2 grudnia 2008

Tabu pracy i szalone roboty

... czyli co naprawdę nas oburza


Bezczynność – niepodejmowanie pracy – z jej mocą wywoływania skandalu działa dziś równie prowokacyjnie jak dawniej.
- J.M. Coetzee, Bezczynność w Południowej Afryce
Dziennikarze i publika lubią poszukiwać w życiu społecznym różnych tabu. Tabu ma być seks, kazirodztwo, starość, kanibalizm, gender, homoseksualizm, bulimia, uzależnienie (zestaw domniemanych odpowiedzi z Familiady "Wymień współczesne tabu"). Ostatnio popularnym tabu jest też śmierć, o której, jak dowiadujemy się z radia, telewizji, rozmów i wywiadów, nie potrafimy rozmawiać; także przemoc domowa. Pedofilia chyba nie jest tabu, bo każdy wie w sposób oczywisty, że to zwyczajne zwyrodnialstwo.


Tymczasem wymienione tematy w chwili określenia ich przez czuwających dziennikarzy jako tabu, przestają nim być. Dziennikarze są bowiem wrażliwi na to, co staje się naoczne, modne i popularne. Chętnie walą mocnym określeniem do zjawisk budzących oburzenie, a przez to nieźle opisanych. To, co faktycznie można by nazwać tabu, aby pozostać uczciwym wobec mocy pojęcia, pozostaje w strefie pogranicznej: jest widoczne, lecz nie ze wszystkich stron. Udziela odpowiedzi, ale nikt nie zna pytania. Jeśli mówi, to obcym – na razie – językiem. A co gorsza: wydaje się być znajome, a więc znika sprzed oczu jako problem, jako zjawisko, dla którego trzeba wymyślić nowy język i sposób rozumowania.

Takim właśnie tabu jest praca. Gdy pojawiają się obok siebie słowa tabu i praca, wraz z nimi przychodzi automatycznie do głowy szeroki zestaw problemów społecznych jak nierówność kobiet i niepełnosprawnych, mobbing, pracoholizm itp. Tymczasem nie potrafimy zastanawiać się nad samą istotą pracy i uczynić z niej zwyczajnego pojęcia w dyskursie – czegoś równie względnego i dającego się opowiadać jak na przykład sport, dieta albo małżeństwo. Niepracowanie leży bowiem poza możliwością wyrażania w popularnym dyskursie codzienności. Możemy sobie wyobrazić zupełnie zwykłego, "normalnego" człowieka, który nie uprawia sportu, nie je mięsa lub pozostaje niezamężny. Można go ogarnąć językiem codzienności. W tym języku zostanie opisany z użyciem istniejących pojęć związanych z normalnością ("wolny wybór", "wegetarianin", "panna" itp.). To oczywiste. Nie istnieją jednak sposoby opisywania człowieka, który odmawia pracy i równocześnie – co ważne! – mieści się w dyskursie codzienności. Umiemy bowiem mówić o bezrobotnych, niebieskich ptakach, żulach i menelach, bumelantach, rencistach i upośledzonych, ale też rentierach, multimilionerach. Nie są to jednak osoby "głównego nurtu": wszyscy wymienieni zajmują niszę poza "normalnością". Każda bowiem postawa związana z odmową czy niepodejmowaniem pracy to skrzywienie – jakaś moralna, etyczna lub fizyczna skolioza, niezależnie od tego, czy występuje z własnej woli, czy jest wymuszone (chorobą, okolicznościami).


Bezrobocie jawi się jako poważny problem społeczny i tylko tak. Nasz dyskurs publiczny nie potrafi opowiadać o niepracowaniu jako o szansie (chyba że w bardzo wyjątkowych sytuacjach, kiedy bezrobocie – chwilowe! – otworzyło komuś oczy na zbyt wysokie tempo życia itp.). Praca ma tylko plus, tylko jeden kierunek: w górę, ku dobremu, w stronę cywilizacji, organizacji, ładu; przez implikację niepracowanie musi być minusem, jest nacechowane pejoratywnie lub przynajmniej liminalnie (np. rencista, inwalida to człowiek pokrzywdzony przez los, ale często "cwaniak", "fuksiarz"). Bezrobocie musi być przejściowe, w obywatelu musi istnieć chęć (przynajmniej demonstrowana) wyjścia z bezrobocia i znalezienia pracy, inaczej stanie się menelem, wypadnie z dyskursu normalności. (Jedna z definicji homo sapiens, wyrastająca z marksizmu, definiuje człowieka jako istotę pracującą, niepracowanie jest więc rezygnowaniem ze swojej ludzkiej natury). Ale co z człowiekiem, który odmawia pracy, bo nie chce jej wykonywać, a zarazem nie jest w grupie skrzywionych? Nie ma dla niego określenia, jest jak dodo – nie może istnieć. To tabu.

