28 lutego 2008

Kulty filmożerców

... albo jak przestałem się bać i pokochałem zapach napalmu rankiem

Najprawdopodobniej ujawni się przy okazji rozmowy o kinie, bo właśnie filmy są najbardziej kultystogenne, chociaż literatura i inne sfery działalności artystycznej
także nie są od nich wolne. Możesz go poznać przypadkiem, ale równie dobrze może nieoczekiwanie wychynąć z człowieka, którego znasz od lat. To kultysta, istota zachłyśnięta.

Kult, rzecz jasna, wymaga przedmiotu uwielbienia, czyli właśnie filmu, a nawet pojedynczej sceny czy dialogu. Przedmiot ten odznacza się kilkoma cechami, które kultysta będzie mógł w niego dla własnych potrzeb wprojektować. Przede wszystkim film musi sprawiać wrażenie, że odwołuje się do jakiegoś uniwersum symbolicznego. Czyli nie mówić wprost i być trochę niejasny. Jeśli powiedzieć: wojna jest straszna i niszczy umysł, nie można liczyć na grono kultystów. Należy to ująć inaczej: uwielbiam zapach napalmu rankiem. Zamiast stwierdzić, że rzeczywistość jest zakręcona, trzeba pokazać dramatyczną historię o wyborze niebieskiej lub czerwonej pigułki. Można stwierdzić, że media to opera komercji i głupoty, ale lepiej nakręcić historię, jak psychopatyczni zabójcy mordują znanego kolarza na autostradzie 666. Wiemy, że różne rzeczy są do dupy, ale i tak staczamy się przez nie w ciemność - to wie każdy, ale żeby się ludzie zachłysnęli, nie obejdzie się bez sceny odżynania ręki gnijącej od walenia w żyłę hery. Przykładem laboratoryjnym jest "Odyseja kosmiczna" - część "2001", jako zakręcona, jest kultowa, bo nadaje się dla celów kultystów jak pustynia w Arizonie dla tropicieli UFO. O części "2010", gdzie wywalono kawę na ławę, nie każdy nawet słyszał. (I dobrze).

Płynnie przechodzę do innej częstej cechy środków kultystogennych: umiejętne i bezkompromisowe dawkowanie przemocy. Postacie kultowe żyją często wśród śmierci i zniszczenia, a kultysta wie dobrze, że te rzeczy nie są w filmie dla hucpy, tylko mają określone głębokie znaczenie. Świat gangsterów jest brutalny i pełen banalnych zabójstw, co dostrzegamy w scenie przypadkowego strzału w łeb w samochodzie. Młodzieżowe gangi napadają na domy londyńskich bogaczy w rytm dziewiątej symfonii i tu odczytujemy prawdy o moralności stojącej poza dobrem i złem.

Ale uwaga: nie można przedobrzyć. Kult budzą filmy, które nie są przegięte, a symbole poddają się łatwym interpretacjom. Prawdy, do których prowadzą, zawarte w szerokim spektrum koncepcji o mrocznej naturze człowieka, muszą dawać się łatwo z nich wydobyć. Łzy w deszczu, przeciwsłoneczne lustrzanki, dialog o ćwierćfunciaku z serem, surfing pod ostrzałem - łatwo rozpoznawalne pieczęcie kultu, symbole jak gminne drogowskazy. Jeśli jednak kluczowa scena jest zagęszczona, poprowadzi kilka kroków dalej, przestaje być kultystogenna lub w każdym razie grono kultystów zawęża się do grupki geeków i dziwadeł. Egzekucja w "Tańcząc w ciemnościach", amatorski film jedenastoletniego transwestyty w "Tarnation", dzielenie chleba na początku "Powrotu" - to pieczęcie wymykające się kultystycznym machinacjom nad materią filmu, które nie zaowocują miłością kultystów.

