14 marca 2009

The Syntetic: króluj, błaźnie!

... czyli co można wyssać z The Syntetika

[Jeśli nie masz pojęcia, kim jest The Syntetic, przed przeczytaniem tego posta posłuchaj go. Oto dwa przykładowe kawałki: tutaj i tutaj.]

Parę dni temu poszedłem na koncert The Syntetika. W skrócie: jest to człowiek, który na tle muzyki z lat 80. recytuje niedorzeczne, choć utrzymane w określonej konwencji teksty atonalnym głosem. Jego kasetowe nagrania robione na dwóch Grundigach wyciekły do Internetu w 2000 r. i spowodowały mały kampowy kult. Niedawno „piosenkarz” zaczął koncertować, wszedł we współpracę z DJ-em, doczekał się strony internetowej i wydaje płytę, już nie na taśmie, z okładką wykonaną długopisem, ale na profesjonalnym CD. (Chociaż projekt okładki i tak pewnie będzie długopisem, lecz tym razem powielą go na offsecie).

Chciałbym uciec przed pytaniem, które przy Syntetiku od razu się nasuwa: czy ten człowiek robi sobie jaja (świadomie i z pełnym wyczuciem popkulturowych trendów), czy jest niczego nierozumiejącą ofiarą jakiegoś publicznego szyderstwa. To pytanie raczej do psychologa, a może bliskich przyjaciół Syntetika. Nie poprzestawajmy jednak na nim. Spróbujmy ustalić, co Syntetic mówi nam o jego odbiorcach, o tym małym tłumku, który zbiera się pod sceną, oraz setkach ludzi przed komputerami, którym z kolumienek sączy się Gliniarz z Beverly Hills inkrustowany niedorzeczną paplaniną artysty z GOP-u.

(Uprzedzam zarzut: ta paplanina nie jest oczywiście zupełnie niedorzeczna. Są w niej konsekwentnie i zaskakująco celnie dobrane wątki z określonej, zależnej od utworu konwencji. Splecione zostają w coś, co przypomina, dajmy na to, opowieść epicką albo historię fantasy, ale tylko przypomina. W rzeczywistości nie ma w tym sensu poza naśladowaniem dekoracji, jest puste. Tak jak pusty, choć w inny sposób, jest tekst o sępie miłości Ich Trojga. Dlatego na potrzeby eseju będę mówił o paplaninie.)

I tak, najpierw warto wyjaśnić fenomen braku umiejętności piosenkarskich. Dlaczego ludzie słuchają tego atonalnego beczenia? Może dlatego, że Syntetic jest celebrytą. Podobnie jak Paris Hilton czy Doda, nie posiada żadnych talentów – a już na pewno nie muzyczne – nie prezentuje żadnej wyraźnej opcji, nie ma konkretnego zdania na żaden temat. Z wywiadu dla „Lampy” redakcja usunęła co bardziej groteskowe wypowiedzi o polityce czy sprawach świata (informując czytelników, że to dla jego dobra), które były, jak sądzę, mutatis mutandis odpowiednikiem pustych zdań miss USA wypowiadającej się o problemie głodu na świecie.

Oczywiście głód na świecie to problem uniwersalny, przez co łatwo można go sprowadzić do wytartego ze znaczeń banału, a gonitwa myśli Syntetika w wywiadzie to wytwór szczególny, lecz podobnie pozbawiony znaczeń, gdyż zwyczajnie niezrozumiały. I tu pojawia się drugi trop: Syntetic parodiuje, jest celebrytą, ale odwróconym. Zamiast gładkiego wylizania oferuje obsceniczną chropowatość. Gdy jakiś boysband udaje zawodowców i realizuje precyzyjną choreografię zgodną z tym, czego ludzie spodziewają się zobaczyć na oświetlonych kolorowymi reflektorami scenach, wielki nieporadny Syntetic kolebie się obciachowo i przestępuje – nawet nie do taktu – z nogi na nogę. Gdy za kulisami nad sukienką gwiazdki uwija się gromada dizajnerów i krawców, Syntetic podczas koncertu odwraca się tylko na chwilę, po czym otwarcie na scenie wyciąga z szeleszczących reklamówek kolejne peruki i marynarki z second handu, czepki, okulary oraz błazeńskie krawaty. Przebiera się na oczach publiczności, świecąc bladym tyłkiem znad krawędzi opadających portek: z kulis robi sobie scenę. Nie korzysta z generowanych przez ghostwriterów piosenek – samodzielnie kleci za pomocą dwóch kaseciaków swoje nuty, obmyśla absurdalne połączenia słów. Dawniej robił też okładki w sposób doskonale odwrotny od okołocelebryckiej masowej produkcji: każdą z osobna mozolnie cyzelował długopisem jak pięciolatek, wycinał i wkładał do opakowania kasety. Nawet data wydania pierwszego CD jest znamienna: to 1 kwietnia 2009, święto dowcipu. Można więc rzec, że Syntetic jest antycelebrytą, symetryczną stroną paraboli, która tak czy inaczej zmierza do tego samego punktu: stworzenia spektaklu znaczeniowo pustego, czy to przez masywną inżynierię komercyjnych instytucji, czy przez subwersję i (chyba jednak nieświadomą) parodię.

