21 stycznia 2008

Single, geje, romantycy

... czyli czego nie ma w TV, chociaż każdy myśli, że jest

Gdy łaziłem kiedyś po Krakowie, rzucił mi się w oczy billboard reklamujący portal Single.pl. Patrzyłem, patrzyłem i nagle poczułem ostry dysonans między obrazem a słowem. Gdy myślę o singlach, do głowy przychodzą mi drogie kosmetyki, nocne kluby, motocykle, rozpięte koszule, kusicielsko-gustowne wdzianka młodych businesswomen, aromat płynów po goleniu seksownych kreatywnych, muzyka house, bajzel w domu, genderowe książki na półkach i trwające trzy dni związki. Na billboardzie natomiast zobaczyłem migdalącą się do siebie obciachową parkę w otoczonym kwiatkami wielkim różowym sercu. Wszedłem na tę stronkę i przeczytałem: "Szukanie partnera pośród 5 milionów singli", "Znajdź wymarzonego partnera". Często pada słowo "flirt", ale mnóstwo zarejestrowanych osób, sądząc po profilach, ma raczej konserwatywne podejście do szybkiego seksu czy ostrego imprezowania i raczej nie tego zdaje się szukać. (Chociaż nie wnikałem aż tak. Dlatego nie będzie pikantnego ciągu dalszego).

Gdzieś tu jest najwyraźniej problem z definicją. Przecież nie ma sensu posługiwanie się pojęciem singla w inny sposób niż dla określenia stylu życia, a nie tylko faktu, że się szuka faceta/dziewczyny. Są do tego lepsze, znane już określenia, jak choćby "wolny", czyli potencjalnie do wzięcia. Wolny konotuje możliwość związania się i pełnego zaangażowania (i taką otoczkę tworzy Single.pl), a singiel - związania tylko w określony sposób, na krótko i mało intensywnie, na zasadach, że tak powiem, ograniczonej ingerencji. Bycie singlem to coś jeszcze więcej: przywiązanie do pewnej sfery symboli, być może nieco innej dla każdego singla, jednak zbudowanej wokół rdzenia określonych wyborów w modzie, muzyce, wystroju wnętrza, czytanej literaturze itp. - ma miejsce pewne lgnięcie do dizajnu, dbanie o szczegół, śledzenie trendów bliskich klasie średniej i sferom dobrze sytuowanym, lecz odchylonych ku "drapieżniczemu" sposobowi spędzania sobotnich wieczorów. Dla singla chyba jest znacznie ważniejsze, czy drink wypijany w barze na rogu jest odpowiednio "miejski", stajli i jazzy, no i czy sam bar to nie wstyd dla image'u, niż dla jego kolegi z żoną i dziećmi.

A więc zrugałem Single.pl, teraz będę rugał jak zawsze telewizornię. Weronika powiedziała mi, że według robiących w popie socjologów postać singla nie występuje właściwie (lub marginalnie) w popkulturze. W pierwszym odruchu chce się zawołać: "Jak to, przecież to taki oklepany temat, zaraz cię zasypię przykładami"... i na tym się kończy cwaniakowanie, bo naprawdę ciężko jest wymyślić np. serial czy film emitowany w Polsce, gdzie występuje postać singla. I - uwaga - nie jakiejś zranionej kobiety czy zawiedzionego życiem samotnika, który pod koniec odcinka trafia na swoją wymarzoną kochankę, tylko autentycznego singla prowadzącego singlowy tryb życia, słuchającego singlowej muzy w singlowym aucie i singlowych ciuchach, dla którego związek nie jest wielką romantyczną miłością, tylko rzeczą przyjemną, praktyczną i krótkoterminową.

Bo single najwyraźniej nie są romantyczni. Pokazywać takie rzeczy w telewizji to chyba gorszące, może nawet grzech jakiś. Jak to tak, żyć bez wielkiej miłości w planach, bez ślubu z koniem zamiatającym ziemię ogonem? Przecież miłość to paliwo popkultury. W dodatku jest nieodmiennie kojarzona z wartościami, do których się dąży i kropka. Romantyczny happy end to sukces bohaterów, spełnienie dążenia - musi wiązać się z miłością i trwałym związkiem. Także z odnalezieniem tzw. sensu życia, bo przecież kariera zawodowa, własny rozwój, uczenie się języków, podróże, stopnie naukowe, pisanie książek i opowiadań, malarstwo, tworzenie bloga i zdobywanie medali sportowych nie liczą się w popkulturze, są ułamkiem jedynki, dekoracją, narzędziem zdobywania punktów społecznych w wyścigu po uczucie, i najwyżej preludium do odnalezienia sensu ostatecznego w wielkiej miłości.

