18 stycznia 2009

Funkcje śmieci

... czyli o krążeniu po targu z chłamem wciąż trochę po omacku

DOPISEK Z 17 MAJA: Świetna recenzja albumu Andrzeja Kramarza, o którym będzie mowa, znajduje się na stronie Barbarzyńcy i napisała ją sama Weronika Chodacz.

Jeden z doktorów w Instytucie Etnologii, relacjonując bazarowe życie biedoty w pewnym ukraińskim mieście, między inne opisy nędzy wtrącił taką obserwację: „Szmaciarze sprzedają sobie wzajemnie swoje szmaty”. Wtedy widziałem w tym zdaniu tylko zaskakującą otwartość, przebłysk dosadności u przeważnie stonowanego i wycofanego w teorię antropologiczną badacza. Skupiłem się bowiem na uderzających kolokwialnych słówkach „szmaciarze” i „szmaty”. Będąc niedawno pod Halą Targową zrozumiałem odkrywczą moc tej obserwacji – zauważyłem „sprzedają sobie wzajemnie”.

O czym będzie tu mowa? Reprezentując „Barbarzyńcę”, stawiłem się na spotkaniu dyskusyjnym o albumie Andrzeja Kramarza Rzeczy. W skrócie: projekt, efektownie wydany przez MEK, polegał na sfotografowaniu niemal 70 stoisk, ściślej – rozpostartych wprost na ziemi płacht handlarzy pod krakowską Halą Targową wraz z, oczywiście, tytułowymi rzeczami wyłożonymi do sprzedaży. Oto moja glosa do obserwacji Antoniego Bartosza, Dariusza Czaji, Andrzeja Kramarza i Małgorzaty Szczurek. Glosa miała być zwięzła. Może przynajmniej będzie ciekawa.


Rzeczy są popsute, przypadkowe i tandetne. Sens działań handlarzy jest więc nieoczywisty. Zaczynamy szukać nowych rozwiązań i znajdujemy w rzeczach potencjały odpowiadające własnym zainteresowaniom, jakby to były małe lustra. Żywa wystawa (Bartosz), artystyczne objawienia (Kramarz), świadomość śmiertelności (Czaja), relacje posiadającego z posiadanym (Szczurek), pamięć przeszłości (głos z sali), a nawet Auschwitz (g. z s.). Póki co przedmioty są refleksem naszych własnych myślowych odwołań, a w ten sposób nic jednak nie wyjaśniamy, najwyżej dowiadujemy się więcej o prywatnych zainteresowaniach. Chciałoby się jednak dociec, dlaczego ci ludzie to robią? Dlaczego sprzedają chłam? Czaja uważa, że potrzebowaliśmy niefachowca (nieetnologa), by dla nas poszedł i zobaczył, czego etnolog nie spostrzegł. Toniemy jednak w autotelicznych sprzężeniach zwrotnych.

Nasuwa się (nieuświadomiona chyba większości kupujących) hipoteza, że handlarze sprzedają rzeczy, bo nie potrafią wyraźnie oddzielić wartości sentymentalnej od realnej. Sądzą, że to, co było dla nich ważne z powodów autobiograficznych, będzie ważne także dla innego. Może też, zachęceni secesyjnymi kształtami przedmiotów, takich jak niepasujące do niczego klucze czy rączki od młynków do kawy, albo – przeciwnie – nowoczesnymi formami klawiatur i myszek z lat 90., niezbornie usiłują utrafić w modne estetyki lub popyty czasów nowych, na swój naiwny, wzruszająco niecelny sposób przetwarzając podglądnięte tu i ówdzie trendy. Oto wizja handlarza-dzikusa, który za gwóźdź i koralik odda kosz owoców i dzienny połów ryb. Możliwa jest jeszcze taka hipoteza: to oni nas biorą za kupców-dzikusów, którzy oddadzą ryby za gwóźdź, w rzeczywistości są bowiem cwaniakami-Krakusami, którzy wykładają wszystko hurtem, licząc na naiwniaka z portfelem, co to się po ujotowsku zachwyci brudną klamką i dostrzeże w niej… bo to wiadomo co?

Czasem tak pewnie bywa. Lecz naiwnością jest sądzić, że krakowski handlarz, choćby podupadły, nie ma na tyle oleju w głowie, by rozumieć, że jego towary są bezużyteczne, popsute lub niekompletne. Świetnie oddziela sentymenty od rzeczywistości. Niemniej sprzedaży niepasujących do niczego kluczy bez zamków albo popsutych walkmanów nie da się wyjaśnić mieszczańskim nawykiem dopatrywania się, w skrócie, pięknego w brzydkim (poezji w padlinie, harmonii w starej chacie) – handlarze barachłem nie posługują się tą akurat estetyką. To my przypadkowo i nieuświadomienie przypisujemy im jakieś poczucia, których mieć nie mogą. Ale ci ludzie to nie surrealiści. Słowem, nie sprzedają rzeczy dlatego, że wydają im się one piękne (choćby w perwersyjny, kampowy sposób) i chcą z tego piękna zrobić kapitał (choć wielu rozumie, że w ten sposób mogą to i owo zyskać, nadając rzeczy etykietę „antyku”, co zwykle jest groteskowe).


