17 maja 2008

Komórkowcy muszą umrzeć

... czyli dlaczego nie da się rzucić palenia

Trudno wziąć na poważnie zapiski na paczkach papierosów w rodzaju "Palenie powoduje powolną i bolesną śmierć" albo "Palacze umierają młodziej" mimo urzędowej pieczęci ministra. Vladimir Jankelevitch mówi: "Wiem, że umrę, a jednak w to nie wierzę" (może to umieścić na fajkach?), i chyba trafnie oddaje nastrój większości ludzi, w tym i palaczy. Straszyć więc nie ma co, ludzie potrafią nie wierzyć w dużo lepiej ugruntowane tezy (jak teoria ewolucji i lądowanie na Księżycu). Inna strategia to odwołać się do dobra społecznego: wszak granice mojej wolności są granicami wolności innych. Dlatego minister ostrzega niekiedy: "Palenie poważnie szkodzi tobie i osobom w twoim otoczeniu". Co bardziej empatyczny palacz ulituje się więc może nad osobami ze swego otoczenia, dziatwą i starcami, którzy przez niego wdychać muszą trujący nikotynowy miazmat. Zaraz jednak w sukurs przyjdą uszczypliwi felietoniści lewicowych tygodników ze Stommą, Pilchem i Urbanem na czele, wyjątkowo pogodzeni na tę okazję z Korwinem-Mikke, którzy gromadą kabaretowych obrazów i analogii tudzież logiczno-praktycznych rozumowań dowiodą, że równie wolny jest ten, kto truje, jak ten, co samodzielnie odchodzi poza zasięg dymu, albo spytają, jak karać i leczyć kierowcę wyziewającego spaliny samochodu. A więc w zindywidualizowanej cywilizacji zachodu dobro innych jest niepewnym, inflacyjnym argumentem.

Pojawia się jednak trzecia droga: praca nad sobą przy pomocy specjalistów (wszak żyjemy w erze specjalistów, korzystanie z ich pomocy może więc być wręcz lanserskie). "Dzwoniąc pod numer 0 801 108 108, dowiesz się, jak rzucić palenie". Ha, propozycja nieomal biznesowa. Dlaczego więc i w tym przypadku pozostaję sceptykiem? Otóż numery zaczynające się od 801 nie są dostępne dla dzwoniących z komórki, która jest najbardziej naturalnym wyborem, gdy chodzi o prywatność, mobilność i możliwość samodzielnego ustalenia miejsca, z którego chce się zadzwonić, czy to dyskretne zacisze kawiarni, czy choćby domowa łazienka. Trzeba więc skorzystać ze stacjonarnego. W dobie komórek jednak mało kto taki telefon posiada: jeśli ktoś decyduje się już na płacenie za stacjo, zapewne ma dom i rodzinę, w dodatku pewnie dość liczną, żeby sobie lepiej uzasadnić potrzebę posiadania telefonu. Co więcej, skoro już jest aparat, to lepiej zamontować go w kilku pokojach. Istnieje więc uzasadnione ryzyko, że dziecięco-małżeńskie ucho podsłuchuje z drugiego pomieszczenia. A któż chciałby się przyznać, że dzwoni pod jakieś telefony zaufania? Kobiety palą rzadko i jako silniejsze łatwiej rzucają, mężczyźni zaś chcą wierzyć, że sami sobie poradzą, a przynajmniej muszą trzymać taki męski image na zewnątrz - więc nie mogą dać się podsłuchać. Tym bardziej że przecież, umówmy się, skoro już ktoś dzwoni na linię pomocową, zapewne nie skończy tylko na fajkach. Freud dobrze nas nauczył, że wszystko się z sobą wiąże, więc nie zdziwiłbym się, gdyby panie i panowie pod 801 regularnie wysłuchiwali zdań w rodzaju: "Chciałbym rzucić palenie, a poza tym moje życie seksualne jest w ruinie"; "Palę tylko długie papierosy oraz cygara, bo w dzieciństwie wujek...", ehm, itp. Czy ktoś chciałby opowiadać o takich sprawach z synkiem milcząco biorącym udział w dyskusji?

Można oczywiście wybrać godzinę, kiedy nikogo nie ma w domu. Pozostaje jednak billing. "Janusz, a co to za dziwny numer, ty cholerny erotomanie? Ja ci nie wystarczam, musisz się telefonicznie łajdaczyć?". Istnieje rzecz jasna karta telefoniczna i możliwość budki, ale chodzenie do budki telefonicznej, żeby wykonywać jakieś sekretne telefony, to coś z pogranicza burleski i dyszącego w słuchawkę zboczka. Z budki to może sobie dzwonić jakiś narkoman, co żyje na ulicy i dzwoni z ulicy, myśli nieszczęśliwie palący ojciec rodziny. Sami widzicie, że wiele osób się na to raczej nie zdecyduje.

I dlatego jeśli palisz, a przy tym korzystasz jedynie z komórki - lepiej szykuj czarny garnitur i uporządkuj swoje sprawy...

Cytaty z fajek wzięte z pamięci.