Ponoć presja społeczna wywierana na niezamężnych powoduje, że w granicach 35 - 40 roku życia ostatecznie padają singlowe bastiony na rzecz rodzinki, dzieci, kredytu mieszkaniowego i grilla. Nawet nie chodzi tu o jakieś szeptane kpiny ze starych panien jak w wiktoriańskiej Anglii, ale wykruszanie grupy odniesienia: dla singli rodzajem zastępczej rodziny jest paczka znajomych. Jeśli ci kolejno pobierają się i mają dzieci, nie mogą przychodzić już więcej do knajp i dalej uczestniczyć w życiu grupy, która przez to staje się coraz mniej liczna. Ja zbliżam się dopiero do tej strasznej granicy, więc nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale wydaje się to mieć sens.

I wiecie co? Singlowość może jednak rozkwitać - w środowiskach gejowskich. Homki (przynajmniej na razie) mają problemy z adoptowaniem dzieci, w związku z czym mogą być stale obecni w knajpie. Gej nie powie, że musi wracać przed jedenastą, by się zamienić z facetem przy pilnowaniu berbecia. Lesbijce nie przeszkadza dym z papierosa, bo zwykle nie bywa w ciąży. I może dlatego oba te fenomeny kultury mają się ku sobie i przenikają, a trasy miejskich migracji gejów i lesbijek zachodzą na trasy singli. W końcu na krakowskim Wielopolu, kombinacie najpopularniejszych knajp, nieprzypadkowo "Kitsch" sąsiaduje z "Łubu Dubu", a schody z jednego przybytku do drugiego rozbrzmiewają podążającymi w obie strony krokami.

A więc geje i single wszystkich krajów, łączcie się!

13 stycznia 2008

Nieprzejrzystość, niepewność, oczywistość

... czyli czy na pewno wiemy to, co chyba powinniśmy wiedzieć


Sądzę, że niewykorzystywanym, a dobrym i skutecznym pojęciem dla opisu współczesnego bytowania człowieka w świecie jest nieprzejrzystość. To sprawa, która zajmuje mnie od dłuższego czasu i rozgałęzia się na różne strony, dlatego być może będę jeszcze do niej wracał w przyszłości. Poniżej chciałbym najogólniej przedstawić pojęcia i rzucić kilka wolnych myśli. Uprzedzam lojalnie, że tekst jest dość długi jak na wpis w blogu, ale sądzę, że dotyczy spraw, które mówią nam coś o nas samych.

Nieprzejrzystość i niepewność to dwa aspekty jednej sprawy. Pierwszy dotyczy budowy i natury świata, drugi – stanu poznającej ten świat osoby. Nieprzejrzystość powstaje jednak w głowie, ma oparcie w rzeczywistości, lecz jest subiektywna. Rodzi się w chwili, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że nie ogarnia i nie rozumie sposobu działania danego wycinka świata i że taka czy inna sfera budzi jego niepewność, zakłopotanie, zażenowanie, wstyd czy zagubienie. Mowa tu o najróżniejszych fragmentach rzeczywistości takich jak instytucje i korporacje, ale też organizacja przestrzeni społecznej, miejskiej czy komunikacja albo natura zachodzenia różnych procesów. Istotnym czynnikiem jest również to, czy osoba odnosi wrażenie, że spoczywa na niej społeczne oczekiwanie, by dany fragment rzeczywistości rozumiała. W takim razie nieprzejrzystość jest stanem subiektywnym, w którym łączy się faktyczny stopień skomplikowania rzeczywistości (zagmatwanie przepisów, wielkość instytucji, niejasne wskazówki postępowania) ze sposobem i umiejętnością jej postrzegania przez człowieka (zdolność odczytywania określonych znaków i sygnałów) oraz oczekiwaniami grupy odniesienia (często niewyrażonymi wprost, których istnienie jest tylko zakładane przez osobę). Warto do tego dodać założenie o wierze ludzi w to, że rzeczywistość jest uporządkowana – jeśli nie w plan całościowy, globalny, to różne drobne plany – a za tym porządkiem stoi zrozumiały schemat. Kategoria nieprzejrzystości jest tak dla mnie interesująca, bo wskazuje na drobne rozdźwięki, rozsunięcia, rysy w postrzeganiu i podchodzeniu do przestrzeni zdawałoby się oswojonej, prostej i zwykłej. Rozdźwięki te rzadko się wyraża czy opisuje, bo sprawy bardziej dramatyczne przykuwają uwagę tak socjologów, jak reporterów. A właśnie te sytuacje, w których każdego dnia rodzi się niepewność, przekładają się na sposób, naturę i komfort ludzkiego istnienia tu i teraz.