Machinacjom? A jakże. Bo wyżej pisałem trochę ironicznie na zasadzie porad dla twórców kina, ale to tylko taka prowokacja - bo to nie u producentów (lub nie do końca) jest recepta na kult, ona spoczywa w głowach kultystów, którzy żerują na kultystogennych elementach zawartych w dziele. To kultysta na własny użytek odpowiednio najpierw wydobywa, potem formatuje te wszystkie "czadowe sceny" i "syte dialogi", przystawia je do swoich poznawczych siatek pojęciowych, czyta w kontekście pokolenia ("Clerks", a nie za ostre "Kids"), realiów ("Rejs", a nie "Bez znieczulenia") czy mody ("Truposz", a konkretnie Depp, choć nie zbyt... swoiste "Dziewiąte wrota"). Machinacje kultysty polegają na wyciągnięciu z filmu ogólnego wrażenia i odcedzeniu w gruncie rzeczy ogólnie znanych, prostych prawd o życiu, przemocy, ludzkiej duszy, komercji, pogrążaniu się, wilczej naturze człowieka. Ba, kultyści, co zaobserwowałem w naszych, kultystów, rozmowach, przeważnie w ogóle nie wyjaśniają sobie, czemu dana scena była dobra i symboliczna: poprzestają na konstatacji, że była, jakby wszystko samo się rozumiało bez słów. Naprawdę można zrozumieć kultowego "Słonia" zupełnie na własną rękę? Albo choćby "2001: Odyseję kosmiczną"? A skoro tak, skoro nic tam więcej nie ma poza paroma czadowymi scenami, które prowadzą do ogólnie znanych prawd, to po co kręcono film? Naprawdę po to, żeby pokazać wybuchy w dżungli? Najgorliwsi pożeracze kina muszą mieć o nim niekiedy niskie mniemanie.


W ten sposób z rasowego, symbolicznego kina kult robi jakiś odwar wybranych scenek, teledysk, filmowego bryka. Pieczęcie kultu, czyli garść dialogów i ujęć, przenikają coraz dalej i szerzej, rozprzestrzenia się schemat widzenia filmu przez ich pryzmat. Kultyści w dodatku fascynują się konkretem: dialogiem, cytatem. Interpretowanie zastępuje uporczywe powtarzanie, wielokrotne oglądanie, cytowanie z pamięci słów bohaterów wybranych według ich jakiejś największej sytości - i to chyba najbardziej widoczny przejaw kultyzmu. Nie trzeba rozmawiać o istocie tego, co się zobaczyło, wystarczy porozumiewać się cytatami i słowami bohaterów. To ciekawy przypadek, w którym na metapoziom, do opowieści o przedmiocie, z powrotem wsącza się sam przedmiot, czyniąc ewentualną refleksję czy próbę odczytania albo dyskusji bezsilną. Jak w szkółce koranicznej kultyści uczą się na pamięć i powtarzają bezbłędnie, chociaż nie rozumieją języka, którym mówią, wystarczy wrażenie, że grzeją się grupowo w świętym cieple i każdy zna te same wersety.

Siostry i bracia kultyści, musimy być czujni! Gdy w scenie z ostrzelaniem drzewa genealogicznego ludzkiego gatunku przez samobieżnego robota nachodzą nas prostackie myśli o buncie sztucznych inteligencji, nie dawajmy się zwieść pozorom. Widząc niedokończony napis "Pourquoi" z paczek Gauloise'ów, walnijmy się w łeb, nim pomyślimy o symbolicznym przedstawieniu trywialności życia. I ten słynny napalm rankiem, i przesłuchanie replikanta, i urodzeni mordercy mają więcej do powiedzenia niż zawarto w kilku zdaniach porucznika Kilgore'a albo teście Voigta-Kampfa - są to nie bez przyczyny uznane arcydzieła kina - ale tylko tyle chce się odkryć naszemu kultystycznemu ośrodkowi w mózgu, który łatwo i szybko wszystko redukuje (bo na pewno taki ośrodek jest, bardzo aktywny u dziennikarzy). By go zagłuszyć, można palić zioło przy emisji filmu, ale efekty mogą się trochę jednak różnić od zamierzonego głębokiego wglądu i przemyślanej interpretacji. Na początek polecam więc rozmowę ze współoglądaczami i zadawanie mnóstwa z pozoru głupich pytań do filmu. Naprawdę można się zaskoczyć rozrzutem widzenia pozornie oczywistych rzeczy. I nie zapamiętujcie żadnych cytatów.

A wy, dekaefy, gdzieście się podziały??


