19 kwietnia 2008

Stare znaczy dobre

... czyli jak Tygrysa pchły zagryzły

Kiedyś w rozmowie mój przyjaciel wspomniał o "latach pięćdziesiątych, kiedy jeszcze papierosy nie były szkodliwe". Polscy dżentelmeni z prowincjonalnych miejscowości, pamiętający jeszcze szyk międzywojnia, wsiadali po dniu uczciwej pracy na rower Ukraina i w kaszkiecie oraz garniturze z samodziału jechali do domu, by na lampowym radiu z oczkiem posłuchać wiadomości i wyobrazić sobie siebie na stołecznym bruku w eleganckim samochodzie marki Warszawa.

Papierosy nie szkodziły, garnitury i rowery były trwałe. Co innego dzisiaj: palenie powoduje impotencję, a wszystko pochodzi z Tajwanu. Zostańmy już przy tych rowerach. Dzisiejszy boom na stare wraki z babcinych strychów o skórzanych siodłach poskrzypujących na zardzewiałych sprężynach (na stronie firmy Felt takie modele zwą cafe bike - fajnie, nie?) ma swoje korzenie w poczuciu, że stare znaczy trwałe. Dzisiaj przerzutkę Shimano produkuje się w ramach określonej polityki jakości, która nie tylko realnie, ale i symbolicznie wyznacza jej trwałość, np. że ma wytrzymać ileś tysięcy km albo godzin jazdy. W latach 50., 60., 70. po prostu odlewało się ze stali piastę. Tak przynajmniej dziś myślimy. To samo z procesorami czy urządzeniami AGD, które, jak wieść miejska niesie, są projektowane na zepsucie po dwóch latach - a dawniej do radia kładło się przednie lampy i miało starczać na wieki wieków. Nawet Niemcy przegrali Łuk Kurski, bo nie nadążyli z produkcją Tygrysów - stal i precyzja wykonania była za dobra do szybkości ich niszczenia na polu bitwy, zabiła ich więc staroświecka, staromodna, cafebike'owa, kultowa nadjakość, która dzisiaj każe egzaltowanym pannom wyprowadzać zardzewiałe rowery na Grodzką i Szewską.

Weronika celnie zauważa, że w świecie maniaków fototechnicznych krążą długie i rozbudowane instrukcje, jak ze "znakomitego", "niepowtarzalnego" sprzętu typu Pentacon Six (1956-1990) lub choćby zwykłego Zenita, rękodzielniczo i majsterkowiczowsko usunąć obarczające go wady konstrukcyjne lub nabyte z wiekiem - bo przecież są to znakomite, "klasyczne" aparaty, jeśli tylko pominąć potężne drgania przy zamykaniu lustra, niesprawne światłomierze i mizerne czasy naświetlania. Współczesna zupełnie amatorska lustrzanka, np. popularny tuż przed erą cyfry Canon EOS 300 czy Nikon F50, to przecież tylko zabawka, plastikowa pchełka - mimo że ma lepsze czasy i świetny światłomierz, nie wspominając o autofokusie, wadze itp. Nie jest jednak przedmiotem starym, z kufra dziadka, więc nie jest dobra i trwała.

Stary krążownik szos (zapomnijmy o wtrysku, strefach zgniotu, niskim spalaniu, ABS, SRS, poduszkach) to nie tylko ekwiwalent mustanga prerii, pojazd wolności, ikona stylu życia, lecz też maszyna niepsująca się, bo nie ma "tej całej dzisiejszej elektroniki". Rzecz w tym, że w zestawieniu klasyczne/dzisiejsze obowiązują dwa standardy awaryjności. Jeśli w nowej lagunie krzywo zamiga kierunkowskaz, jedziemy do warsztatu z awanturą, mieląc w ustach przekleństwa pod adresem "cholernych francuskich aut". Ale amerykański samochód z lat 60., jeśli spojrzeć nań według tych samych kryteriów, jest w permanentnym stanie większego lub mniejszego zepsucia, bo przecież ciągle trzeba coś w nim zmieniać, podkręcać, regulować. Jednak ten sprzęt lokuje się w innym progu awaryjności - progu klasycznym - gdzie cieknący olej czy odpadająca manetka to żadne defekty w poza tym "znakomicie" przecież działającym wozie konesera.

Stary zardzewiały rower, niezależnie od tego, że jego osprzęt nawet, gdy był nowy, nie dorównywał precyzją wykonania i trwałością najtańszej przerzutce z lat 2000., jest rowerem symbolicznie niezniszczalnym; dostał się obecnie w sferę dyskursu klasyczności, a więc trwałości, jakości i porządności. (Następny poziom to dyskurs antyczności, różniący się tym, że antyki przestają być użytkowe, a stają się eksponatami - w tym tekście mówię o rzeczach użytkowych, działających wokół nas). Obarczone regulaminowymi limitami i technicznymi specyfikacjami współczesne produkty to tylko sezonowe zabawki przy żeliwno-drewnianych klasycznych konstrukcjach sprzed lat, gdy wszystko było przeznaczone dla pokoleń. To trochę jak z 90-letnim starcem: jaki trzeźwy i świadomy, wszystko pamięta, sam się porusza, umie zrobić zakupy! Te same umiejętności u 20-latka raczej nie budzą specjalnego zachwytu, podobnie jak w Eosie 300 fakt, że szybko robi ostre zdjęcia i dobrze mierzy światło. Lecz dla klasyków mamy specjalne kryteria i dzięki magii czerpiącej moc z nostalgii, jeśli się tylko trochę skupimy, potrafimy nie dostrzec plam rdzy czy luzów na gwincie, a liszaj pleśni lub kornikowe otwory weźmiemy za piękny starodawny deseń, cieszący oko kolekcjonera. Patynę wieku klasycznego.