Wychodzi na to, że handlują czymś, co jest bezużyteczne. Już funkcjonaliści wiedzieli jednak, że nic nie jest bezużyteczne, może tylko zmieniać funkcje. Tu docieramy do sedna: nową funkcją rzeczy jest bycie narzędziem relacji małego społeczeństwa handlarzy, a nie wychodzenie poza Grzegórzki do nowego obiegu jako ciekawostki dla bogatych mieszczan. Rzeczy to żetony. Stoiska to obiekty w skomplikowanej sieci relacji. Trwa wewnętrzny obieg podobny do kuli Malinowskiego.

Gdy byłem na placu, dwóch meneli handlowało właśnie czymś w rodzaju silnika od pralki. Jeden proponował drugiemu sprzedaż za 20 zł, objaśniając mętnie zalety towaru. Stanęło na dysze. Chwilę później w obieg poszły okulary – ten, który przed chwilą zarobił, teraz stał się nabywcą. W retoryce symulującej komunikaty reklamowe po swojemu uzasadniali sobie nawzajem korzyści i jakości przedmiotów, które, umówmy się, nie są im do niczego potrzebne. Rzeczy nie funkcjonują jako silnik i okulary, chociaż będąc silnikiem i okularami, sugerują pole semantyczne, z którego można czerpać zasoby do wymiany słownej. Handel śmieciami to handel symulowany. Częścią symulacji handlu jest symulacja obrządków handlowych. Obrządkiem handlowym jest targowanie się, a by się targować, potrzeba argumentów – tu: symulakrów argumentów – więc przydaje się powiedzieć to i owo o mocy silnika, poborze energii itd. W sumie nie o to wszak chodzi. Szmaciarze sprzedają sobie wzajemnie swoje szmaty – i tworzą skomplikowaną sieć społeczną, w której tandeta jest wehikułem i smarem.

I tak zaczynamy rozumieć, dlaczego, gdy wreszcie zapytać o cenę popsutego walkmana, usłyszymy 40 złotych, a nic nieotwierającego klucza – 10 zł, gdy przedmioty takie są po prostu nic nie warte, może litościwą złotówkę czy 50 gr. Parę razy pytałem bowiem o to czy owo i takie właśnie były odpowiedzi: nie tylko niedorzeczne, ale też niwelujące sensowność negocjacji przez wykazywanie od progu złej woli. Bo też kim ja jestem? Kimś bezsensownym, alienem z innego świata, dopasowana do mnie cena też musi być przypadkowa. Oto wyjaśnienie: jesteśmy ludźmi spoza obiegu. Nie istniejemy w pejzażu znaczeń szmaciarzy sprzedających SOBIE WZAJEMNIE swoje szmaty. Paradoksalnie można powiedzieć, że handlarz nic nie uzyska (lub niewiele), sprzedając walkama komuś takiemu jak ty i ja. Nie mieścimy się w jego systemie odniesień i w pewnym sensie mówimy różnymi językami. Chwiejnym pomostem, na którym spotykają się kupujący i sprzedawca, jest pieniądz. Czasem, z rzadka, rzeczywiście dochodzi do transakcji, bo ten i ów restaurator wypatrzy sobie rozbitego aniołka z gipsu czy gałkę od radia do dekoracji knajpy. Wewnętrzny obieg rzeczy-żetonów nie jest bowiem przecież szczelny, a i handlarze muszą z czegoś żyć.

Tyle komentarza. Etnolog się jednak czasem przydaje, a i nie do końca jest tak, że przez życie idziemy ślepi, czekając na fotografa z przebłyskiem intuicji, który otworzy nam oczy. Album jest jednak ładny i pomysłowy.

Zdjęcia: (1) Andrzej Kramarz z albumu Rzeczy, (2) ja z mojego mieszkania.

1 komentarz:

  1. Tak mi się skojarzyło, że do tych rzeczy ze zdjęć Kramarza można by chyba dołożyć ową kompromitację z poprzedniej reaktorowej notki. W końcu ona (kompromitacja) też zapadła się w grząski piasek lamusa i zmieniła swą funkcję (z żywotnej na tę bardziej śmiertelną, ale wszystko OK, to tylko słowo, nie). To, ile warta jest w rzeczywistości dla lepkiego szantażysty już wiemy. Ile warta jest dla odkrywającego ją badacza, a jaka jej wartość wśród znających ją do znudzenia koneserów kryminałów to już co innego.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!