26 stycznia 2009

Bez teorii proszę!

... czyli humaniści kąpią się w boskim świetle, a wszystko jest oczywiste

Łaknienie Wiedzy Czystej o tym, jak jest naprawdę, albo staje się trendem i kondycją ostatnich czasów, albo to tylko w moim wypadku taki motyw pojawia się uporczywie coraz częściej w rozmowach w nieoczekiwanych sytuacjach jak trup wyskakujący z szafy, kiedy wszyscy sądzą, że już dawno po kremacji. Co gorsza, łaknienie to obudziło się w ludziach, którzy przeszli (przechodzą) rygorystyczną szkołę odchwaszczania głowy – studia humanistyczne. Skąd to się bierze? Czy to tylko stan przejściowy, coś jakby moda na radykalno-praktyczno-techniczne poglądy?

I tak B., etnolog, planuje badać harcerzy na obozie. Z góry deklaruje, że ma to być „czysta” monografia, bez żadnej teorii. W jego głosie pobrzmiewa nuta buntu. Chyba chodzi też trochę o obronę (deklaracja bezwarunkowej, programowej wolności od teorii) przez wyprzedzenie ataku (którym byłyby pytania o nazwiska czy literaturę). „No ale jak będą wyglądać twoje badania?” „Po prostu będę zapisywał wszystko tak, jak jest. Jeśli na przykład o siódmej będzie pobudka, to ja zapiszę: ‘o siódmej pobudka’. Jak będzie zbieranie chrustu – zapiszę, że było zbieranie chrustu, poszło tyle osób, zbierali od tej do tej godziny”. „Ale na jakiej zasadzie będziesz wybierał, co jest istotne do zapisania, a co nieistotne? Chyba trzeba by to robić na podstawie teorii”. „Wcale nie, będę zapisywał wszystko jak leci”. Jednak, jak sądzę, B. nie będzie włączał do zapisków np. tego, czy ktoś nosił bluzę od munduru bardziej czy mniej zapiętą albo którą ręką chwytał saperkę. Czy to jest więc już pełny opis? Jak odpowiedzieć na to pytanie, jeśli nie znamy kierunku poruszania się myśli wyznaczanego w nauce właśnie przez teorię? Słowem, skąd wziąć kryterium selekcji, które dane wchodzą do zeszytu, a które nie? Trzymam kciuki, może w odpowiedniej chwili zaświeci boskie światło, które pozwoli B. określić Obiektywnie i Prawdziwie, które dane są tymi Właściwymi dla napisania harcerskiej monografii – bez teorii, za to z poczuciem pełnej wolności.

Drugi B. jest architektem. Kiedyś zapytałem go przypadkiem o jakiś szczegół z książki Rasmussena (do której w zasadzie ogranicza się moja wiedza architektoniczna). Stwierdził, że ją nawet czytał na I roku, ale niewiele pamięta, lecz, co ważniejsze, takie lektury już go w ogóle nie interesują. Dlaczego? Bo architektura nie jest akademicka, tylko praktyczna z natury. W książkach coś tam piszą, ale prawdziwe projekty to zupełnie coś innego. „No tak, ale masz chyba jakieś założenia o przestrzeni, człowieku itd., zanim zaczniesz projektować, i one być może składają się na teorię”. „Nie, to są tylko Oczywiste Założenia, bez żadnego teoretyzowania”. Wymienił kilka z nich, sprowadzając swój katalog Oczywistych poglądów do fuzji funkcjonalizmu, architektury organicznej i paru innych wątków zbudowanych na modnych obecnie w salach wykładowych przemyśleniach o naturze człowieka. Upierał się jednak, że teoria nie ma tu nic do rzeczy i nie wyczytał tego z książek.

