15 czerwca 2008

Jutro nie umiera nigdy

... czyli egzamin u dentysty

Wsłuchując się w jednostajną melodię świdra dentystycznego, zastanawiałem się po raz kolejny, dlaczego dopuściłem do leczenia kanałowego, skoro miesiąc wcześniej można było przedmuchać niewielką wówczas dziurkę bezbolesnym wiertłem pneumatycznym... Ząb nie psuje się z dnia na dzień: szkliwo jest twarde, próchnica rozwija się długo. Dlatego może stanowić laboratorium badania przewlekłości decyzji, lekcję anatomii zwlekactwa.


Weronika kiedyś wyszukała na Wikipedii hasło opisujące ten problem: prokrastynacja. To od łacińskiego cras, jutro. Odkładanie na jutro. Syndrom studenta. Wieczna maniana. Wokół zwlekactwa istnieje aura luzu i nonszalancji podobna do tej, która otacza rockmanów czy gwiazdy filmowe: cokolwiek zrobią, wszystko uda się z marszu, bez przygotowań, a jeśli się nie uda - olać, widocznie nie było zbyt ważne. Lubimy słuchać o takich nonszalanckich bohaterach. Nonszalancja i lekceważenie to cechy bogatych utracjuszy i cwaniaków, którym los sprzyja niesprawiedliwie od samego początku. Student, który przychodzi na egzamin ustny po trzydniowej balandze i zdaje go cudem na cztery, wyczytawszy przypadkiem inspirację dla właściwej odpowiedzi z instrukcji BHP wiszącej na ścianie, to fuksiarz i chojrak, który ma co opowiadać na imprezach. Budzi zawiść i uzasadnione poczucie niesprawiedliwości, bo ktoś inny musiał te noce spędzić na wkuwaniu, ale zarazem przywraca wiarę - nie w porządek świata, ale właśnie w podskórne mechanizmy anomii i chaosu, w to, że jednak można prześliznąć się pomiędzy trybami maszynerii.

Z wierzchu widać luz i nonszalancję, w rzeczywistości najczęściej działa w takich wypadkach prokrastynacja. Lekkomyślność jest wtedy, gdy zapomni się parasola w burzową pogodę. Prokrastynacja - kiedy się tego parasola w ogóle nie kupiło, chociaż od tygodnia dokładnie i niezawodnie wiadomo, że idą deszcze i trzeba będzie w nie wyjść. Człowiek lekkomyślny działa nieświadomie - zapomina, nie ma wyobraźni, nie umie przewidzieć, nie rozumie niebezpieczeństwa; prokrastynator w świetle wiedzy i przy pełnym zrozumieniu konsekwencji. Lekkomyślnemu na końcu jest głupio, a może i wesoło, bo sprawa dobrze się skończyła, ma naukę, na drugi raz zapamięta; prokrastynatora ogarnia przede wszystkim poczucie winy ciążącej jak niezmywalne piętno, ponieważ wie, że wszystko byłoby dobrze, gdyby działał zgodnie ze swoją wiedzą zawczasu, i przeczuwa, że następnym razem postąpi tak samo. Nawet głupek uczy się każdej styuacji osobno i w końcu zaczyna działać efektywnie. Zwlekacz wie zwykle, co należy robić, ale tego nie robi, bo jest do tego niezdolny strukturalnie, u korzeni procesu podejmowania wszystkich decyzji (dlaczego? - nie wiem). A przy tym pełna świadomość rozdźwięku między wiem-jak-należy i nie-robię-jak-należy jest chyba najbardziej dramatycznym elementem jego kondycji, podważającym obraz samego siebie jako istoty racjonalnej.

Resztę opisuje tekst z Wikipedii, inkrustując objaśnienia kilkoma kuchennymi teoriami psychologicznymi: że natychmiastowa gratyfikacja przez ucieczkę od obowiązków w rozrywkę lepiej przemawia niż odległe terminy zobowiązań czy że wszystkiemu są winni wymagający rodzice i dziecięciem zaszczepiony perfekcjonizm... Jest to chyba ślizganie się wokół istoty problemu, który wziąłem na swój blogowy warsztacik nie po to, żeby obwiniać matkę za surowe wychowanie (bo było zupełnie odwrotnie), ale dlatego, że sądzę, iż prokrastynacja jest równie dramatyczną i ciężką chorobą cywilizacyjną jak nerwica albo depresje i tak samo jak one, jeśli nie szerzej, rozpowszechnioną. Ma swoją nonszalancką maskę, którą wyżej opisałem, i przez to można jej nie rozpoznać. (Takiej maski nie ma nerwica, kojarząca się z żałosnym typkiem typu woodyallenowskiego, ani depresja, łączona z wizją skulonej w łóżku samobójczyni). Powoduje jednak znaczne obniżenie jakości wykonywanej pracy, bo wszystko robi się w ostatniej chwili, promieniuje na innych jak zła karma, zaś samego prokrastynatora kosztuje mnóstwo nerwów, zwątpień i depresyjnych chwil, kiedy koledzy pójdą już do domu, wybrzmią bohaterskie opowieści i człowiek zostaje sam na sam z własną niezdolnością zabrania się do roboty mimo jasnej wiedzy, co należy robić.

