry w postaci amorficznych ciemnozielonych nawisów, ciężkich polipów organicznej materii. Pełźnie w górę po płotach, latarniach, ścianach domów, już nie jako estetyczne bluszczowe odrośla czy dzika róża pachnąca na wiosnę, ale skotłowana wielogatunkowa substancja zielona. Odpowiada mi to bardzo, bo jako człowiek betonu nie umiałem nigdy czytać tych biologicznych układów, które proponuje nam miejska natura. Zielone zawsze było dla mnie zielonym, biomasą, i teraz przyroda sama się zlewa do postaci tej biomasy, jakby odłożyła na bok ewolucyjne międzygatunkowe animozje i połączyła się w wielkim wspólnym wysiłku poszerzenia własnej megaprzestrzeni ekologicznej. Wszyte między pnącza, uczepione ekranów przeciwhałasowych przy krakowskiej Kapelance, są np. gałęzie (?) jarzębin. Mnóstwo gatunków jak jeden symbiont oblewa kanciaste szczyty murów i ogrodzeń, tylko sugerując ich kontury zwartym organicznym dywanem wypukłości i wklęsłości.

Zwyczajne drzewa, które mijamy każdego dnia, pochylają się w tym roku mocniej do ziemi pod ciężarem liści nabrzmiałych płynami jak owocowe kiście. Trawa na łące, na której strzelam z łuku, w ciągu dwóch dni wystrzeliła z suchej gleby, kryjąc hektary wzgórz fosforyzującym żółtawo w słońcu kożuchem. Pamiętam, że gdy zamieszkałem na skraju lasu, zdziwiły mnie dymy unoszące się w dali, na zboczach, pomiędzy sosnami i olchami, kolumny półprzejrzystej bieli. Kilka lat temu nie byłoby wątpliwości: coś tam się pali. Dziś wiem, że to wilgoć perspirująca z miliardów liści tworzy mglistą zasłonę. Panorama wzgórza okrytego parującą ścianą lasu równie dobrze mogłaby się zdarzyć w Ameryce Południowej. Z roku na rok o metr dalej, kilogram więcej, dzień szybciej, procent wilgotniej, den gęściej, ton ciemniej. Europa - bardzo powoli - zamienia się w tropik.


Potrzeba by co najmniej dwóch dywizji, żeby wykarczować dżunglę tylko w tej jednej lagu­nie. Bodkin powiedział mi dziś rano, że korony nie­których roślin, i to wcale nie zdrewniałych, osiągają już wysokość ponad dwustu stóp. To jeden przeklęty ogród zoologiczny, nic więcej.
Najpotężniej obecnym w kulturze fantazmatem ucieczki od banału życia jest fantazmat podróży, której eschatologicznym celem jest tropikalna wyspa. Palmy, plaża, hamak, drinki i chaty z trzciny. Miliony umysłów zlasowanych telefonami, raportami, fakturami celują nieświadomościowymi procesami w ten sam kadr z fototapety. Ale rzucić to wszystko i wywalić komórkę do oceanu? - mało kogo na to stać, dosłownie i w przenośni. Można jednak zaprosić tropik do siebie, wyśnić go na granicy świadomości. Odbywa się zmasowana ucieczka biurokratów, recepcjonistów, PR-owców i sprzedawców, ucieczka do środka. Kolektywny umysł Europejczyków tworzy sobie wielką tropikalną wyspę, a przyroda wsłuchuje się w rytmy naszych skrytych snów.
Tam gdzie szlam sięgał ponad powierzchnię wody, w płonące, matowozielone niebo wystrzelały ogrom­ne lasy, dławiące dawne pola zbożowe całej umiar­kowanej strefy klimatycznej Europy i Ameryki Pó­łnocnej. Nieprzebyte gąszcze nowego Mato Grosso, sięgające czasem trzystu stóp wysokości, utworzyły koszmarny świat rywalizujących ze sobą form orga­nicznych, powracających raptownie do swojej paleozoicznej przeszłości.

Cytaty z: Zatopiony świat, J.G. Ballard

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!