R., archeolog, uważa podobnie: rozmawialiśmy kiedyś na tematy różne i zeszło na naturę człowieka. Gdy mówiłem, patrzył tylko z kąśliwym uśmieszkiem, po czym zdecydowanym ruchem wiedzącego umysłu przekreślił wszystko, co powiedziałem. Mówiłem bowiem w oparciu o jakąś prostą teorię społeczną, podczas gdy świat nie jest teoretyczny, tylko Praktyczny i wszystko sprowadza się do kilku rzeczy. Otóż, wyjaśnił, człowiek to drapieżnik walczący o przetrwanie, zasoby i kopulację z samicami. Gdy podsunąłem, że od XVIII wieku nauka się posunęła i jego koncepcja obecnie jest dość redukcyjna, sprzeciwił się nazywaniu jego wizji koncepcją czy teorią. To jest bowiem myślenie pozateoretyczne, nieakademickie, oparte na Prostocie i Oczywistości. Tak już po prostu jest, każdy to widzi, można to wyczytać z gazet, zobaczyć w świecie wokoło siebie – nie ma po co dzielić włosa na czworo.

S., dr filologii, nie chciała z kolei wysłuchiwać moich roboczych myśli do następnej notki na bloga o pijalniach czekolady. Widziałem w nich instytucje odróżniające klasę średnią z jej stylem życia od innych klas społecznych na zasadzie dopatrywania się niuansów w czymś w sumie „niepotrzebnym” (czekolada). „Nie znoszę takiego gadania” – powiedziała. „To mnie w ogóle nie dotyczy. Opowiadanie głodnych kawałków niemających odniesienia do Rzeczywistości. Po co się nad czymś takim zastanawiać?”. „Więc jak wyjaśnić fenomen pijalni czekolady?” „Bo ludzie lubią się napić czekolady”. „Ale dlaczego właśnie ci ludzie, z tej klasy społecznej? Czemu w ogóle zakłada się pijalnię czekolady, a nie jadalnię różnych gatunków wołowiny?” (to był podstęp, po kryjomu podsunąłem S. koncepcję klasy społecznej… I bach, już ofiara po szyję w teorii). „Bo czekolada to coś niedostępnego powszechnie” – próbowała jeszcze S. „Statystyki wskazują jednak, że dzieci z ubogich rodzin jedzą więcej czekolady czy batoników niż te z bogatych. Czekolada nie była powszechnie dostępna może w XIX wieku, ale nie dziś”. Tak to jakoś szło, póki nie przerwał nam nadjeżdżający tramwaj.

Słowo wyjaśnienia. Nie wymagam myślenia w stylu naukowym od, powiedzmy, rzemieślnika czy taksówkarza, chociaż oni także mają różne uporządkowane metarefleksje, często zaskakująco celne a zwięzłe. Student, magister czy doktor powinni jednak rozumieć, że metodologia to nie jest takie coś na niby jak np. szkolenie BHP, co trzeba zaliczyć i zapomnieć. Bo nauka sobie, „a tak naprawdę” to wiadomo. Oczywiście nie ma sensu przykładać pięciu książek i wielkich nazwisk do problemu wyjścia na spacer albo wypicia czekolady, jeśli ktoś nie ma akurat ochoty. Chodzi mi jednak o coś innego: o radykalne i wrogie nastawienie do samej potrzeby pewnego stylu myślenia, na którym ufundowana jest nauka i kultura Zachodu. Sprzeciw wobec konstruowania modelu teoretycznego – choćby prowizorycznego, choćby służącego najprostszym refleksjom – oznacza dawanie pola groźnej fikcji Oczywistości i Prostoty świata, co prowadzi do budowania sobie modelu tak czy inaczej – ponieważ bez modelu nie ma poznania – lecz nieuświadomionego, redukcyjnego i bezkrytycznego. Można skutecznie żyć, nie zajmując się każdego dnia Popperem i Derridą, ale świadomy zwrot ku jawnej agresji wobec postawy wątpiącej, poszukującej czy refleksyjnej u ludzi z humanistycznym podłożem jest dziwny i mroczny.