Zdjęcie z bloga halfbakery.

4 komentarze:

  1. No to trochę tak jest, że jak coś jest stare to dostaje punkty dodatkowe za wiek, i nie musi śmigać jak funkiel nówka. Ale fakt, że dokłada się starań aby to w ogóle chodziło (patrz stary samochód) oswaja tą rzecz. Nowy wóz - oddajesz do warsztatu, bo w komputerze nie podziałasz. Stary - otwierasz garaż i dłubiesz do skutku. Nowy rower - kupujesz nową przerzutke za 20 złych, w starym - spedzasz godzinę na wyłapaniu o co chodzi w systemie linek i przekładni, a naprawiasz go następne 4. To jakby inny poziom relacji człowiek - przedmiot; nie tylko mam-wymagam, ale też zepsuło się-naprawiam. Żaden nowoczesny sprzęt tego nie zapewni, chyba ze wymiana baterii wystarczy żeby zżyć się z cyfrówką.

    Przykład z łukiem kurskim powinien być wg mnie użyty dokładnie odwrotnie - nowoczesne na owe czasy Pantery tym się na przykład różniły od archaicznego T-34, że do zmiany silnika potrzeba było warsztatu, całego sztabu fachmanów i tygodnia pracy, natomiast dla T-34 wystarczył komplet kluczy, załoga czołgu i gałąź do przewieszenia liny (obrazowy przykład sprzed lat, nie wykluczone że od Wołoszańskiego). Tak więc to nie przesadna dbałość o jakość a nowinki techniczne i postawienie na specjalizację położyło kolumny pancerne tysiącletniej rzeszy. Na mój gust to Rosjanie postawili na stare tanie trupy, które można było naprawić młotkiem, niczym dziś trabanta albo cafe bike.

    Co innego że są warsztaty, które specjalizują się w starych rowerach, tak więc egzaltowane pannice nie musza brudzić sobie rączek ani zaprzątać zaczesanych główek jak co działa. Czysto praktyczny aspekt starego sprzętu ("nie ma tu nic tak skomplikowanego, że samemu tego nie naprawię") schodzi na dalszy plan wobec mody i szpanu.

    Poza tym - jeśli coś przez 30 lat nie zasłużyło na wyrzucenie to o czymś to świadczy, nie ? i szczerze wątpię czy zobaczymy za 30 lat jakieś cinquecento czy daewoo na zabytkowych tablicach : )

    pozdrawia zbylud

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha, zgadzam się w pełni. Z wyjątkiem cinquecento i daewoo. Mamy już dziś kluby koneserów malucha, volkswagena golfa i trabanta, którzy będą udowadniać, że golf jedynka to pieśń klasyki, dizajnu i smaku. Pamiętajmy, że dzisiejsze wypaśne urządzenia i komputery do regulowania ustawień i bajerów zelektronizowanych samochodów kiedyś same będą klasyczne jak Commodore 64. Słowem - wszystko, co dziś masowe, obciachowe i nijakie, za jakiś czas - nie za długi - stać się może obiektem pożądania zafiksowanych analnie kolekcjonerów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moda, jak wszystko w ludzkiej naturze podąża krzywa sinusoidalną. Taką mam przynajmniej teorię... Kiedyś stare rowery były obciachowe, bo na rynek weszły nowinki technologiczne i ci, którzy nie przesiedli się na "nówkę" byli postrzegani jak "biedacy" lub "zacofańcy". Teraz, gdy codziennie zasypywani jesteśmy "nowinkami" przywykliśmy do nich i nie są już tak przełomowe, przez co zatraciliśmy nieco możliwości zabłyśnięcia. To otworzyło podwoje dla wspomnianej "nostalgii" i pozwoliło starociom stanąć na piedestale.

    Sam ma takie odczucia w stosunku do mojego Poloneza 1.4 GLI (1995 Rover), który nieustannie i nieubłaganie rozpada się i psuje. Karoseria jednak w bardzo dobrym stanie, silnik też pełen mocy, ale nic nie zmieni faktu, że to jednak konstrukcja sprzed prawie 15 lat! Paliwo żłopie jak smok, bezpieczeństwo zapewnia jedynie "legendarna" pancerna rama Poloneza... cała reszta to wymagający gruntownego remontu szlemc. Ale... TO PRZECIEŻ DOBRY SAMOCHÓD! Różnica jest jednak taka, że to nie obiekt kultu i nie jeżdżę nim, bo to szpanerskie. Ja go po prostu lubię, a jeżeli przetrwa jeszcze kilkanaście lat, to miło będzie mieć w garażu zabytek. Hehehe...

    Wczoraj widziałem w parku parę młodych ludzi. On, ubrany na "sportowo" miał nowoczesny aparat typu bridge. Ona, ubrana pretensjonalnie i "artystycznie niechlujnie", miała w reku antyczną Smiene, której czasów nawet nie mogła pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zbylud wie - kupił ładę, ja tymczasem inwestuję 90 złotych w niepozorną sprężynke do mojego konsekwentnie mylącego czas naręcznego zegarka, psującego się na wszelkie możliwe sposoby (ehh gdybym miał ów młotek...), mieszczącego się w standardzie między antykiem a rupieciem.

    Ja z sentymentu...

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!