21 stycznia 2008

Single, geje, romantycy

... czyli czego nie ma w TV, chociaż każdy myśli, że jest

Gdy łaziłem kiedyś po Krakowie, rzucił mi się w oczy billboard reklamujący portal Single.pl. Patrzyłem, patrzyłem i nagle poczułem ostry dysonans między obrazem a słowem. Gdy myślę o singlach, do głowy przychodzą mi drogie kosmetyki, nocne kluby, motocykle, rozpięte koszule, kusicielsko-gustowne wdzianka młodych businesswomen, aromat płynów po goleniu seksownych kreatywnych, muzyka house, bajzel w domu, genderowe książki na półkach i trwające trzy dni związki. Na billboardzie natomiast zobaczyłem migdalącą się do siebie obciachową parkę w otoczonym kwiatkami wielkim różowym sercu. Wszedłem na tę stronkę i przeczytałem: "Szukanie partnera pośród 5 milionów singli", "Znajdź wymarzonego partnera". Często pada słowo "flirt", ale mnóstwo zarejestrowanych osób, sądząc po profilach, ma raczej konserwatywne podejście do szybkiego seksu czy ostrego imprezowania i raczej nie tego zdaje się szukać. (Chociaż nie wnikałem aż tak. Dlatego nie będzie pikantnego ciągu dalszego).

Gdzieś tu jest najwyraźniej problem z definicją. Przecież nie ma sensu posługiwanie się pojęciem singla w inny sposób niż dla określenia stylu życia, a nie tylko faktu, że się szuka faceta/dziewczyny. Są do tego lepsze, znane już określenia, jak choćby "wolny", czyli potencjalnie do wzięcia. Wolny konotuje możliwość związania się i pełnego zaangażowania (i taką otoczkę tworzy Single.pl), a singiel - związania tylko w określony sposób, na krótko i mało intensywnie, na zasadach, że tak powiem, ograniczonej ingerencji. Bycie singlem to coś jeszcze więcej: przywiązanie do pewnej sfery symboli, być może nieco innej dla każdego singla, jednak zbudowanej wokół rdzenia określonych wyborów w modzie, muzyce, wystroju wnętrza, czytanej literaturze itp. - ma miejsce pewne lgnięcie do dizajnu, dbanie o szczegół, śledzenie trendów bliskich klasie średniej i sferom dobrze sytuowanym, lecz odchylonych ku "drapieżniczemu" sposobowi spędzania sobotnich wieczorów. Dla singla chyba jest znacznie ważniejsze, czy drink wypijany w barze na rogu jest odpowiednio "miejski", stajli i jazzy, no i czy sam bar to nie wstyd dla image'u, niż dla jego kolegi z żoną i dziećmi.

A więc zrugałem Single.pl, teraz będę rugał jak zawsze telewizornię. Weronika powiedziała mi, że według robiących w popie socjologów postać singla nie występuje właściwie (lub marginalnie) w popkulturze. W pierwszym odruchu chce się zawołać: "Jak to, przecież to taki oklepany temat, zaraz cię zasypię przykładami"... i na tym się kończy cwaniakowanie, bo naprawdę ciężko jest wymyślić np. serial czy film emitowany w Polsce, gdzie występuje postać singla. I - uwaga - nie jakiejś zranionej kobiety czy zawiedzionego życiem samotnika, który pod koniec odcinka trafia na swoją wymarzoną kochankę, tylko autentycznego singla prowadzącego singlowy tryb życia, słuchającego singlowej muzy w singlowym aucie i singlowych ciuchach, dla którego związek nie jest wielką romantyczną miłością, tylko rzeczą przyjemną, praktyczną i krótkoterminową.

Bo single najwyraźniej nie są romantyczni. Pokazywać takie rzeczy w telewizji to chyba gorszące, może nawet grzech jakiś. Jak to tak, żyć bez wielkiej miłości w planach, bez ślubu z koniem zamiatającym ziemię ogonem? Przecież miłość to paliwo popkultury. W dodatku jest nieodmiennie kojarzona z wartościami, do których się dąży i kropka. Romantyczny happy end to sukces bohaterów, spełnienie dążenia - musi wiązać się z miłością i trwałym związkiem. Także z odnalezieniem tzw. sensu życia, bo przecież kariera zawodowa, własny rozwój, uczenie się języków, podróże, stopnie naukowe, pisanie książek i opowiadań, malarstwo, tworzenie bloga i zdobywanie medali sportowych nie liczą się w popkulturze, są ułamkiem jedynki, dekoracją, narzędziem zdobywania punktów społecznych w wyścigu po uczucie, i najwyżej preludium do odnalezienia sensu ostatecznego w wielkiej miłości.