Grafiki: na Vinmag.com można nabyć napalmowy t-shirt w rozmiarach dla dzieci od 1 do 11 roku życia. A Leon nie chciał rozmawiać o mamie. Czemu? Nas, kultystów, nie pytajcie.

Dzięki dla Weroniki za parę celnych uwag.

10 lutego 2008

Jak etnolog laptop kupował

... czyli antytechnokratyczny bunt rodzin

splendor okazałość, świetność, wspaniałość, blask, przepych.
Etym. - łac. 'jw.' od splendere 'błyszczeć'.
[słownik Kopalińskiego]


Kupowanie laptopa dla tak protestancko zorientowanego
konsumenta jak ja nie jest wcale prostą sprawą. Gdy się jest kutwą i skąpcem, zaczyna się drobiazgowa analiza danych z pomocą Google'a, Ceneo.pl, Skapiec.pl itd. i kursowanie po marketach w celu zestawienia wirtualnych opisów z tak zwaną rzeczywistością. Nie po to, by sprzęt kupić rzecz jasna, tylko żeby go zobaczyć, a potem dać zarobić małym sklepikom internetowym, które Amerykanie umieszczają w klasie przedsiębiorczości typu "dot com". Wejść do sklepu, zapłacić, wziąć pudełko z towarem... dziwaczne, nie?

Być może wiecie, że od pewnego czasu wszystkie laptopy mają monitory (w żargonie "matryce" w sumie niczym się nie różniące od stacjonarnego monitora LCD, ale słówko znać i używać należy), które wyglądają, jakby nałożono na nie szybę. Kto na rok dwa stracił laptopowy rynek z oczu, może się zdziwić tak jak ja. To, co było symbolem jakości, czyli płaska, ostra, matowa powierzchnia ekranu, jest obecnie szklaną płytą kojarzącą się raczej z płytą grzejną kuchni elektrycznej niż komputerem. Od dziś ekran twojego laptopa przepraszam, notebooka, bo to dawniej cenny komputer kładło się na podołku (lap) jak dziecię, dziś raczej spogląda się na jego walory użytkowe i jest notesem (notebook) więc ekran ten teraz już świecić się może jak gładkie, wypucowane ajaksem powierzchnie kuchenne, klarownie odbijać świetlne igrce słońca i ciepłe energooszczędne oświetlenie rodzinnego domu. Co też czyni, niemal zupełnie uniemożliwiając pracę lub sprowadzając ją do zabawnych wygibasów, gdy użytkownik stara się uniknąć odbić światła i przepędzić słońce/lampę zza pleców. Dzisiejszy posiadacz notebooka to człowiek, który odwraca się tyłem do ciemności i słońce ma zawsze przed sobą, odwrotnie niż rewolwerowiec czy samuraj.

Spytacie, skąd ta refleksująca szyba na ekranie i po co wykonywać technologiczny krok wstecz. Umówmy się, nie chodzi przecież o pracę na laptopie, tylko o emocje i symbole, które się z nim wiążą. Bo z jednej strony laptopy mocno staniały, z drugiej elektronika doszła do poziomu, przy którym podnoszenie parametrów komputera ma sens jedynie w niektórych przypadkach: do nowych gier i pracy na fachowym oprogramowaniu. Tymczasem 95% użytkowników serfuje po sieci, słucha muzyki, ogląda filmy i okazjonalnie korzysta z Worda czy raczej PowerPointa, a do tych zadań procesor 1 GHz i 256 MB Ramu wystarczą w zupełności. Żyjemy więc w ciekawych czasach: coraz starsze i tańsze komputery zaspokajają większość potrzeb większości ludzi. Tak więc stworzenie mody na laptopy to duży sukces producentów: inwazja mas na gałąź jeszcze 3 4 lata temu dość specjalistyczną, biznesową i drogą pozwala na chwilę przełamać stagnację. W ten sposób tworzy się nowe potrzeby resztę klienci sami sobie uzasadnią (bo laptop zajmuje mniej miejsca, bo go mogę zabrać do pociągu, bo nie jest aż taki drogi, bo jest cichy, bo lubię mojego laptopa). W dodatku, co ciekawe, wydaje się, że klasyczny laptop nie spełnia zbyt dobrze masowych oczekiwań: monitor ma za mały do oglądania filmów i dysk twardy nie za duży (a wszak masy to kumulatorzy filmów i muzyki), jest czarny albo szary i do tego kanciasty, a poza tym osobisty, dla jednej osoby, a nie "społecznościowy", a masy przecież potrzebują się gromadzić.

