3 kwietnia 2008

O włosach, tyłkach i okularach

... czyli czemu nie wiemy, jak wyglądamy

Wygląd innych ludzi opisujemy w bardzo ubogi sposób i za cholerę nie umiem dojść, dlaczego tak jest - oto zasadnicza teza tego tekstu.

Moja mama, wytrawny pedagog i wykładowca, powiedziała mi, że w programie nauczania dzieci w pierwszych klasach podstawówki jest proste ćwiczenie polegające na stworzeniu precyzyjnego opisu kolegi. Ma być w nim nie tylko, że to gruby brunet, ale np. że ma szeroko rozstawione oczy, prosty wąski nos, twarz okrągłą, wysoko wysklepioną czaszkę, mocno zarysowane kości policzkowe, budowę ciała taką czy inną itd. Z niedowierzaniem słuchałem, jak podstawówka (zwykle kojarząca mi się z opresywną matnią dziewiętnastowiecznych poglądów) wykorzystuje osiągnięcia antropologii fizycznej. Najwyraźniej jakiś pozytywistyczny rządowy luminarz dostrzegł, że tego rodzaju opisywanie to umiejętność tak ważna, iż rozwijać ją należy od lat najwcześniejszych - racja, brawo - atoli ugrzązł w typowym podstawówkowym paradoksie pospołu z funkcją liniową y=ax+b i cyklem rozmnażania sporofitów [UWAGA, ZOB. 1. KOMENTARZ DO TEGO POSTA]: to, czego uczymy się dawno i wówczas zdaje się mieć kapitalną wagę, jako pierwsze zapominamy. (Pamiętam swoje niedowierzanie, gdy jako szkrab pytałem czasem rodziców o przybliżenie jakiejś zawiłości ruchu jednostajnie przyspieszonego, a spotykałem się z zakłopotanymi uśmiechami. Jak to, myślałem zdumiony, niby doświadczeni, mądrzy, dorośli, a nie pamiętają tak bazowej rzeczy? Więc jak oni sobie w ogóle dają z czymkolwiek radę...?? Pytania te zresztą pozostały, choć odnosiły się do innych rzeczy na każdym kolejnym etapie życia. Ale sentymenty na bok).


Poser, program do modelowania ludzkich postaci. Modelowanie odbywa się za pomocą pokręteł, którymi dobiera się parametry elementów części ciała. Takich pokręteł brak w naszej codziennej mowie.

Częstej konieczności opisywania, jak ktoś wygląda, czy to w sytuacjach plotkarskich, czy dramatycznych, nie muszę nikomu uzmysławiać. Orientowanie się osobnika w relacjach i hierarchiach panujących w jego społecznej konstelacji to jedna z podstawowych umiejętności, konieczności życiowych i rozrywek wszystkich zwierząt naczelnych (a chyba i nienaczelnych), w tym człowieka. Nauki społeczne gładko wchodzą w świat symboli, kapitałów, wymian, dominacji, obcości itd. i z tego kąta przyglądają się procesom zachodzącym w języku: jak robić rzeczy słowami, jak wywierać wpływ, jakie są pojęcia na określanie obcego, świętego, brudnego, jak wyrazy stają się nacechowane itp. Natomiast nie zwraca się uwagi na sprawę dość podstawową, czyli opisywanie wyglądu. Gdybym był tym wyświechtanym potencjalnym Marsjaninem, który w setkach różnych poglądowych sytuacji przylatuje na Ziemię i czemuś tam się dziwi, a symbolizuje obiektywne, niezależne, nieskażone wcześniejszą o nas wiedzą oko, to po krótkiej obserwacji uznałbym, że w języku Ziemian muszą występować i być często używane rozległe, skuteczne sposoby opisu innych przedstawicieli gatunku. Szczególnie opisu wizualnego, ale nie tylko. I jako ów prostoduszny Marsjanin zdziwiłbym się niezmiernie, że gdy dwie osoby rozmawiają o trzeciej i chcą ustalić, o kogo dokładnie chodzi, mówią np.: niska z ciemnymi włosami; bardzo chudy i przygarbiony; czarna, co chodzi w glanach; z włosami dotąd, takimi lekko kręconymi, ale nie za bardzo, i pulchna; w okularach, blondyn, normalnie zbudowany.

Widzicie już, o co mi chodzi? Jesteśmy gatunkiem potrafiącym rozróżniać miliony detali w otoczeniu, dla którego jedną z najważniejszych aktywności jest aktywność społeczna, a opisujemy się nawzajem po kolorze włosów, wieku, wzroście i że ktoś nosi okulary. (Uwaga, nosiciele kontaktów, wracajcie zatem do okularów, bo przez was słabną więzi społeczne). Jeśli znajdzie się już ktoś (zgadnijcie, kto) kto czasem korzysta z tamtej wiedzy z podstawówki, którą na antropologii sobie odświeżył, w najlepszym razie spotyka się z zaskoczonym spojrzeniem, w najgorszym z głupawym komentarzem ("Ho ho, co za opis, robisz list gończy?"). Jeśli zaś w sposób szczegółowy czy celny mówić będziemy np. o samochodzie, zostaniemy uznani raczej za specjalistę i człowieka znającego się na rzeczy. Nie twierdzę zresztą bynajmniej, że "metoda antropologiczna" (czyli opis sylwetki, czaszki, cech wizerunku innych niż włosy i wzrost) jest jedynie słuszna, i wyobrażam sobie różne inne metody, np. metodę numeryczną, heurystyczną, behawioralną czy poetycką (na czym mogłyby polegać, niech każdy sobie dopowie). Rzuca mi się przede wszystkim w oczy, że z jakiegoś powodu reagujemy niechęcią na uszczegółowiony opis innego człowieka i nie korzystając z posiadanych przecież narzędzi językowych, mocno zubożamy z jednej strony konkretne umiejętności identyfikowania nieobecnych, z drugiej własny obraz zawartego w tym niekompletnym, mętnym języku świata.


