26 kwietnia 2009

Miasto porzuconych rowerów

... czyli jedno mgnienie dziwności

Istnieje pewien niewytłumaczalny fenomen, który zaobserwowałem jedynie w Krakowie, lecz może nie nastawiałem się na odbiór właściwych fal w innych miastach. Chodzi o porzucone rowery.

W centrum miasta od Kazimierza po Aleje stoi ich co najmniej kilkanaście. Z daleka wyglądają zwyczajnie - jak przypięte na chwilę pod nieobecność pana. Wprawne oko widzi jednak od razu, że coś nie gra. Brak refleksów światła na lakierze: pokrywa go warstwa skamieniałego pyłu. Nienaturalna pozycja przy latarni, bo w czasie miesięcy od porzucenia rower osunął się jak nieprzytomny pijak. Zwłaszcza zaś defekty w geometrii i budowie - porwane siodełko, wyłamane manetki, a przede wszystkim koła wygięte w ósemki, lejące się po betonie jak na obrazie Salvadora Dali.


Porzucone rowery są przypięte linką, rzadziej U-Lockiem, i stoją na uwięzi tygodniami, miesiącami, nawet latami. Popadają w coraz większą dewastację i jak wszystkie opuszczone przez człowieka produkty techniki, zamieniają się stopniowo w element natury. Należą do różnych gatunków: są wśród nich górale i składaki, lecz głównie różne modele starych rowerów miejskich. Czekają na właściciela, a raczej służbę miejską z nożycami. Być może tkwią w prawnej luce: posiadacz już nigdy nie przyjdzie; policjant nie ma prawa ruszyć. Zresztą zwykle jednak w jakimś momencie swego półtrwania znikają, nie wiem, czy w worku złodzieja, czy na pace śmieciarki. A może ostatecznie wchłania je beton, rozpuszcza deszcz.

Porzucone rowery są fascynującym fenomenem z tego powodu, że nie ma dobrego wyjaśnienia, skąd się biorą. Każda hipoteza jest połowiczna, każda trochę niedorzeczna. Może być np. opcja imprezy: człowiek przyjeżdża na rowerze na imprezę, ostro pije, nad ranem jakoś czołga się do domu i gdy się budzi następnego dnia, uznaje, że już nie ma po co wracać po rower. Może dlatego, że był stary i nic niewarty. Jednak często chodzi o całkiem elegancki sprzęt, którym po naoliwieniu można by jeszcze zadać szyku. Zresztą imprezowicz na pewno mieszka w mieście (ludzie z zewnątrz raczej nie zabierają rowerów), pewnie przejeżdża czy przechodzi czasem obok swojej maszyny - wszak stoi ona w centrum - naprawdę nie spojrzałby w jej stronę, nie odpiął, nie zabrał?

Inna opcja to przewlekły parking. Człowiek nie ma w domu miejsca na rower, więc trzyma go pod kamienicą. Jednak wbrew planom brak mu czasu, siły albo ochoty, by na nim jeździć. Rower nie jest więc porzucony, tylko nieużywany. Nie chce mi się jednak wierzyć, że ktoś dzień po dniu ogląda postępy korozji i nic z tym nie robi. Jest więc kolejne wyjaśnienie: właściciel przypiął rower i zmarł. Gdy sam dawno zamienił się w proch, jego rower czeka wiernie jak pies Dżok. Może. Jednak niekiedy rowery są porzucone parami jak na zdjęciu. Można mnożyć hipotezy: wyobrażać sobie masowe zatrucia i wypadki samochodowe, ale brzytwa Ockhama zaczyna wtedy nieprzyjemnie drapać po gardle. Jeszcze jedno wyjaśnienie to opcja wysypiskowa. Człowiekowi nie chce się wywozić sprzętu na złom, stawia go więc gdzieś w mieście, jak niektórzy zwyrodnialcy zostawiają psy w lesie przywiązane smyczą do pnia drzewa. Po cóż go jednak wtedy przypinać? Rower nie wróci ze skomleniem pod drzwi. Nie lepiej po prostu oprzeć o ścianę? Miejskie sępy szybko zutylizują padlinę.


Jest jeszcze jedna opcja, także trochę niedorzeczna, która mi osobiście najbardziej się podoba. Wyobraźmy sobie, że człowiek przypina rower i, powiedzmy, wchodzi do pasażu handlowego. Nagle dostaje jeden z tych zmieniających życie telefonów, że czeka na niego praca w Ekwadorze czy zlecenie w Bahrajnie. Ma minutę na podjęcie decyzji. Jeszcze trzyma w ręku modną koszulę, której nie zdążył przymierzyć, a już dzwoni po taksówkę. Jedzie na lotnisko i po chwili zostaje po nim tylko smuga kompensacyjna na czerwieniejącym niebie oraz kilka niezapłaconych rachunków.

A na porzucony rower dzień za dniem opada krakowski pył.