23 lipca 2009

Miłość morderców

... czyli - ukazała się moja książka

Od dzisiaj w księgarniach można kupić moją książkę Miłość morderców. Ukazała się nakładem Znaku w serii Proza. Jest więc to rzut na głęboką wodę i w sąsiedztwo bardzo zobowiązujących nazwisk.

Na stronie internetowej wydawnictwa można ją kupić w promocyjnej cenie 26 zł. Jest także wywiad ze mną (zmiksowany do postaci monologu). Tytułowe opowiadanie można odsłuchać w wersji audio w ekspresyjnym i efektownym wykonaniu Wiktora Logi-Skarczewskiego. Ponadto Blask, drugie opowiadanie z tomu do przeczytania z monitora. Jak widzicie, prawdziwy atak prezentów.

W najbliższych dniach, brutalnie zmuszony przez wierchuszkę wydawnictwa, będę udzielał wywiadów dla prasy i radia. Powiedziano mi, że nawet Davies i Szymborska się promują, więc ja też muszę. Jeśli będziecie mieć pecha, traficie na któryś wywiad przy porannej kawie. Za szkody odpowiada Znak.

To chyba tyle autopromocji. Wiem, że wydawanie książek budzi różne pytania. Piszcie więc maile. Dla was zabawa, a we mnie urośnie nadzieja, że ludzie się interesują i może nakład się sprzeda.

Salut!

PS Książka ma tagline "Radioaktywny debiut". Nie miałem z tym nic wspólnego, sami to wymyślili, naprawdę.

Projekt okładki: Kasia Borkowska

18 lipca 2009

Nadejście roślin

... czyli dlaczego biomasa pochłania beton

W świetle poranka nad laguną zawisło niezwykłe, żałobne piękno: ponure, zielonoczarne liście skrzypów i paproci, intruzów z tria­sowej przeszłości, i na wpół zatopione dwudziestowiecz­ne gmachy o białych ścianach odbijały się razem w ciem­nej tafli wody, jak dwa połączone z sobą światy, zawie­szone gdzieś na rozstaju dróg w czasie.
Mam oko do postrzegania zmian zachodzących powoli, które inni widzą dopiero przez kontrast, więc coś wam pokażę. Jeśli mieszkacie w Europie, wyjdźcie z domu w tych dniach i uważnie przyjrzyjcie się roślinności, która was otacza. Ważne są granice: trawnik-alejka, skwerek-chodnik, pole-murek. Na tych granicach zatrzymuje się roślinność, schludniej czy swobodniej potraktowana kosiarką. Do tego przynajmniej przywykliśmy, nie zwracamy uwagi na jakieś przydrożne zielsko. Tymczasem granice się upłynniają. Tu i ówdzie zobaczycie jęzory zieleni wpełzające na szary beton, ciemne zwarte plamy niepodobne do przypadkowych kęp, jakie każdy kojarzy z przydrożną roślinnością. Mam je na zdjęciach. Widać je, gdy człowiek wie, na co patrzeć.


Roślinna masa narasta także od góry w postaci amorficznych ciemnozielonych nawisów, ciężkich polipów organicznej materii. Pełźnie w górę po płotach, latarniach, ścianach domów, już nie jako estetyczne bluszczowe odrośla czy dzika róża pachnąca na wiosnę, ale skotłowana wielogatunkowa substancja zielona. Odpowiada mi to bardzo, bo jako człowiek betonu nie umiałem nigdy czytać tych biologicznych układów, które proponuje nam miejska natura. Zielone zawsze było dla mnie zielonym, biomasą, i teraz przyroda sama się zlewa do postaci tej biomasy, jakby odłożyła na bok ewolucyjne międzygatunkowe animozje i połączyła się w wielkim wspólnym wysiłku poszerzenia własnej megaprzestrzeni ekologicznej. Wszyte między pnącza, uczepione ekranów przeciwhałasowych przy krakowskiej Kapelance, są np. gałęzie (?) jarzębin. Mnóstwo gatunków jak jeden symbiont oblewa kanciaste szczyty murów i ogrodzeń, tylko sugerując ich kontury zwartym organicznym dywanem wypukłości i wklęsłości.

Zwyczajne drzewa, które mijamy każdego dnia, pochylają się w tym roku mocniej do ziemi pod ciężarem liści nabrzmiałych płynami jak owocowe kiście. Trawa na łące, na której strzelam z łuku, w ciągu dwóch dni wystrzeliła z suchej gleby, kryjąc hektary wzgórz fosforyzującym żółtawo w słońcu kożuchem. Pamiętam, że gdy zamieszkałem na skraju lasu, zdziwiły mnie dymy unoszące się w dali, na zboczach, pomiędzy sosnami i olchami, kolumny półprzejrzystej bieli. Kilka lat temu nie byłoby wątpliwości: coś tam się pali. Dziś wiem, że to wilgoć perspirująca z miliardów liści tworzy mglistą zasłonę. Panorama wzgórza okrytego parującą ścianą lasu równie dobrze mogłaby się zdarzyć w Ameryce Południowej. Z roku na rok o metr dalej, kilogram więcej, dzień szybciej, procent wilgotniej, den gęściej, ton ciemniej. Europa - bardzo powoli - zamienia się w tropik.