Garść przykładów. Architektoniczny projekt galerii handlowej może powodować wrażenie nieprzejrzystości przestrzeni i instytucji. Wchodzę do galerii i chcę kupić koszulę. Czy wiem, gdzie należy się skierować? Drogowskaz z nazwami butików odsyła mnie do dwudziestu sklepów o rozmaicie brzmiących nazwach – czy powinienem orientować się po nazwach i projektach graficznych, w których sklepach można kupić ubrania, a które sprzedają zabawki albo obuwie? Wchodzę do sklepu i widzę kilka koszul, ale chciałbym zobaczyć więcej wzorów – czy znajdę je w dalszej części sklepu, czy warto zapuszczać się między ubrania damskie albo młodzieżowe z nadzieją, że gdzieś będzie kolejny wieszak z koszulami? Czy powinienem po jakichś sygnałach rozumieć i łatwo opanowywać przestrzeń sklepu wokół mnie i czy ponieważ mam tego rodzaju wątpliwości, nie odstaję w jakiś sposób od innych ludzi? Czy dobrze rozumiem sygnały płynące z rzeczywistości, czy widzę ich tyle samo i to samo dla mnie znaczą co dla każdego? Wiem przecież, że sklep zaprojektowano w oparciu o jakiś zapewne racjonalny i zrozumiały plan, a skoro inni ludzie się w nim gładko poruszają (tak to przynajmniej wygląda), mogę zacząć podejrzewać, że odstaję od modelu człowieka, do którego ów plan został przymierzony – czyli człowieka normalnego.

Inny przykład to instytucja państwowa. Różne badania wskazują, że osoby na kierowniczych stanowiskach nie rozumieją zasad działania firmy, np. specyfiki pracy prostych pracowników. Ale lepiej nieprzejrzystość instytucji widać na zderzeniu petenta z maszyną urzędową: załatwienie prostej sprawy w urzędzie wiąże się z pytaniami podobnej natury co przedstawione przy okazji sklepu, tzn. czy dobrze rozumiem tę niejasną rzeczywistość i czy nie jest tak, że inni rozumieją ją lepiej? Czy stoję we właściwej kolejce, czy skompletowałem wszystkie potrzebne dokumenty, czy ludzie wokół mnie, którzy wyglądają na spokojnych i pewnych siebie, nie robią wszystkiego znacznie skuteczniej, bo posiedli wiedzę dla mnie z jakiegoś powodu – być może z powodu moich ograniczeń – niedostępną.

Stawiam roboczą tezę, że przestrzenie i procesy świata, które uważa się za zwyczajne, codzienne, niewymagające komentarza, bywają nieprzejrzyste, ponieważ zadajemy sobie o nie pytania i zestawiamy możliwe odpowiedzi z wiedzą, jaką podejrzewamy u innych osób. W tych prozaicznych chwilach, gdy ogarnia nas zdenerwowanie, że się zapomniało, gdzie stoi samochód, gdy nie wiadomo, z którego przystanku pojechać, mimo że znaki i opisy powinny być wystarczające, albo rozmowa komentatorów w telewizji wydaje się za trudna, powstaje napięcie, wstyd czy zażenowanie, które są jednym z istotnych elementów kondycji współczesnego człowieka. Świat jest bowiem światem znaków, których można nie dostrzec lub źle je zinterpretować. Jest przy tym światem ludzi, których wiedza pozostaje dla nas nieznana, więc potencjalnie lepiej orientują się w różnych sferach rzeczywistości niż my, co budzi dyskomfort.