Jeśli ktoś pragnie szukać Niezapośredniczonej Prawdy, zapewne Franciszkanie albo Misja Czaitjani chętnie wzbogacą się o nowych adeptów. Ugresić pisze o pewnym jugosłowiańskim uczonym, który po latach spędzonych w Paryżu wrócił na trochę do Serbii i trafił do rodzinnej wsi, gdzie wieczorem zebrani mężczyźni zaintonowali patriotyczną pieśń. „W kąt poszły wszystkie Sartre’y i Foucaulty” – cytuję z pamięci – a więc, innymi słowy, teoretyczne „dzielenie włosa na czworo” obnażyło swoją „jałowość”, prawdziwa stała się tylko ta jedna, jednocząca wszystkich pieśń. Wyrażała odwieczny związek Serba z Narodem i Ziemią, jeśli dać się jej ponieść. Oto badacz doznał wglądu w Autentyczną Rzeczywistość. Fanów Oczywistości zapraszam więc do Bogurodzicy, ewentualnie przynajmniej Roty. Zamiast średniowiecznych pomysłów na rzeczywistości opisanie posłuchamy żywego śpiewu, co będzie bardzo w cenie, bo piękna tradycja śpiewania przy wykonywaniu różnych zajęć dziś prawie zanikła.

18 stycznia 2009

Funkcje śmieci

... czyli o krążeniu po targu z chłamem wciąż trochę po omacku

DOPISEK Z 17 MAJA: Świetna recenzja albumu Andrzeja Kramarza, o którym będzie mowa, znajduje się na stronie Barbarzyńcy i napisała ją sama Weronika Chodacz.

Jeden z doktorów w Instytucie Etnologii, relacjonując bazarowe życie biedoty w pewnym ukraińskim mieście, między inne opisy nędzy wtrącił taką obserwację: „Szmaciarze sprzedają sobie wzajemnie swoje szmaty”. Wtedy widziałem w tym zdaniu tylko zaskakującą otwartość, przebłysk dosadności u przeważnie stonowanego i wycofanego w teorię antropologiczną badacza. Skupiłem się bowiem na uderzających kolokwialnych słówkach „szmaciarze” i „szmaty”. Będąc niedawno pod Halą Targową zrozumiałem odkrywczą moc tej obserwacji – zauważyłem „sprzedają sobie wzajemnie”.

O czym będzie tu mowa? Reprezentując „Barbarzyńcę”, stawiłem się na spotkaniu dyskusyjnym o albumie Andrzeja Kramarza Rzeczy. W skrócie: projekt, efektownie wydany przez MEK, polegał na sfotografowaniu niemal 70 stoisk, ściślej – rozpostartych wprost na ziemi płacht handlarzy pod krakowską Halą Targową wraz z, oczywiście, tytułowymi rzeczami wyłożonymi do sprzedaży. Oto moja glosa do obserwacji Antoniego Bartosza, Dariusza Czaji, Andrzeja Kramarza i Małgorzaty Szczurek. Glosa miała być zwięzła. Może przynajmniej będzie ciekawa.


Rzeczy są popsute, przypadkowe i tandetne. Sens działań handlarzy jest więc nieoczywisty. Zaczynamy szukać nowych rozwiązań i znajdujemy w rzeczach potencjały odpowiadające własnym zainteresowaniom, jakby to były małe lustra. Żywa wystawa (Bartosz), artystyczne objawienia (Kramarz), świadomość śmiertelności (Czaja), relacje posiadającego z posiadanym (Szczurek), pamięć przeszłości (głos z sali), a nawet Auschwitz (g. z s.). Póki co przedmioty są refleksem naszych własnych myślowych odwołań, a w ten sposób nic jednak nie wyjaśniamy, najwyżej dowiadujemy się więcej o prywatnych zainteresowaniach. Chciałoby się jednak dociec, dlaczego ci ludzie to robią? Dlaczego sprzedają chłam? Czaja uważa, że potrzebowaliśmy niefachowca (nieetnologa), by dla nas poszedł i zobaczył, czego etnolog nie spostrzegł. Toniemy jednak w autotelicznych sprzężeniach zwrotnych.