Spójrzmy więc, co się dzieje. Klasyczny ekran o proporcjach 4:3 zmienia się na 16:10, żeby można było wykorzystać większą powierzchnię do oglądania filmów kinowych. Dyski twarde rozbudowuje się kosztem innych podzespołów, np. kart graficznych i muzycznych, głośników czy płyt głównych. Pojawiają się wbudowane kamery do gromadnych sesji rozmów na żywo. Wkracza design kolorowy i nasycony świecącymi elementami ("Notebook Acer Aspire 5920 jest pierwszym modelem, zaprojektowanym zgodnie z przełomową koncepcją inspirowaną wyglądem kamieni szlachetnych" inf. producenta). Rynek zostaje nasączony sygnałami, że sprzęt nadaje się dla rodziny. Laptop przestaje być nudnym zawodowym instrumentem pracy, kojarzonym z czymś osobistym, z poufnymi danymi, wykresami korporacyjnymi, którymi nie należy się dzielić, z jakąś nową wersją niedostępnej czarnej, skórzanej walizki ojca. Staje się familijną zabawką. ("Notebooki z tej serii opracowano tak, aby mogły pełnić funkcje centrum domowej rozrywki dla całej rodziny" inf. prod.).

I tu pojawia się refleksyjna szyba. Wpisuje się w tę samą strukturę, z której korzystała średniowieczna zasada splendoru czyli w pozytywne wartościowanie tego, co się błyszczy, świeci, złoci, odbija światło. Monitor błyszczący już nazwą deklasuje matowy. Słyszy się głosy, że dzięki zastosowaniu szyby kolory są "soczystsze" i "głębsze", jest lepszy "kontrast", obraz jest "wyraźniejszy". To cytaty forumowiczów i sprzedawców od żadnego nie usłyszałem zaś prawdziwej (i jedynej) zalety szyby, z której wynikają pozostałe opisywane efekty, czyli tego, że bardziej nasycona jest czerń i nic więcej, co stwierdzam autorytatywnie jako człowiek siedzący w fotografii i grafice (no bo co, gadać o jakiejś czerni klientowi?! że obraz będzie bardziej czarny?!!). Rodzina nie chce matu i jakiegoś realizmu tonacji barwnej, ona potrzebuje koloru, blasku, refleksów, odbić. W świecie laptopów trwa bowiem antytechnokratyczny bunt rodzin. Jeszcze ma szansę potrwać, bo dzisiejsze laptopy wciąż stoją na rozdrożu są już kiczowate, ale jeszcze nie aż tak kolorowe i familijne, jak mogłyby być. Producenci, do dzieła!

Na zdjęciach: laptop NEC La Vie G Hello Kitty ("Jest nawet lalka Barbie z serii Hello Kitty, która nosi pas, naszyjnik i kurtkę z wizerunkiem sławnego bezustnego kota" - za PC & Laptop review); rodzina przy laptopie z Encyklopedii Britanniki; pokrowce na laptopy za Lapstyle.com.

2 lutego 2008

Charles Manson i meteoryty

... czyli mit natychmiastowy

Większość ludzi kojarzy nazwisko Charlesa Mansona z parareligijną sektą i masowymi morderstwami.
Niektórym dodatkowo przypomina się nazwisko Sharon Tate i Romana Polańskiego. Manson stał się ikoną postmodernistycznego, miejskiego, bezrozumnego bestialstwa. Stanowi jedno z tych zjawisk, które się starły od ciągłego używania, jak Che Guevara, Elvis Presley i E=mc^2: jak powiedziałby dziennikarz - ikony popkultury, rzeczy tak znane, że czujemy się zwolnieni z obowiązku dowiadywania się o nich więcej. Kto wie, może taki research zakrawałby wręcz na chorą fascynację.

Fakty, które przedstawię, pochodzą z (angielskiej) Wikipedii. To historia Mansona w telegraficznym skrócie. Trafiłem na to wszystko przypadkiem, przełączając się od hasła do hasła. Jestem pewny, że was zaskoczę.