Ludzie wytworzyli strategie maskowania niepewności, różne drobne gesty, które mają sprawiać wrażenie, że są zorientowani, a ich działania celowe. Kiedyś mój sąsiad wysiadł na moim piętrze z windy, zamiast pojechać wyżej, gdzie mieszkał – mógł obrócić sprawę w żart, wolał jednak stwierdzić, że otóż bada sprawność windy i teatralnie postukać w zawiasy z miną technicznego eksperta. Gdyby wybrał to pierwsze wyjście, również byłaby to strategia walki z niepewnością. Te strategie to próby negocjowania ze stanowiącymi grupę odniesienia sąsiadami tego, co dopuszczalne, wiadome, będące „ludzkim błędem”, i tego, co wskazuje na dziwaczność, nieporadność, zasługujące na kpinę popełnianie błędu przy zwykłym wysiadaniu z widny. (Mój sąsiad wybrał co prawda strategię, która przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego, ale to inna sprawa). Tłum wokół nas dlatego wygląda na tak zorientowany, bo poszczególne składające się nań osoby (a w tym i my) wiedzą, jak sprawiać wrażenie dobrze poinformowanych, a w każdym razie w dziedzinach banalnych.

Dużą popularnością cieszy się program Pogromcy mitów na Discovery i cała seria programów pokazujących, jak zachodzą takie czy inne procesy albo działają różne instytucje bliskie człowiekowi. Jak powstają gumki do mazania czy kolorowe karmelki, jakie techniki stosuje policja. W jednej z reklamówek Discovery chwali się, pokazując kolejne otwierane drzwi z napisami STOP, ZAKAZ WSTĘPU, NIE WCHODZIĆ, że dociera tam, gdzie normalnie wniknąć się nie da. Prawdopodobnie programy takie realizują bardzo ważną potrzebę człowieka: sprawiają wrażenie, że łamią nieprzejrzystość świata, wyjaśniają to, co jednocześnie tajemne i codzienne. Sam fakt istnienia programu o mitach fałszujących prozaiczną rzeczywistość (czy umyty chemią kibel może eksplodować, jeśli wrzucić doń papierosa? jak upada kanapka z masłem? czy biegnąc, zmokniemy w deszczu bardziej niż idąc?) oznacza, że inni ludzie także zadają sobie podobne pytania, zatem jesteśmy zwolnieni z obowiązku dokładnej wiedzy na te tematy. Taka świadomość znacznie obniża napięcie. Dlatego paradoksalnie teczka z aktami opisana ŚCIŚLE TAJNE jest według mojej teorii mniej nieprzejrzysta niż supermarket albo rozkład jazdy PKP: w pierwszym przypadku jesteśmy pewni, że nikt nie oczekuje od nas wiedzy na ten temat i możemy wykluczyć problem ze świadomości – nie powstaje w nas niepewność; w drugim przypadku, mimo że rzecz leży w sferze codzienności – a może właśnie dlatego – stajemy przed koniecznością podejmowania różnych drobnych praktycznych decyzji, które podejmują też wszyscy inni, i możemy robić to lepiej lub gorzej, odczuwać dyskomfort i błądzić w terenie, który z pozoru powinniśmy mieć świetnie opanowany. W dodatku podzielenie się niepewnością nie jest łatwe – można się ośmieszyć, nie będąc pewnym, czy dla rozmówcy dana wiedza, pochodząca z ogólnodostępnej przecież sfery codzienności, nie jest oczywista. W końcu każdy wie, jak się robi zakupy albo jeździ pociągami, a jeśli nie wie, to chyba jest idiotą. Własne poczucie oczywistości w pewnych sprawach czy też wyobrażenie o tym, że inni mają takie poczucie, jest więc istotnym czynnikiem hamującym łamanie nieprzejrzystości świata: utrudnia, jeśli nie uniemożliwia, zadawanie pytań. I stąd, poza programami na Discovery, seria tematycznych książek typu Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o ..., ale zawsze baliście się zapytać.

Pogromcy mitów wyjaśniają sprawy z pogranicza fizyki i folklorystyki, usiłują likwidować miejskie legendy czy mity codzienności. Nieprzejrzystość jest kategorią, której blisko do stereotypu, a stereotyp to przecież starszy brat teorii spisku. I tu kolejny paradoks: zdawałoby się, że tworzenie czy wierzenie w wyjaśnienia magiczne to dodatkowe zamącanie prostych spraw. W rzeczywistości stereotypy i teorie spiskowe dają łatwy i klarowny obraz świata i pokazują racjonalny plan za dziejącymi się wydarzeniami, co świetnie pozwala uniknąć nieprzejrzystości i realizuje potrzebę logicznego świata. O tym jednak wie nawet dziennikarz. Chciałbym więc zwrócić uwagę na dodatkowy aspekt sprawy: teoria spisku redukuje także niepewność, ponieważ o ile w przypadku sklepów i PKP mamy do czynienia z wiedzą i wizją świata, jaką wszyscy mniej więcej dzielimy, o tyle przy teoriach spiskowych ich wyznawcy mogą mieć poczucie elitarności i świadomość, że nie wszyscy muszą i mogą wiedzieć to, co wiedzą oni. W taki sposób do garstki wybrańców, ludzi poinformowanych, redukuje się grupa odniesienia i (wyobrażone) społeczne oczekiwania nie powodują takiego dyskomfortu, napięcia i niepewności.