Nasuwa się (nieuświadomiona chyba większości kupujących) hipoteza, że handlarze sprzedają rzeczy, bo nie potrafią wyraźnie oddzielić wartości sentymentalnej od realnej. Sądzą, że to, co było dla nich ważne z powodów autobiograficznych, będzie ważne także dla innego. Może też, zachęceni secesyjnymi kształtami przedmiotów, takich jak niepasujące do niczego klucze czy rączki od młynków do kawy, albo – przeciwnie – nowoczesnymi formami klawiatur i myszek z lat 90., niezbornie usiłują utrafić w modne estetyki lub popyty czasów nowych, na swój naiwny, wzruszająco niecelny sposób przetwarzając podglądnięte tu i ówdzie trendy. Oto wizja handlarza-dzikusa, który za gwóźdź i koralik odda kosz owoców i dzienny połów ryb. Możliwa jest jeszcze taka hipoteza: to oni nas biorą za kupców-dzikusów, którzy oddadzą ryby za gwóźdź, w rzeczywistości są bowiem cwaniakami-Krakusami, którzy wykładają wszystko hurtem, licząc na naiwniaka z portfelem, co to się po ujotowsku zachwyci brudną klamką i dostrzeże w niej… bo to wiadomo co?

Czasem tak pewnie bywa. Lecz naiwnością jest sądzić, że krakowski handlarz, choćby podupadły, nie ma na tyle oleju w głowie, by rozumieć, że jego towary są bezużyteczne, popsute lub niekompletne. Świetnie oddziela sentymenty od rzeczywistości. Niemniej sprzedaży niepasujących do niczego kluczy bez zamków albo popsutych walkmanów nie da się wyjaśnić mieszczańskim nawykiem dopatrywania się, w skrócie, pięknego w brzydkim (poezji w padlinie, harmonii w starej chacie) – handlarze barachłem nie posługują się tą akurat estetyką. To my przypadkowo i nieuświadomienie przypisujemy im jakieś poczucia, których mieć nie mogą. Ale ci ludzie to nie surrealiści. Słowem, nie sprzedają rzeczy dlatego, że wydają im się one piękne (choćby w perwersyjny, kampowy sposób) i chcą z tego piękna zrobić kapitał (choć wielu rozumie, że w ten sposób mogą to i owo zyskać, nadając rzeczy etykietę „antyku”, co zwykle jest groteskowe).


Wychodzi na to, że handlują czymś, co jest bezużyteczne. Już funkcjonaliści wiedzieli jednak, że nic nie jest bezużyteczne, może tylko zmieniać funkcje. Tu docieramy do sedna: nową funkcją rzeczy jest bycie narzędziem relacji małego społeczeństwa handlarzy, a nie wychodzenie poza Grzegórzki do nowego obiegu jako ciekawostki dla bogatych mieszczan. Rzeczy to żetony. Stoiska to obiekty w skomplikowanej sieci relacji. Trwa wewnętrzny obieg podobny do kuli Malinowskiego.

