29 maja 2009

PRL w Almie

... czyli emocje w puszkach

Z pozoru Alma to zwykły market samoobsługowy dla klasy średniej, w którym wszystko jest nowoczesne, trochę droższe i można dostać zestaw do sushi. Ale to nie jest zwykły sklep. Przyjrzyjcie się uważnie: to wehikuł czasu. I wbrew pozorom nie podróżujemy nim ku przyszłości polskiego handlu - on nas przenosi ćwierć wieku wstecz.

Lejtmotywem obecnym w rozmowach pokolenia rodziców jest westchnienie o przemianach dostępności dóbr. "Kiedyś dzieci bawiły się papierową łódeczką w kałuży, a klocki Lego w Peweksie kosztowały cztery pensje. A teraz wszystko jest". Pamiętający braki PRL-u człowiek wpada w nadmiary kapitalizmu. Dziewczynka z zapałkami też pewnie nie bardzo by się umiała odnaleźć, gdyby faktycznie wpuszczono ją na jedno z przyjęć, które widziała tylko przez szybę.

Ale zostawmy pokolenie rodziców, które wolało widzieć na pół pustą szklankę, natomiast pokolenie dzieci, jak to dzieci, częściej widziało ją w połowie pełną. W krainie butów relaks i lemoniady w woreczkach banalne dziś i nawet denerwujące opakowania natychmiast stawały się celem zbierackim. Chyba każdego to trafiło na jakimś etapie dzieciństwa, o ile dzieciństwo to zbiegło się z późnokomunistyczną Polską. Ja zbierałem pudełka po papierosach i puszki, lecz kolega mający autentycznego wujka z RFN-u całkowicie mnie na tym polu deklasował, więc w końcu sfrustrowany odpuściłem, by stać się królem kartonów po napojach. Litrowych. To była dosłownie wielka kolekcja, póki w resztkach soków nie zalęgły się robaki. I nie chodziło nawet o to, że te towary były za drogie, by je kupić - dla dziecka cena nie jest taka ważna - przyciągała raczej ich dziwność, tchnienie innej kultury, innego systemu ekonomicznego i symbolicznego, które musiało za nimi stać, co było widać na pierwszy rzut oka w takiej np. paczce po Benson & Hedgesach, perle w koronie mej kolekcji, zupełnie innej niż to, co było widać w sklepach. Wszystko to działo się w atmosferze egzotyczności i niedostępności odebranej nam dziś przez wszystkodające hipermarkety.

Lecz nie do końca odebranej. Wystarczy przekroczyć progi maszyny czasu. Alma oddaje nam emocje z dzieciństwa. Hipermarketowe "wszystko" ma swoje granice i ramy, które rzeczy z Almy tu i ówdzie rozsadzają. Dziś nie wypada nam się dziwić na widok picia w puszce - lepiej odgrywać rolę zblazowanego światowca - lecz powołaniem etnologa jest dziwić się mimo zagrożenia obciachem. I oto powraca dziwność rzeczy. Mamy setki rodzajów wód mineralnych, ale widział kto wodę w kanciastej szklanej butelce jak na szampon? Są w innych sklepach niezliczone ilości czekolad - a czy któraś zawiera wkruszone niebieskie kwiatki? Mówi się o mięsie ze strusia, lecz widział je ktoś na półce? Skąd pomysł, żeby normalne kartofle pakować w foliowe worki, opatrywać nazwą marki i sprzedawać w dwóch różnych gatunkach, skoro dla nas świadectwem wysublimowania danego sklepu bywa co najwyżej żółta plastikowa siateczka z odmierzonym kilogramem? Wreszcie mój faworyt, faworyt dziecka mającego traumę puszkową: niby puszka z napojem, lecz już transpuszka, puszka-niepuszka, plastikowo-metalowa hybryda z otwarciem jak przy normalnej puszce osadzonym na półprzezroczystym kolorowym zasobniku z tworzywa! Wracają dziwolągi z dalekich krain, nieznane przedmioty (których niekiedy się nie kupuje nie z braku zasobów materialnych, ale kulturowych - bo człowiek nie bardzo wie, jak miałby z nimi postąpić, kiedy zjeść, czym popić). Egzotyczne marki, zazdrościogenne towary wyprzedzających nas kultur - co widać na pierwszy rzut oka po efektownie minimalnym dizajnie opakowań, który dotrze tu dopiero za rok lub dwa, albo podejściu do konsumpcji pewnych rzeczy opartym na innych, dziwnych założeniach (ekologiczna kawa). Leżą sobie jak gdyby nigdy nic na półkach między normalnymi towarami, a my przeczuwamy, że w innym świecie, z którego przyjechały, same są pewnie normalne. I znowu jest jak w Peweksie, jak w dziecięcej pamięci.

