1 czerwca 2008

Elo Hitler

... czyli wszyscy jesteśmy dziećmi fuhrera

Adolf Hitler jest najpotężniejszym człowiekiem XXI wieku. Jego wizerunek jest najpowszechniej rozpoznawalny w świecie zachodnim (a może też i wschodnim), lepiej niż twarz Einsteina, Monroe, papieża czy Jerzego Urbana. A wizerunek to ikona, najwyższa stawka w medialnej grze. Hitler jest czarno-biały, a jak wiemy czerń i biel pozwala lepiej się skupić na istocie oglądanego przedmiotu. Mówi z jakością gramofonowej płyty (a przecież winyl jest ukoronowaniem bycia na czasie) i jego głos brzmi czasem trochę tak, jakby mówił przez telefon komórkowy, podstawowe narzędzie zglobalizowanej kultury. Krąży wokół niego więcej miejskich legend niż wokół Marilyna Mansona, a bez miejskich legend człowiek nie nadaje się do podgrzania atmosfery na przysychającej imprezie. Jest ulubieńcem Discovery Civilization, z której poznajemy świat, sponsoruje ją jak literki ulicę Sezamkową. A poza tym jest retro - czy trzeba dodać coś więcej?

Hitler jest jak filtr, jak sito pomiędzy epokami: cokolwiek było wcześniej, sunąc ku współczesności musi przez nie przeciec. Niekiedy może przesączyć się bez uszczerbku, ale jeśli będzie mieć choćby cień hitlerogennego elementu, biada! - zostanie on w tym filtrze powielony, uwypuklony i wysycony. Być może PKS chciało nawiązać do pradawnego rydwanu Zaratusztry, ale cóż, rzeczywistość jest brutalna: drodzy Pekaesiarze, po drodze waszemu logo trafił się Hitler i jeśli kierownica w tle miała odwracać uwagę od nazistowskiej wrony, to niestety tylko bardziej przypomina swastę. (Trzyramienną i zamkniętą).

Przez filtr Adolfa przecieka także liternictwo, na którym niniejszym się skupię. Nikt nigdy na poważnie nie weźmie tezy, że gotyckie fonty to ukłon w stronę średniowiecznej kaligrafii. A nawet Bismarcka albo Schillera. Zresztą nikt też chyba nie próbuje tego dowodzić, bo pochodzą od Hitlera i już. Dziś mamy je, jak należało się spodziewać, w niszce gothic, ale to faktycznie specjalna i nieduża grupa, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę takich naprawdę porządnych gothików, a nie jakieś fanki Flowing Tears. Atoli gotyckie napisy emanują stamtąd w stronę niszki emo, a tu już mamy całą ludzką falę egzaltowanych dzieci, które z pisma "Bravo" wypożyczają sobie język i rekwizytorium buntu. Nie chce mi się wspominać o prymitywnym hasełku "Hitler was an emo kid" - warto jedynie zaznaczyć, że ktoś kiedyś dostrzegł ów właściwy wątek. W każdym razie styl emo nie tylko coś sobie kaligrafuje gotykiem - on się nim zachłystuje w rytmie tajwańskich maszyn do szycia i fleksowych drukarek do ubrań, co jest ciekawe o tyle, że emowcy dla hitlerjugend byliby raczej kopanymi niż współkopiącymi. Powiecie więc, że emo ma więcej z E.A. Poe'ego niż Hitlera? A ja odpowiem, że gotycki Poe sam też nie jest już gotycki, tylko właśnie hitlerowski, bo po drodze z XIX wieku do nas musiał przeciec przez nazistowski filtr.