Po trzecie, sposób, w jaki Syntetikowi wyraża się uwielbienie, także jest sposobem parodystycznym. Przed sceną na koncercie roześmiane dziewczyny biły mu błazeńskie pokłony, a jedna tuliła się nawet do niego jak do pożądanego idola. Wszystko na niby, jako część gry, zwrotne mrugnięcie okiem. W średniowiecznym karnawale jedną z kluczowych postaci był błazen przebrany za króla (student za rektora czy klaun za burmistrza), czasem mający nawet realną, choć ograniczoną władzę. Syntetic to właśnie taki król-błazen. Człowiek, który w normalnych okolicznościach byłby nikim, a wręcz kimś gorszym, dziwadłem, odmieńcem, na czas koncertu jest królem, który parodiuje władzę komercyjnych machin wyrzygujących plastikowych idoli. Czy jest jednym z nas, chłopakiem z sąsiedztwa, któremu udało się „wybić”? – nie, ponieważ po koncercie wszyscy wracają do swoich ról: bóg piosenkarz znów staje się niechlujnym, niemodnym typkiem, którego paradny strój, tak efektowny w czasie koncertu/karnawału, nagle staje się nie na miejscu i nikt nie zaprasza go na piwo; po co, przecież wstyd.


Kicz i jego świadoma adoracja, czyli kamp, stały się modne w środowisku młodych inteligentów. Gimnazjalistki uważnie podpatrujące swoich kolegów studentów dostrzegły, że w kampie kryje się znaczący kapitał społeczny i demonstracją niepoważnego uwielbienia dla kogoś w rodzaju Syntetika mogą nabić sobie punktów, być na czasie, sygnalizować, że mogą sobie pozwolić na zachwyt czymś bezsensownym. Stąd te pokłony, stąd w ogóle obecność jakichkolwiek ludzi na koncertach. (Prawda, że niewielu, bo mimo wszystko mamy do czynienia z bardzo specyficzną niszą.) To się po prostu opłaca. Ale i inteligenci, którzy zawsze muszą uciekać do przodu, kiedy masa odbiera im kolejne bastiony, już zaczęli dostrzegać, że Syntetic stał się widoczny i ograbia się go z kampowej wyjątkowości, niszowości. Jego pierwsze koncerty, jego strona internetowa, jego nowa płyta CD i jego opiekuńczy didżej to paradoksalnie początek końca: ludzie, dla których 5–8 lat temu stanowił pieśń niezależności nie zaakceptują tłumku licealistów powtarzających nieporadne refreny dla zbicia społecznego kapitału. A ten tłumek pozostanie wierny tylko dopóty, dopóki nie zorientuje się, że starsi koledzy położyli kreskę na Syntetiku. Pętla się zaciśnie, kult oddryfuje i nie będzie już nikogo, kto chciałby słuchać Syntetika zupełnie bezinteresownie, tak jak słucha się na przykład Dire Straits. Bo przecież nie dlatego słucha się Syntetika. Bo przecież, umówmy się, po dwóch utworach dość mają nawet epiccy wojownicy o mocy wielkiej niczym sanktuarium.

Fot. z koncertu Bartek Głowacki za stroną syntetic.pl. Na trzecim człowiek w czerni skrajnie po lewej u dołu to ja.