Gdy byłem na placu, dwóch meneli handlowało właśnie czymś w rodzaju silnika od pralki. Jeden proponował drugiemu sprzedaż za 20 zł, objaśniając mętnie zalety towaru. Stanęło na dysze. Chwilę później w obieg poszły okulary – ten, który przed chwilą zarobił, teraz stał się nabywcą. W retoryce symulującej komunikaty reklamowe po swojemu uzasadniali sobie nawzajem korzyści i jakości przedmiotów, które, umówmy się, nie są im do niczego potrzebne. Rzeczy nie funkcjonują jako silnik i okulary, chociaż będąc silnikiem i okularami, sugerują pole semantyczne, z którego można czerpać zasoby do wymiany słownej. Handel śmieciami to handel symulowany. Częścią symulacji handlu jest symulacja obrządków handlowych. Obrządkiem handlowym jest targowanie się, a by się targować, potrzeba argumentów – tu: symulakrów argumentów – więc przydaje się powiedzieć to i owo o mocy silnika, poborze energii itd. W sumie nie o to wszak chodzi. Szmaciarze sprzedają sobie wzajemnie swoje szmaty – i tworzą skomplikowaną sieć społeczną, w której tandeta jest wehikułem i smarem.

I tak zaczynamy rozumieć, dlaczego, gdy wreszcie zapytać o cenę popsutego walkmana, usłyszymy 40 złotych, a nic nieotwierającego klucza – 10 zł, gdy przedmioty takie są po prostu nic nie warte, może litościwą złotówkę czy 50 gr. Parę razy pytałem bowiem o to czy owo i takie właśnie były odpowiedzi: nie tylko niedorzeczne, ale też niwelujące sensowność negocjacji przez wykazywanie od progu złej woli. Bo też kim ja jestem? Kimś bezsensownym, alienem z innego świata, dopasowana do mnie cena też musi być przypadkowa. Oto wyjaśnienie: jesteśmy ludźmi spoza obiegu. Nie istniejemy w pejzażu znaczeń szmaciarzy sprzedających SOBIE WZAJEMNIE swoje szmaty. Paradoksalnie można powiedzieć, że handlarz nic nie uzyska (lub niewiele), sprzedając walkama komuś takiemu jak ty i ja. Nie mieścimy się w jego systemie odniesień i w pewnym sensie mówimy różnymi językami. Chwiejnym pomostem, na którym spotykają się kupujący i sprzedawca, jest pieniądz. Czasem, z rzadka, rzeczywiście dochodzi do transakcji, bo ten i ów restaurator wypatrzy sobie rozbitego aniołka z gipsu czy gałkę od radia do dekoracji knajpy. Wewnętrzny obieg rzeczy-żetonów nie jest bowiem przecież szczelny, a i handlarze muszą z czegoś żyć.

Tyle komentarza. Etnolog się jednak czasem przydaje, a i nie do końca jest tak, że przez życie idziemy ślepi, czekając na fotografa z przebłyskiem intuicji, który otworzy nam oczy. Album jest jednak ładny i pomysłowy.

Zdjęcia: (1) Andrzej Kramarz z albumu Rzeczy, (2) ja z mojego mieszkania.

9 stycznia 2009

Kompromitacja szantażystów

... czyli skandale postclintonowskie

Powtórzyłem sobie ostatnio parę książek Chandlera. Oczywiście Chandlera wielbimy nie za wątki fabularne, tylko odzywki Philipa Marlowe'a, zwłaszcza obecnie, gdy cięty język i nonszalanckie traktowanie kobiet wciąz są twardą walutą, natomiast detektywistyczne historie z lat 50., przynajmniej niektóre, jakby straciły impet i moc przekonywania.

Wiadomo, że trup jest punktem wyjścia, dekoracją lub okolicznością, natomiast liczy się motyw. I tak, w prawie wszystkich książkach Chandlera występuje szantażysta. Może być głównym mącicielem (Playback) albo występować w tle jako atrakcja lub zmyłka wewnątrz konstelacji postaci (Wysokie okno). Nieodmiennie jest obleśnym, lepkim, cynicznym typkiem, usiłującym najczęściej nie tylko się dorobić pieniędzy w zamian za milczenie, lecz też położyć ohydne łapy na ciele głównej bohaterki. To dokładne przeciwieństwo Marlowe'a – pozbawiony finezji prostacki cwaniak w odmianie wieśniaczy kark lub pokurczony szczurek. Słowem, wstrętny degenerat posługujący się wstrętnymi metodami. I w tym właśnie archaiczność skądinąd świetnych powieści: szantażysta, ważny sworzeń chandlerowskich (i nie tylko) fabuł, nie robi już na nikim wrażenia.