Mamy rzecz jasna gotyckie fonty w muzyce metalowej i grafice okładek płyt, choć tu nierzadko są one wygięte nie do poznania ku czci Szatana, a nie Hitlera, ale trop pozostaje. Nie popadajmy jednak w przesadne mroki: alternatywnometalowy zespół Saliva, który jak nikt w każdym sezonie tropi trendy, robiąc inną, nośną w danej chwili stylistykę okładki, w 2007 wypisał swą nazwę efektowną wariacją na temat minuskuły. Idźmy dalej. Mamy rzecz jasna niszkę hoolsów i kiboli. Tutaj szwabachę uzupełniają buldogi w kolczatkach i dość bezpośrednio przekazywane treści hitlerowskie typu "jebaj żyda", co refleksję o hitlerowskiej emanacji uwiarygodnia, a zarazem czyni nieciekawą, bo prostą. (Z wariacją na temat punków, czyli odwrotnej, zdawałoby się, strony tradycji oporu, która ostatnio także nurza się w gotyckich napisach, co stwierdzić można na stronach odpowiednich sklepów). To samo z Hell's Angelsami i innymi harleyowcami z piekła rodem, którzy zakładają wehrmachtowskie hełmy i wikińskie rogi, a na baku przylutowują se żelazny krzyż niemieckiego lotnictwa (nie, nie ten współczesny), i jest to autentyczny przykład z serialoprogramu o Orange County Choppers - gdzie? - na Discovery, oczywiście. Motowolność to Hitler.

Z hoolsami i kibolami rymują się dresiarze, a w tym samym kręgu stoją także zwyczajni sportowcy. Powód jest prosty: te same firmy produkują dla nich sprzęt i łachy. Są specjalne serie Reeboka i innych znanych marek, które wystylizowano zgodnie z gotyckim trendem. Zapewne tenisista wchodzący do sklepu po buty nie kupi tych z nazistowskim podłożem, ale co się napatrzy i naepatuje, to jego. A może jednak kupi, w końcu to niewinne, a modne i trochę jakby buntownicze.

Przejdźmy się jednak tam, gdzie nikt nas się nie spodziewa: do hippisów. Z pozoru ani śladu gotyku, żadnych elementów wojskowych, rogów, rasistowskich haseł... Bo po co, skoro można przywalić prosto z mostu i narysować sobie dla New Age'owych celów swastykę. Jasne, że to hinduski symbol słońca, mający głęboką symbolikę, w dodatku odbity lustrzanie i w ogóle, ale traf chciał, że po drodze przydarzyły mu się szwadrony śmierci i, cóż, sieg heil, drodzy hippisi.

I tak to właśnie wygląda: gdzie się nie odwrócić, tam Adolf Hitler. Oto zawiłe ścieżki mody, historii i projektowania graficznego. Hitler to szkolny bunt i sportowe buty, młodzieńcza wrażliwość i kosmiczna harmonia, boiskowe ryty przejścia i czarne kozły z Babilonu. Stoi dziś po wszystkich stronach barykady i jak Jezus każdego tuli do serca, już bez względu na twardość charakteru albo czystość rasy. Widać czegoś się nauczył, odrobił lekcję z popkultury i poprawności. Jest wszędzie, każdy go zna i ma przed oczami, choć mało kto zdaje sobie sprawę, jak często. Podbił nas i nasze niszki, rozprysnął na milion kawałków i opadł delikatnie na wszystkich po równo jak piękny połyskliwy nazistowski śnieg.

DOPISEK Z 8 VI: Mikenn dosłał mi na maila dodatkowe grafiki PKS-u. Bardzo ładne i lokalne, piękne szczególnie siekierki. "Swoją drogą ", pisze, "to ciekawe, bo PKS powstał jeszcze w czasie wojny w 1945. Dlaczego nie budził wtedy faszyscynujących skojarzeń?". Cóż, za 50 lat, gdy koło historii się obróci, zapytają nas o coś podobnego i będą mieć na myśli warszawską Syrenkę: przecież ona przypomina nieco Statuę Wolności!


Foty z różnych miejsc.

1 komentarz:

  1. Pierwszy akapit świetny.

    Mam nadzieję, że nie zachodzi tutaj w żadnej mierze prawo Godwina. Z drugiej strony ciekaw jestem jak wyglądałaby analogiczna zasada, tyle że odnosząca się do osoby pani Monroe.

    Jedyną odtrutką na nazistowskie pekaesy, jest partyzantka autostopowa. Kciuki w górę (serca)!

    Moje serdeczności.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!