Ponoć presja społeczna wywierana na niezamężnych powoduje, że w granicach 35 - 40 roku życia ostatecznie padają singlowe bastiony na rzecz rodzinki, dzieci, kredytu mieszkaniowego i grilla. Nawet nie chodzi tu o jakieś szeptane kpiny ze starych panien jak w wiktoriańskiej Anglii, ale wykruszanie grupy odniesienia: dla singli rodzajem zastępczej rodziny jest paczka znajomych. Jeśli ci kolejno pobierają się i mają dzieci, nie mogą przychodzić już więcej do knajp i dalej uczestniczyć w życiu grupy, która przez to staje się coraz mniej liczna. Ja zbliżam się dopiero do tej strasznej granicy, więc nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale wydaje się to mieć sens.

I wiecie co? Singlowość może jednak rozkwitać - w środowiskach gejowskich. Homki (przynajmniej na razie) mają problemy z adoptowaniem dzieci, w związku z czym mogą być stale obecni w knajpie. Gej nie powie, że musi wracać przed jedenastą, by się zamienić z facetem przy pilnowaniu berbecia. Lesbijce nie przeszkadza dym z papierosa, bo zwykle nie bywa w ciąży. I może dlatego oba te fenomeny kultury mają się ku sobie i przenikają, a trasy miejskich migracji gejów i lesbijek zachodzą na trasy singli. W końcu na krakowskim Wielopolu, kombinacie najpopularniejszych knajp, nieprzypadkowo "Kitsch" sąsiaduje z "Łubu Dubu", a schody z jednego przybytku do drugiego rozbrzmiewają podążającymi w obie strony krokami.

A więc geje i single wszystkich krajów, łączcie się!

2 komentarze:

  1. Z tą "kulturą singli" to teraz jest dziwnie. Niby promuje się całą tą pewność siebie, powalający wygląd, imprezowy światopogląd i nieskrępowanie w kontaktach d-m, a jednak ciągle gdzieś "zgrzyta". Pokusiłabym się o stwierdzenie, że mimo wszystko bycie singlem budzi w społeczeństwie mieszane uczucia. Jako stała czytelniczka skądinąd "kultowego" magazynu Cosmopolitan powiem co następuje: mimo, że cały ten kult bycia stajlisz i open i jazzy i faszion wiktim sobie istnieje, mimo, że trąbią o tym, że z pompką do łechtaczki można sobie lepiej poradzić, niż z facetem, mimo, że kobieta niczego prócz samej siebie, opasłej szafy i wysokiej pensji do szczęścia nie potrzebuje to jednak - świat się kręci wokół facetów. Mało tego: wokół miłości. A miłość = związek. Co drugi magazyn widzę artykuły: jak być wampem, jak zawrócić każdemu w głowie, jak zarabiać więcej, jak odmłodzić się o 10 lat, ale uwaga: tuż obok artykułów z rodzaju: "spraw by w waszym związku znów zagościła namiętność", "jak stworzyć udany związek", "101 prawd o związkach, które pomogą wam być szczęśliwą parą" etc. Bycie singlem jest super o ile ma się na boku jakiegoś jelenia, z którym w razie potrzeby można pójść na wesele do przyjaciółki, pokazać się na kolacji u znajomych i w takich tam innych sytuacjach, gdzie wszyscy przyprowadzają "ogon". Do tego dobrze by było, gdyby ów "jeleń" świata poza tobą nie widział. Wspólnota łoża i stołu już niekoniecznie, ale dobrze mieć jego numer na początku listy, w razie czego. Mimo wszystko gdzieś pokutuje przekonanie, że single to osobniki, którzy nie potrafią zbudować zdrowej relacji z drugą osobą, w jakiś sposób ułomni, tacy, co im "nie wychodzi". A jak już się ma 30tkę czy 40tkę na kartku i dalej "nie wychodzi", to najwidoczniej pozostaje już tylko czytać porady w gazetach i założyć konto na single/sympatia. Albo w najnowszym Cosmo poszukać listy poradni psychologicznych. Bo chodzenie do psychologa jest przecież tak samo na topie jak cotygodniowy manikiur.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chylę czoło przed znawczynią tematu i podziwiam bogactwo materiału źródłowego. Cóż dodać, trafne spostrzeżenia. A pompka do łechtaczki mnie urzekła.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!