5 maja 2008

Perwersje skandalicznych statków

... czyli kobiety i dzieci najpierw

Ciężkie białe cielska tną płachty oceanów. Nocami brzmi na nich muzyka i rozrzutnie jarzą się rzędy kolorowych żarówek. Sprzęty są okrągłe, masywne i mosiężne - załoga w kancik galowy. Spośród wszystkich znanych luksusowych form środków transportu to właśnie statki są najbardziej próżniacze, to na ich chybocących się miarowo pokładach sięga zenitu nieopisana rozpusta bogaczy. Limuzyna, a zwłaszcza prywatny samolot są symbolami statusu i wyznacznikami osiągnięcia pułapu zasobności, której nie ma sensu mierzyć w jednostkach monetarnych (co jednakże ze skrupulatnością czynią dziennikarze tabloidów), gdyż przechodzi ono w sferę ważniejszą niż fiskalna, symboliczną. Ale to nie samolot jest szczytem demonstracji finansowego potlaczu i wyżyn nonszalancji: to statek.

Pociągi i samochody wciąż przyspieszają. Lotnictwo już od dawna jest znakiem prędkości. Statek jednak się nie spieszy, jego powolny marsz wyznacza cichy bas dyskretnych maszyn. Płynący mogą sobie bezkarnie pozwolić na jedno z najpoważniejszych przestępstw współczesności - marnowanie czasu. Nie tylko trwonią go w tempie morskiego kursu, ale też przeważnie u kresu wędrówki nie czeka ich nic przypominającego użytkowy cel. Samolot, choćby prywatny, użyty w najbardziej ekskluzywny sposób, np. przez jedną osobę mimo możliwości przewiezienia wielu, zawsze ostatecznie ląduje w miejscu stanowiącym cel, a jego lot jest sensowny, określony przez miejsce lądowania, zamknięty rozsądnymi ramami czasowymi i surowymi regułami lotniskowych regulaminów. Prywatny luksusowy lot to jakby zachcianka - kosztowna, wydumana, ale krótkotrwała i ulotna niczym pralina Rafaello, spięta sensownym miejscem wylotu i rozsądnym portem przeznaczenia, gdzie życie znów podejmuje bardziej lub mniej normalny rytm, czy chodzi o biznesowe spotkanie w Tokio, czy kolację przy świecach w Paryżu. Luksusowy statek nie płynie jednak na takich trasach - on wybiera porty absurdalne, tropikalne raje, zakupowe mekki, w których można jak półbogowie zejść dla krotochwili i jeszcze większej rozpusty między plebs, a potem powrócić na cierpliwy pokład i ruszyć ku kolejnym skandalicznie bezużytecznym miejscom. Bahama, Maui, Acapulco to nie są rozsądne porty przeznaczenia, miejsca mogące wyznaczyć ramę sensu podróży.

Statek jest najbardziej perwersyjny także z powodów zasugerowanych przez Archimedesa - można upakować na nim w jednostce powierzchni masę zbliżoną do masy budynku stojącego na lądzie, czego nie osiągnie się w przypadku samochodu czy nawet pociągu. To pozwala nie tylko stworzyć namiastkę mieszkania/hotelu jaką próbuje dać pociąg (samochód i samolot wypadają tu najgorzej, oferują tylko okna, fotele, barek, może kawałek korytarza i toaletę), ale nawet formę mieszkania przekroczyć i stworzyć nową, morską jakość: jedyne w swoim rodzaju relacje człowieka do przestrzeni, nad którymi unosi się aura erotyzmu zmieszana z iskierką niebezpieczeństwa wywołana przez sam fakt konieczności mijania się w wąskich korytarzach, oglądania tych samych pejzaży przy relingu, spotykania tych samych, coraz lepiej poznawanych osób w restauracji i na dance floorze, a wszystko to wystawione na działanie niekiedy wysokich przecież fal, zupełnie bezpiecznych, lecz groźnych symbolicznie na tyle, by mężczyzna poczuł się męski, zaś kobieta gotowa poddać się ochronie. Statek najrozrzutniej niesie swoją masę, szpanuje kutym mosiądzem i szlachetną stalą tam, gdzie nawet pociąg musi użyć dykty i aluminium. Nie kryje się z absurdalnymi ilościami śrub, nitów, szyb z grubego szkła, poręczy, wsporników, stalowych lin. Wszystko to idzie szykownie, rozrzutnie i kpiarsko na kurs kolizyjny z ekologicznym biadoleniem o wysokim spalaniu paliwa jak futro ze stu srebrnych lisów.

I wreszcie woda, po której statek się porusza, w której się perwersyjnie nurza, woda morska, najbardziej bezużyteczna, a zarazem najlepiej się kojarząca. Morska woda to plaża, delfiny, mewy i kurorty, surfing i opalone ciała, niewiele więcej, może jeszcze blada wizja - także romantyczna - pochylonego nad siecią rybaka. Zaś ziemia, po której jeździ samochód i pociąg, to głównie trud, brud (co spadnie na ziemię, staje się nieczyste), odległość i praca, kroki i schody, albo też jakieś inne rzeczy z szeregu tych zwyczajnych, powszednich. Powietrze samolotu natomiast to głównie terror zabójczej wysokości i złudne, okrutne marzenia o tak zwanej wolności latania, odebrane nam bez żadnej nadziei przez ewolucję i grawitację na korzyść huczącego, smrodliwego erzacu: airbusa.

Skandal luksusowych statków, słabo poznana topografia kołyszących się, ściekających szampanem erotycznych pokładów, przesuwa się na tle tropikalnych wybrzeży w rozedrganych marzeniach zbiorowego snu o kolorowych drinkach, diamentowych koliach i nieprzebranym, absurdalnym bogactwie.