Atoli można wyobrazić sobie człowieka, który generalnie ma wszystko w dupie, zbuntowanego artystę czy roztrzepanego geniusza. Nie interesuje go, co sądzą inni, buszuje w galerii handlowej, przymierzając damskie sukienki, awanturuje się głośno w urzędach. Można chyba stwierdzić, że niepewność pochodząca z doznawanej nieprzejrzystości świata zależy w jakiś sposób od stopnia zinternalizowania norm społecznych, od tego, czy bardziej, czy mniej liczymy się ze zdaniem i opinią innych. Więc ta kategoria działa głównie w podstawowej grupie odniesienia człowieka. Punkowy piosenkarz zrobi burdę w ekskluzywnym sklepie, ale już siedząc u siebie na squacie, będzie się zastanawiał z zakłopotaniem, czy to tylko on nie pamięta nazw producentów gitar basowych, czy wszyscy kumple z załogi, i na ile ważna dla grupy jest to wiedza.

Kategoria nieprzejrzystości pozwala zastanawiać się nie tylko nad tym, czemu ludzie robią to, co robią, ale też dlaczego czegoś nie robią, choć zdawałoby się, że powinni. To zajście z innej strony problemu, który psychologia nazywa dyfuzją odpowiedzialności: skoro każdy sądzi, że któraś z dziesięciu obecnych przy wypadku osób na pewno zadzwoni po karetkę, w efekcie nie dzwoni nikt. Ja dodam do tego, iż ma tu miejsce wytwarzane przez poczucie niepewności przekonanie, że inni mają lepszy stan wiedzy o świecie lub jego wybranych aspektach i że w związku z tym działają celniej i skuteczniej. Niekiedy przypuszczenie takie miewa podstawy – należy sądzić, że eksperci i fachowcy w danej dziedzinie lepiej się na niej znają – ale przeważnie tak nie jest. Zwykli ludzie wchodzący do galerii handlowej zadają sobie te same pytania i mają tę samą potrzebę wiary w jakiś porządek stojący za światem co my, podobnie jak obserwatorzy wypadku itp. Natomiast z pewnością w świecie, który wyobrażamy sobie jako zdominowany przez osoby lepiej zorientowane, bywalców, światowców, fachowców, rola autorytetu nabiera szczególnego znaczenia. Są tacy, mówimy sobie, którzy wiedzą lepiej, rozumują jaśniej, nauczyli się, pojęli, ogarnęli, „mają łeb”. Od papieża czy innego guru po hydraulika, autorytety pstrzą nasz świat jak dominanty w płaskiej przestrzeni, latarnie w półmroku. O ile wśród osób podobnych do nas, w anonimowym tłumie supermarketu musimy odczuwać niepewność, bo są to postacie podobne i łatwo możemy zestawić je z sobą, o tyle wobec autorytetów możemy czuć się swobodnie – nie ma oczekiwań, by ogarniać takie czy inne wycinki świata równie dobrze jak oni, ponieważ mają coś w rodzaju licencji na bezkonkurencyjność. Owe autorytety wykorzystują gamę środków, by nas w tym przekonaniu utwierdzać; my z kolei lubujemy się w testowaniu ich autentyczności, demaskowaniu jako patałachów, partaczy, chałturników.

Ale to już materiał na kolejną opowieść. Ja zaś dziękuję za cierpliwość.

Dopisek z 27 maja 2008
znalazłem świetny kawałek z Philipa Dicka:
Każdy zakłada, że wszyscy inni wiedzą, co robią. Z kolei wszyscy zakładają, że my wiemy, co robimy. Ale tak nie jest. Nie dzieje się nic i nikt nie wie, co jest grane. Nikt niczego nie ukrywa, może tylko to, że już nic nie rozumie i chciałby iść do domu.

W tekście Wielka szyba Duchampa i zdjęcie z Krakoff.info.