Second Life. Świat, w którym uczestnika reprezentuje jego ludek modelowany na zasadach Posera. Można w ciągu minut stworzyć absolutnie oryginalnego ludka, prawie bez ograniczeń. A jednak wszyscy wyglądają prawie identycznie. Czy to nie jest m.in. kwestia braku praktyki w mówieniu/myśleniu o kształcie ciała?

Przychodzą mi do głowy różne wyjaśnienia, czemu tak jest. Wg jednego z nich, szybciej i łatwiej opiszemy człowieka przez jego przynależność subkulturową czy cechy nie fizyczne, a tymczasowe - sposób ubierania się (metal, kaflara), mówienia (ten, co tak głośno rechocze), miejsce zajmowane w czasie spotkania czy w szeregu (ta, co siedziała pod fikusem), afiliacje z innymi członkami grupy (psiapsiółka Joli) itp. Inne wyjaśnienie jest takie, że podawanie różnych cech osoby mogłoby być zarazem poczytane za odnoszący się do niej komentarz: kpinę czy szyderstwo. Nie każdy odważy się powiedzieć, że ktoś ma czarną skórę (rasistowski skandal!), może tak samo jest z szerokością czaszki, długością ramion czy sposobem chodzenia. Wreszcie można by stwierdzić, że różne cząstkowe sposoby opisu, których na co dzień używamy, i te wyżej podane, i różne inne, ogólnie składają się na zestaw narzędzi, który ostatecznie, z braku jakiejś spójnej i kompletnej metodyki, jest nam wystarczający. To wszystko mnie jednak po zastanowieniu nie przekonuje - precyzyjny opis jest często potrzebny każdemu, nie ogranicza się do sfery specjalistycznej, a zresztą każdy jest przecież specjalistą, jeśli chodzi o życie społeczne, bo w nim uczestniczy i siłą rzeczy musi umieć identyfikować. Co do nacechowania języka, nie jest to chyba bariera zasadnicza - na grube dupsko, koślawe nogi i pryszcze też są polityczne określenia - zresztą język o dużym stopniu neutralności istnieje; gdyby zaś nie istniał, moje pytanie pozostawałoby w mocy: dlaczego właśnie w tej sferze mamy tendencję do tworzenia jakichś mechanizmów podejrzliwości, politycznej poprawności itp., które blokują i zamącają zasadnicze płaszczyzny porozumiewania? Wreszcie o tym, czy doraźne sposoby wystarczają: no cóż, jakoś tam wystarczają, skoro świat społeczny wciąż się kręci, ale są mało skuteczne, jeśli przypomnicie sobie, jak przeważnie ciężko jest opisać osobę mało znaną rozmówcy i jak często kończy się na stwierdzeniu "No dobra, jak ją spotkamy, to ci powiem, że o nią chodziło", nie wspominając o próbie opisania kogoś i wyróżnienia w anonimowym tłumie, mimo że w przypadku samochodu byłoby to stosunkowo łatwe.

Z jakiegoś powodu scedowaliśmy umiejętności opisu ludzi na policjantów, lekarzy, antropologów - ale i pisarzy - tak jakby wymagały urzędowego zaświadczenia o zdolności posługiwania się nimi. Marcel Mauss na początku wieku zwracał uwagę, jak niewiele potrafimy powiedzieć o sposobach posługiwania się ciałem, zarzucając czytelników słynnego eseju anegdotkami z różnych sytuacji. Jako jego blogowy epigon cofam się nawet o krok dalej, ku mówieniu o ciele jako takim, a anegdotki każdy z was zna z własnego codziennego doświadczenia. I że nie przychodzi mi do głowy żadna światła myśl na zwieńczenie dzieła, powiem jak Miyamoto Musashi na końcu każdej z nauk: "Należy na to zagadnienie zwrócić baczną uwagę".

Czuj duch.

2 komentarze:

  1. Jak zawsze świetny tekst. Zauważyłem jednak błąd rzeczowy. Sformułowanie: "cyklem rozmnażania sporofitów" nie jest poprawny. Sporofit to stadium rozmnażania. Dla pewności upewniłem się u osób kończących biologię na UJ. Ta konstrukcja nie jest poprawna.

    Pozdrawiam
    Nat

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za miłe słowa i przede wszystkim za wskazanie błędu. By się pokajać, nie usuwam go z treści posta, tylko dodaję tam adnotację.

    Natomiast w zabawny sposób pokazuje on, że zdanie, w którym się znalazł, jest prawdziwe: to, czego uczymy się dawno, jako pierwsze zapominamy. :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!