14 maja 2009

Krasnale na froncie

... czyli jak my, Niemcy, chronimy się przed chaosem

Niedawno w facebookowym quizie okazało się, że moja prawdziwa wewnętrzna narodowość wcale nie jest polska (co już od lat podejrzewałem) - jestem Niemiec. Ich bin ein Berliner, chciałoby się zacytować. Bardzo się ucieszyłem i postanowiłem to tożsamościowe odkrycie uczcić kawałkiem pizzy i lampką wina Kumala w pizzerii Peppez przy Ks. Józefa. Jest ona blisko mnie, a my, Niemcy, nie lubimy łazić po próżnicy. W dodatku pizzeria Peppez to jedno z niewielu miejsc w Krakowie, gdzie można się natknąć na krasnala ogrodowego. Ba, żeby tylko. Rozsiane na posesji wokół budynku imitującego chatę z bali stoją sztuczne żaby i ptaszki, psy i sarny naturalnej wielkości. Po wilgotnych ścianach oczka wodnego pną się ślimaki giganty pod czujnym okiem rodziny plastikowych kaczek. Dla zrównoważenia sielanki, z głębi ogródka, dokąd sięga spojrzenie tylko najwytrwalszych kiczolubów, jedzących obserwują dwie mroczne postacie: pomniejszony Charlie Chaplin z miną zacietrzewionego psychopaty u boku wielkogłowego zakurzonego Szaraka z X-Files.


I tak, między kęsami hawajskiej, zacząłem rozmyślać o instytucji krasnala ogrodowego. Zjawisko to jest tak jaskrawe, że przyciąga wzrok do tego, co najbardziej rzuca się w oczy, a mianowicie do kiczowości. Krasnale są jawną obrazą wszelkiego, nawet seryjnego i fabrycznego poczucia smaku. Ich funkcja estetyczna to w rzeczywistości jakaś głęboka dysfunkcjonalność, co prowadzi do łatwego oskarżenia nas, Niemców, o brak gustu i rozmiłowanie w kosmicznej ohydzie. Oskarżyciele idą jednak linią niskiego oporu, a powinni wzbudzić w sobie wątpliwości, czy krasnal jest (tylko) ozdobą, czy może czymś zupełnie innym. Nikt wszak nie oskarża, powiedzmy, znaku drogowego o to, że jest brzydki. Może krasnal też funkcjonuje inaczej niż się na pierwszy rzut oka zdaje?

Etnolodzy ustalili, że natura jest zagrażającym żywiołem, chaosem, który osacza uporządkowany świat człowieka. Gdy tylko dać jej szansę i wychylić się dalej, niż należy, rozpoczyna inwazję. Odsłonić się złym mocom można nie tylko wkraczając w domenę puszczy, ale też np. przez niedopełnienie reguł codziennego życia. Każdy słyszał o skrzatach sikających do mleka. Wydaje się to humorystyczne. Jednak dla gospodyni skisła breja w wiadrze nie była czymś zabawnym, oznaczała bowiem interwencję złych sił w strefę ładu wskutek zlekceważenia rytuału. Jak widać, granice domu to twierdza pod ciągłym szturmem. Co dopiero jego otoczenie. Trawnik, kompostownik, kępa krzewów - kawałki natury na skolonizowanej ziemi - to wszystko miejsca oswojone, ale takie w pół drogi. Mogą się stać przyczółkiem zła. Kto wie, co się w nich czai. Przecież rytuał można naruszyć nieświadomie, można złamać reguły i o tym nie wiedzieć. Diabły kryją się w cieniu tuż poza zasięgiem wzroku.

A co, gdyby je wyciągnąć z symbolicznej ciemności? Można by je ucieleśnić w plastikowym odlewie i oswoić, rzeźbiąc im dobroduszne rysy. Byłoby tak, jak z zabawkami, które według jakiejś bajki toczą każdej nocy swoje zabawkowe życie, ale zamierają w pół ruchu, gdy spojrzy na nie dziecko. Ogrodowe krasnale to chaos natury wlany w fabryczną formę, znieruchomiały na zawsze. Dzięki temu ogarnięty i zrozumiały. W cieniu nie ma już żadnych straszydeł. "Sąsiedzie, jakież to skrzaty ci krowę ochwaciły?". "A te, tutaj, proszę spojrzeć". A przecież siła chaosu penetrująca domostwo to nie jest zwykłe uprzykrzenie, to także świadectwo, że gospodarz lub gospodyni czegoś zaniedbali. Naruszyli normy, nie dopełnili rytuału. To w pewnym sensie wyznanie winy.

Niemieckie krasnale nie (tylko) mają zdobić, one są totemami bezpieczeństwa, emblematami kosmicznego porządku i zarazem publiczną spowiedzią. Enkapsulują i unieruchamiają w swojej postaci niewidzialne wsiowe zło. Są jak złodziej podczas manipulacji przy sklepowym zamku osaczony światłem policyjnego szperacza. Być może skandynawskie trole znieruchomiałe przy progu domostw albo inne chochliki z różnych stron świata służą temu samemu. Uświadomieniu sobie, że zło nie mieszka już w krzakach. Że może nigdy go tam nie było. Ma lepsze miejsca.

Zdjęcie: Papież ogrodowy, Peter Fuss za portalem Bankier.pl.