Mówię o chorobie cywilizacyjnej, bo wyobrażam sobie, że przyczyny zwlekactwa są raczej nowożytne lub przynajmniej istnieją od czasu powstania miast i złożonych struktur społecznych, gdzie praca nie przekłada się na efekt w sposób bezpośredni, a jednostki żyją w wielopoziomowych zależnościach. To pewnie uproszczenie, ale wyobrażam sobie, że w pierwotnej przedrolniczej hordzie ludzie wstawali i szli polować/zbierać, kiedy byli głodni, a rozpalali ognisko, gdy było zimno - rytm pracy wyznaczały bezpośrednie potrzeby, a wieńczyły widoczne efekty. Ale teraz zapolować możemy najwyżej na mrożonkę ze styropianowej tacki, a niedomagania prokrastynacyjne ukryć w stertach papierów, przepraszających e-mailach czy technobełkotliwych wymówkach. Czy cywilizacja wytworzyła zwlekactwo? Tak sądzę, a w każdym razie w jej łonie, w społeczeństwach technicznych i informacyjnych, wysoko zorganizowanych, ma ona znakomite warunki rozwoju. To tam człowiek czuje się nieważny, jest niepewny swojej tożsamości, ma ciągłe poczucie tymczasowości i że "życie jest gdzie indziej", co wpływa na jego kondycję zwlekaczą.

Ale to dopiero początek sprawy: przydałoby się odpowiedzieć na pytania, skąd to się bierze, czemu 20% studentów kończy studia a reszta zawisa w próżni, jak długo można sprzątać mieszkanie i gotować obiady przed zabraniem się do pisania pracy zaliczeniowej, dlaczego raporty w firmie muszą być niekompletne i nijakie, bo ktoś w ostatniej chwili szperał w Google'u... I oczywiście czy można coś z tym zrobić. Zresztą pewnie można, znajdzie się zawsze jakaś terapia czy psychotechnika, problemem jest głównie wydobycie prokrastynacji na światło dzienne i uświadomienie powagi zjawiska. Kiedyś nie było ADHD i dysleksji, ba, nawet nikotynizmu: wynalezienie dla nich języka spowodowało rozwinięcie dyskursu i zaczęło zmieniać ludzkie losy. Widzę w wyobraźni zabawne plakaty adresowane do studentów i sposoby nagradzania ich za terminowość, systemy motywacyjne w miejscach pracy, szkolenia i terapie dla pracowników. Moglibyśmy wtedy poznać liczby i stworzyć systemy szacowania: ile dóbr się marnuje, usług zaniża, ludzkich żyć psuje przez odwlekanie i odkładanie na potem.

Temat jest w dodatku nośny - każdy tygodnik zrobiłby chętnie wywiad z szefem NGO's-a, który by się jako pierwszy zajął ofiarami prokrastynacji. (Dziennikarz: "- Mnie też samemu trudno się niekiedy zabrać do pracy..." Szef NGO: "- Jak każdemu, ale o problemie mówimy wtedy, gdy odwlekanie zaczyna pogarszać jakość życia..."). Paradoks polega na tym, że osoby, które wiedzą o sprawie najwięcej, nigdy nie byłyby w stanie się zebrać i skutecznie działać. I tak problem będzie narastał, a ten wpis będzie się z dnia na dzień stawał coraz bardziej aktualny i palący.

1 komentarz:

  1. Muszę powiedzieć, że ten tekst genialnie współgra z moimi przemyśleniami ostatnio :))
    Chyba sesja najbardzie jaskrawie pokazuje takie rzeczy: jest strach, co najmniej obawa przed egzaminem, wstydem i porażką, a jednak udaje się to zadusić.
    Dopiero ostatnio dotarł do mnie prosty wniosek, który też zawarty jest w Twoim tekście, że zawsze WIEM dobrze, co i jak trzeba zrobić, żeby zdążyć, ale uparcie idę najgorszą z możliwych ścieżek ;)
    Dzięki za trafny tekst, który też będzie służył całej rzeszy jako usprawiedliwienie przy kolejnej obsuwie :D:D
    I jeszcze pytanie: jak długo odwlekałeś napisanie tego tekstu? :D

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!