Pomysł tego tekstu wziął mi się z etnologicznego myślenia na opak: nie o tym, co jest, ale czego nie ma, choć powinno być. W lekturach SF są liczne rozproszone wizje społeczeństw zautomatyzowanych tak bardzo, że człowiek nie musi pracować. Pracę wykonują maszyny. (Nawet i tu wizje są często wizjami skażonego raju, np. u Zajdla człowiek bez pracy nie rozwija się swobodnie, lecz popada w chuligaństwo i zdebilenie, a u Gibsona/Sterlinga w dekadentyzm – to najczęstsze kierunki prognozowania społeczeństwa postpracowego, a jest jeszcze trzeci, w którym otrzymuje ono słuszny cios z zewnątrz niczym boską karę: bunt maszyn mających wykonywać pracę przypisaną przecież mocą naturalnych boskich praw ludziom). Dlaczego więc, pomyślałem sobie, zautomatyzowanie fabryki samochodów jest ciosem, a nie okazją do radości? Czemu, stojąc u wrót opisywanego w SF jutra, widzimy przed nami tylko straszne rzeczy wynikające z tych samych przyczyn, które pisarzy prowadzą do prognozowania ostatecznego spełnienia ludzkości?

Właśnie z tego powodu, że nie potrafimy wyobrazić sobie społeczeństwa bez pracy i nikt, nawet najbardziej radykalni reformatorzy polityczni, nie ośmieli się na wysunięcie tak skandalicznego projektu, jakim byłaby propozycja: "Zmieńmy system w taki sposób, aby pracować jak najmniej i tylko wtedy, kiedy się chce, a niech za pracę maszyn w fabrykach ludzie otrzymują profit, nie karę". Tymczasem niepracujących wyobrażamy sobie jako Innych zorganizowanych przez Inną sytuację, czego dobrym przykładem jest mój irański znajomy, który opisywał realia w Bahrajnie (znane mu z legend miejskich, ale to bez znaczenia) w taki mniej więcej sposób: "Tam mają mnóstwo pieniędzy z nafty, a kraj jest mały. Do pracy wynajmują Rosjan i Filipińczyków, sami w ogóle nic nie robią. Nic! Siedzą tylko w domach, nie wychodzą nawet po pieniądze – listonosz przynosi im je w kopercie. Mają taaakie brzuchy i bez przerwy oglądają satelitę".

Aby podać przykład lokalny, musiałbym sięgnąć wstecz: cysorz to ma klawe życie. Chłop postrzegał arystokratę jako specjalnego nie tylko z powodu bogactw czy urodzenia, lecz głównie z powodu braku konieczności pracy. Z kolei arystokrata, jak pokazuje Proust, sam w sobie widział osobę niezwykle zapracowaną, a chłopa gonił za lenistwo. I jeden, i drugi głęboko zinternalizowali konieczność pracy usprawiedliwiającą ich życie, status, działania (choć arystokrata mówiłby pewnie raczej o decydowaniu, aktywnościach, zajęciach itd. bez użycia hańbiącego pojęcia pracy). Dlatego chłopskie rewolty i w ogóle wszelkie rewolucje, które są de facto skrajnym sposobem wyrażenia pytania: "Czym ty zasłużyłeś na swój specjalny status?", musiały budzić szczere zadziwienie strącanych panów: "Jak to, czym? Pracą!"


Inny przykład lokowania niekonieczności pracy Gdzieś Indziej to anegdotka o plemionach pierwotnych. Wśród studentów i przechodniów popularna jest wiedza, że przed nastaniem rewolucji agrarnej ludzie żyli w kilkunastoosobowych grupach utrzymujących się ze zbieractwa i – rzadko – polowania. W sumie kilka osobogodzin pracy na tydzień wystarczało ponoć do zaspokojenia potrzeb. A dzisiaj? Ha...! W tym miejscu opowiadania owej prehistorycznej anegdotki następuje uśmiech i wzruszenie ramion pod tytułem: "A dzisiaj musimy tyle harować, i po co nam to [w ironicznym domyśle: komputery, telefony, medycyna] było". W rzeczywistości w tym momencie mogłaby się jednak rozpocząć prawdziwa dyskusja. Bo faktycznie, po co pracować więcej niż człowiek pierwotny? To nie jest przecież błahe pytanie. My jednak odsyłamy zjawisko do prehistorii – enkapsuluje je dla nas neolityczna horda.

Wyobrażam sobie argumenty w tej dyskusji. Mówiłyby o polepszaniu ludzkiej doli i konieczności rozwoju (rozwój – inne tabu na inny esej). Ciężko byłoby im zaprzeczyć: bez pracy nie powstałyby nowe leki hamujące raka i AIDS etc. Ale i nie o zaprzeczanie chodzi, bo nie chodzi o wywieszenie lenistwa czy bezrobocia na sztandary. Chodzi o samą możliwość koncepcji idącej pod prąd: możliwość wizji społeczeństwa, które z postępu czerpie niepracowanie jako korzyść, a nie mroczne widmo katastrofy. Kto miałby produkować nowe leki? Powiem uczciwie: nie wiem. Prawdopodobnie ci, którzy by chcieli i umieli. Dlaczego tego nie wiem? Ponieważ nie toczy się żadna poważna publiczna dyskusja nad tym, jak mógłby, choćby potencjalnie, wyglądać podział obowiązków i środków oparty na dążeniu do minimalizowania pracy, czy choćby taki, gdzie praca i niepracowanie, oba zjawiska widziane wewnątrz głównego nurtu kultury, posiadają dwa bieguny: dodatni i ujemy.


Dziękuję Weronice za owocną jak zawsze dyskusję - co lepsze z tych myśli należą do niej.

Ilustracje: dodo za The Dodo Blog; Nessie za It's Nature!; Yeti za I Love the Yeti.