Potrzeba by co najmniej dwóch dywizji, żeby wykarczować dżunglę tylko w tej jednej lagu­nie. Bodkin powiedział mi dziś rano, że korony nie­których roślin, i to wcale nie zdrewniałych, osiągają już wysokość ponad dwustu stóp. To jeden przeklęty ogród zoologiczny, nic więcej.
Najpotężniej obecnym w kulturze fantazmatem ucieczki od banału życia jest fantazmat podróży, której eschatologicznym celem jest tropikalna wyspa. Palmy, plaża, hamak, drinki i chaty z trzciny. Miliony umysłów zlasowanych telefonami, raportami, fakturami celują nieświadomościowymi procesami w ten sam kadr z fototapety. Ale rzucić to wszystko i wywalić komórkę do oceanu? - mało kogo na to stać, dosłownie i w przenośni. Można jednak zaprosić tropik do siebie, wyśnić go na granicy świadomości. Odbywa się zmasowana ucieczka biurokratów, recepcjonistów, PR-owców i sprzedawców, ucieczka do środka. Kolektywny umysł Europejczyków tworzy sobie wielką tropikalną wyspę, a przyroda wsłuchuje się w rytmy naszych skrytych snów.
Tam gdzie szlam sięgał ponad powierzchnię wody, w płonące, matowozielone niebo wystrzelały ogrom­ne lasy, dławiące dawne pola zbożowe całej umiar­kowanej strefy klimatycznej Europy i Ameryki Pó­łnocnej. Nieprzebyte gąszcze nowego Mato Grosso, sięgające czasem trzystu stóp wysokości, utworzyły koszmarny świat rywalizujących ze sobą form orga­nicznych, powracających raptownie do swojej paleozoicznej przeszłości.

Cytaty z: Zatopiony świat, J.G. Ballard

7 lipca 2009

Okrutna śmierć maszyn

... czyli DVD ostatniej szansy

Pamiętam swoje zaskoczenie przed bardzo wielu laty przy filmie o marynarzach w łodzi podwodnej (chyba). Do mnóstwa problemów, z których nie najmniej ważnym były wybuchające wokół bomby, dołączyło przegrzanie silnika. Kapitan wydał więc mechanikom polecenie: polewać wodą! Wiadra poszły w ruch, a na okręcie czego jak czego, ale wody nie brakuje. Co więc w tym wszystkim takie osobliwe? Ano to, że poważna złożona maszyneria okazała się tak podatna na najbardziej oczywiste, znane z codzienności manipulacje: ciepłe + zimna woda = schładzanie, i nie ma tu żadnych technoczarów.


Chciałoby się, żeby dzisiejszy świat techniczny działał w ramach tej samej poetyki. Czasem działa, zwłaszcza przy instalacjach dużych a starych (kanalizacja, CO, pralka, używane auto). Wszędzie jednak wkraczają procesory, scalaki. Nie mówię, że to źle, jednak jest w tym coś nieeleganckiego, że czip się po prostu przepala (czy co też mu się tam dzieje) i trzeba go wymienić w całości, co zwykle jest wyrokiem śmierci dla całego urządzenia wraz ze sprawną obudową, klawiaturą, ekranem itp. Nie ma elementu pośredniego, jest nieludzkie zimne plus-minus, jeden-zero. Nie można zrobić jak z tym polewanym silnikiem: nie zadziała już żadne podwiązanie drutem, oklejenie taśmą. Urządzenia nie zdychają powoli, reanimowane, podupadające, tracące osiągi aż do ostatecznej śmierci - one się po prostu pstryk! psują.

Dlatego ludzie tak lubią opowiadać sobie historie człowieczo reagującego sprzętu. Wciąganie kasety magnetofonowej było definicją tego, o czym mówię: nie tylko stopniowe psucie, hałasy i stukoty, lecz i zwierzęcy głód, pożeranie. W świecie komputerów styk elektroniki i mechaniki to zwłaszcza nagrywarki CD/DVD, które jako bodaj ostatnie używane w komputerach urządzenia potrafią wciąż się starzeć, a przynajmniej odstawiać różne cyrki przed śmiercią: wydają piękne odgłosy i chrupoty, arytmicznie zwalniają i przyspieszają, ponoć (czy to legenda miejska?) potrafią nawet, operując w agonii rozszalałym laserem, doprowadzić do pęknięcia płyty. Na antypodach takich zachowań leży słynny windowsowy blue screen of death, nagłe zawieszenie systemu niedające żadnych szans, już to pod względem technicznym, już to dla ludzkiej narracji o świecie, który nas otacza, a w którym obecnie nawet silniki w samochodach symbolicznie laminuje się, uszczelnia, lakuje, żeby przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy polewać ich wodą. Podobno producenci sprzętu technicznego specjalnie opóźniają reakcje swoich tworów, dodają im miękkości gestów czy jakiejś gradacji prędkości poruszeń (które mogłyby wykonywać natychmiast, z bezlitosną precyzją i szybkością jak widywane na Discovery maszyny w fabrykach samochodów), a wszystko po to, aby człowiek nie czuł się z nimi obco czy wręcz - by się ich nie bał. Oto moja dodatkowa prośba: jeśli się mają zepsuć, niech nie psują się pstryk!, ale przeżywają agonię, spadek formy, grzanie, deregulację - niech dają się polewać z wiadra.