Nieodmiennie z szantażem łączy się inne pojęcie, właściwe raczej powieści obyczajowej czy salonowej: kompromitacja. Człowiek skompromitowany towarzysko traci punkty społeczne, wypada na out środowiska za pogwałcenie obyczaju, czyli nieformalnego regulatora życia społecznego. Dawniej kompromitacja była jednym z kluczowych pojęć określania sytuacji w grupie towarzyskiej i niewykluczone, że wciąż jest ono żywe (no, może uśpione) w pokoleniu naszych rodziców. Wystarczyło jednak paręnaście lat i przerażająca obyczajowa moc szantażu i kompromitacji gdzieś się zagubiła. Kto dzisiaj mówi, że ktoś się skompromitował? Można mówić o obciachu albo żenadzie, albo że komuś głupio, ale to jednak nie to samo: raczej chwilowe zakłócenie czy uleczalna przypadłość (np. noszenie obciachowych ubrań) niż głęboki cios w społeczny obraz skompromitowanego.

Określenia szantaż i kompromitacja słyszy się jeszcze może w polityce, ale i to coraz rzadziej i chyba już nigdy w związku ze sferą intymno-obyczajową. Dziś kompromitacja dotyczy raczej nieposiadania wiedzy oczekiwanej przy piastowanej funkcji (nieznajomość języka) czy niedopatrzenia protokołu (spóźnienie na ważne spotkanie, nieprzystające zachowanie). "Śmiech Lecha Kaczyńskiego przy podpisywaniu umowy o tarczy antyrakietowej odbija się szerokim echem" – czytamy w "Dzienniku". "'To kompromitacja prezydenta' – komentuje zachowanie głowy państwa wicemarszałek Sejmu, Stefan Niesiołowski. (...) 'To jest żenujące'". Można się więc skompromitować, wybuchając śmiechem, ale nie z powodów wstydliwych, intymnych czy osobistych. Motyw szantażu wyblakł pewnie w okolicach lat 80., ale chyba najjaskrawszym przykładem osłabienia regulacji obyczajowej jest sprawa Clintona i Moniki Lewinsky, z której w sumie wyszła humoreska. Chłopak, który onanizował się jakiś czas temu w toalecie biblioteki i był szantażowany przez ochroniarzy z monitoringu wideo, po prostu poszedł na policję, obleszków ukarano i tak możliwa sensacyjna fabuła zgasła w zarodku. A może słyszeliście o skandalu z miss New Jersey Amy Polumbo, skandalu o tyle żałosnym, że dowodzącym zupełnego upadku przestępczych metod w świecie szantażu: szantażysta kompromitujące fotki wziął z oficjalnej publicznej strony misski na Facebooku.

Dziś wrogiem nie może już być szantażysta, a i służby szpiegowskie muszą szukać innych kwitów na tajnych współpracowników niż homoseksualizm czy romans (dziś już co najwyżej poświadczenie łóżkowej sprawności). Mamy nowego wroga: jest nim terrorysta. Oblech z kopertą pełną rozbieranych zdjęć to mimo wszystko jeden z nas - czarna owca w rodzinie. Terrorysta to innowierca, fanatyk z bombą, nie-człowiek, alien. Wobec takiego zagrożenia stary dobry szantażysta nikogo już nie skompromituje, bo nauczyliśmy sobie wybaczać skryte macanki i chwile zapomnienia, gdy w autobusach pełnych dzieci wybuchają islamskie bomby, i z Chandlera pozostały już tylko celne puenty.

Ilustracja z fenomenalnej strony Marie Meier's Goth'n'Roll Graphik Blog.