W mroźną wigilię roku 1968 Manson zebrał wokół ogniska swoich zwolenników (rodzinę, jak się określali), po większości dziewczyny, i wyłożył im po raz pierwszy swoje poglądy, które dopracował w ciągu następnych trzech miesięcy, przekształcając je w opowieść o przyszłych losach świata. Otóż w najbliższym czasie, twierdził Charles, biali rasiści zaczną walczyć z białymi nierasistami o kwestię traktowania czarnych. Wskutek różnych napięć, których wyrazem miało być np. niedawne morderstwo Martina L. Kinga, rozpęta się między nimi wielka wojna i w jej wyniku wszyscy biali wyginą. Na świecie pozostaną zatem masy czarnych pogrążające się stopniowo w chaosie czarni nie potrafią bowiem organizować się i tworzyć ładu społecznego. Manson jest jednak przewidujący: wraz ze swoją grupą ucieknie zawczasu w niedostępną dzicz, na ranczo w kalifornijskiej Dolinie Śmierci. Po całym zamieszaniu z wielką wojną rodzina wyjdzie na powierzchnię. Jako ostatnia i jedyna grupa białych na świecie przejmie panowanie nad wszystkim, będąc w naturalny sposób zaaprobowana czy wręcz wybrana przez masy do władzy. (Marzenie Mansona o zamknięciu, izolacji, zapadnięciu w "bezdenną czeluść" [bottomless pit], do której nie dobiega zgiełk świata, wiele razy przejawia się w jego wypowiedziach więziennych (przed morderstwami i po nich), kiedy twierdzi, że chce wrócić do celi i nie jest w stanie konfrontować się ze światem).

Poza istniejącymi już napięciami wśród białych narracji Mansona potrzebny był dodatkowy element, który wyzwoli wielką rzeź. Miała się nim stać muzyka płyta rockowa nagrana przez rodzinę. Ruszyły więc przygotowania, niestety jednak płyta nie ukazała się początkowo entuzjastycznie nastawiony do jej nagrania Terry Melcher, zabawny jegomość w białym garniturku, producent Beach Boysów, wycofał się w ostatniej chwili. Rock nie znika jednak z planów Mansona, przeciwnie, jest z nimi organicznie zespolony. Niedługo po nagraniu White Albumu przez Beatlesów Manson obwieszcza rodzinie, że brytyjscy muzycy, piosenka po piosence, zakodowali i przedstawili jego własny scenariusz, adresując płynący z płyty zaszyfrowany przekaz bezpośrednio do niego i rodziny. Dla niektórych melomanów The White Album to jedna z najważniejszych płyt w historii rocka. Dwudziestym trzecim kawałkiem jest niezwykły, szorstki i żywiołowy Helter Skelter, określany jako utwór protometalowy w owym czasie najostrzejsza nuta w historii. I tak właśnie helter skelter nazywać się teraz będzie wielka ostateczna wojna, starcie białych z białymi i białych z czarnymi.

Znamy już mitologię Mansona. Uwierzywszy w nią, kilkoro członków rodziny pojechało do dawnego domu Terry'ego Melchera, by dokonać brutalnej i krwawej rzezi wszystkich, których tam napotkają. Melcher nie mieszkał już w tamtym miejscu o czym Manson wiedział i traf chciał, że dom przejęła po nim rodzina Romana Polańskiego, w dniu napadu nieobecnego. Jego ciężarna żona Sharon Tate, przyjaciel Wojciech Frykowski (jego wnuczką jest bigbrotherowa bezpruderyjna Frytka) i dwie inne osoby padły ofiarą rodziny Mansona. Myśl była taka: pojechać do bogatej dzielnicy, wymordować grupę białych, a dowody podrzucić w dzielnicy czarnych (i przy okazji do niemożliwości wystraszyć krnąbrnego producenta Melchera). Wówczas wybuchnie helter skelter.

Plan powiódł się częściowo: wspomniane wyżej i kolejne morderstwa zostały wykonane, ale jak wiemy, wielka wojna nie wybuchła i na świecie rządzą ciągle jakieś gadające głowy zamiast Charlesa Mansona. Po złapaniu szefa rodziny rozpoczął się najmedialniejszy z procesów sądowych, w czasie którego pozostający na wolności członkowie grupy koczowali i demonstrowali w budynkach sądów. Naśladując Mansona ("wykreśliłem się ze społeczeństwa", mówił), przyszli na jedną z rozpraw z iksami wymalowanymi na czole. Po serii wyroków skazujących rodzina się rozpadła.

*

Mitologia sekty Mansona przyciągnęła moją uwagę z paru powodów. Po pierwsze, zdumiało mnie, jak niewiele wiadomo Polakom o tamtych sprawach, mimo że kamp, gore i kontrkulturowo-industrialowo-splatterpunkowe zajawki, które mogłyby prowadzić zainteresowanych na trop Mansona, siedzą mocno w naszej kulturze od lat. Już samo to jest swoistym fenomenem im bardziej wyeksponowany staje się jakiś temat, tym płyciej się go eksploruje, jakby jego historia i istota tkwiła w jednym zdaniu, dawała się streścić zdjęciem, wizerunkiem na t-shircie albo półminutowym spotem w wiadomościach; to wiedza powszechna, każdy ją ma zwalnia z poszukiwań. Prowadzi do tworzenia znaków pustych, kreuje postaci, które wbiły się tak głęboko do wnętrza dyskursu popularnego, że niczym meteoryt spalający się w atmosferze, straciły wszystko poza jednym wizerunkiem, zdjęciem, melodią, logiem, sentencją.

Druga sprawa ma związek z mitologią sekty. Zwróćcie uwagę, że pomimo posiadania narracyjnej struktury właściwej dla opowieści religijnej (objawienie proroka, święty tekst, lud wybrany, rekluzja, czas "potopu", oczyszczenie, eschatologiczne odrodzenie i nastanie raju), nie zawiera w swojej warstwie obrazów i symboli żadnych elementów tradycyjnie kojarzonych z kościołami, czy to dawnymi, czy odłamowymi. (Manson ponoć cytował swym wyznawcom fragmenty rozdz. 9 Księgi Objawienia, ale członkowie rodziny twierdzą, że religia chrześcijańska nie odgrywała żadnej poważnej roli w ich życiu). Tymczasem do tej pory o ile mi wiadomo każda z niebezpiecznych i morderczych sekt posługiwała się pojęciami mającymi podkreślić jej związek z systemami dawnymi, transcendentnymi, niosącymi ezoteryczną tajemnicę, jak hinduizm, buddyzm, krisznyzm czy katolicyzm. Tak było w szwajcarskiej Świątyni Słońca albo sekcie Jonesa w Gujanie, oba przypadki zakończone masowymi morderstwami i samobójstwami. Tymczasem Manson wyprodukował mitologię w oparciu o płytę rockową. Spowodował, że ludzie zabijali, wierząc w przekaz zakodowany nie w księdze pradawnej czy choćby sprokurowanej na potrzeby kultu (vide mormoni), ale w piosenkach Beatlesów. Prawdą jest, że lider każdej sekty jest interpretatorem słowa bożego, który ma moc rozumienia i dekodowania mistycznych przekazów. Manson przesunął jednak mit z czasu przed czasem, z uniwersum snów, ze sfery pełnej przedwiecznych mocy, do realiów świata tu i teraz, muzyki z list przebojów, biblii wyśpiewanej w brytyjskim studiu nagrań. Stworzył mitologię natychmiastową. Religię-hamburgera.

A trzeci wniosek, a raczej pytanie retoryczne, brzmi: jeśli dwadzieścia pięć osób jest w stanie uwierzyć, że w popularnej piosence zaszyfrowano wiadomość, która nakazuje mordować w imię nadchodzącej wojny, to czy jest coś jeszcze, w co ludzie mogą nie uwierzyć?

Charles Manson odsiaduje dożywocie. Może ubiegać się o przedterminowe zwolnienie w 2012 roku. Będzie miał wtedy 78 lat.

Zdjęcie Mansona i okładka płyty Melchera za Wikipedią.

Poszła morduj Karolinka do Gogolina przeciwników, a Karliczek jedynej za nią słusznej jak za młodą wiary panią, z flaszeczką w Cthulhu wina.