10 stycznia 2008

Anime i podskoki bohaterów

Kiedy mowa o konwencji anime, przeważnie na myśl przychodzą wielkie oczy i małe usteczka długonogich panienek. Wiadomo jednak, że anime to nie tylko sposób przedstawiania, ale też rodzaj przekazu zawierający w sobie liczne gatunki, z których każdy jest głęboko skonwencjonalizowany pod względem obecności określonych elementów czy modułów fabularno-przedstawieniowych.

Jest pewien motyw, który pojawia się w japońskich animkach tak regularnie, że po przyjęciu dawki paru godzin emisji widz przestaje zwracać na niego uwagę, jakby był naturalnym i logicznym elementem fabuły, tłem, warunkiem sine qua non. Otóż w większości filmów istotne postacie co pewien czas zajmują miejsce na jakimś stromym wyniesieniu - filarze, iglicy, gzymsie, urwisku, wieżowcu, kalenicy - z którego na stojąco lub w przykucu obserwują wydarzenia. Mogą to być bohaterowie pozytywni lub negatywni, ludzie lub istoty magiczne. Rozwinięciem i konsekwencją tego motywu jest walka w powietrzu - starcia postaci, które odbijają się od ziemi/dachu itd., i lecąc, walczą. Nie chodzi tu o zwykły podskok, ale długi, wysoki, przekraczający wszelkie fizyczne możliwości lot.

Przykłady. Największy klasyk to chyba postać Tuxedo Mask z Czarodziejki z Księżyca, który regularnie pojawia się na jakiejś latarni. W Ninja Scroll źli siepacze skaczą z dachu na dach, a na początku filmu rozgrywa się walka wojowników ninja na gałęziach drzew. Dachowe akrobacje wyczynia tytułowa bohaterka Księżniczki Mononoke. W ostatnim epizodzie Ergo Proxy ma miejsce powietrzno-podniebna walka bohaterów. W latach 90. w TVP był serial o piłkarzach, gdzie większość ważnych akcji rozgrywa się kilka metrów nad ziemią w dekoracji kolorowych teł i ukośnych kreseczek symbolizujących prędkość. Czarodziejki z Księżyca też nierzadko walczą, unosząc się nad ziemią, i w swoistych zawieszeniach czasu akcji deklamują zaklęcia. W hentaice Dark Warrior Koji zarówno demony i bohaterowie czają się na latarniach, gzymsach i dachach. Nawet w anime tak realistycznym i odległym od typowych konwencji, jakim jest Ghost in the Shell, znajdujemy ślady podniebnych akrobacji - pamiętacie scenę, w której Kusanagi ściga Marokańczyka z pistoletem maszynowym, skacze po budynkach przy bazarze i w końcu, lądując z dużej wysokości, wbija się w metalowe płyty jakiegoś dachu?

Dla podniebnych sytuacji w anime charakterystyczne jest drwienie z wysokości. Zabójcza, rzekłbyś, odległość od ziemi nie stanowi zagrożenia dla postaci i ta nie bierze jej w rachubę, przyczajona, pogrążona w snuciu morderczych planów. Nigdy nie widziałem sceny, w której bohater przykucnięty na kalenicy nagle spada i łamie kręgosłup. Najwyraźniej funkcja umieszczania akcji na wysokości jest tutaj inna niż w kinie i animacji zachodniej. Dachowe sceny w europejskiej sensacji służą budowaniu napięcia i budzeniu (atawistycznego?) strachu przed spadaniem; nawet w amerykańskich animacjach typu Struś Pędziwiatr animki boją się przepaści i rozpadlin (typowy komiczny motyw nieopatrznego wybiegnięcia bohatera nad przepaść, przerażenie i gwałtowne machanie nogami by powrócić na ląd, jakby dopiero świadomość nagłego znalezienia się w pustce uruchamiała czynnik grawitacji). A kiedy rąbną w ziemię, nad głową latają im gwiazdki i ćwierkają ptaszki szoku. Powiecie, że w animacji typu marvelowskiego, chyba najbardziej zbliżonej konwencją do anime, znajdujemy Spidermana i Batmana, którzy również nie boją się upadku - lecz te postacie są w pewnym sensie definicją lotu, zostały w całości ukształtowane jako istoty latające, a przestwór i wysokość stanowią ich środowisko życia jak ptaków i w nim znajdują swoje uzasadnienie. Nie można natomiast powiedzieć, by piłkarz czy samurajski wojownik był ukształtowany do lotu. Wydaje mi się, że lot nie jest jego atrybutem, lecz atrybutem świata, który w odpowiednich epickich momentach umożliwia lot i drwienie z wysokości określonym, posiadającym stosowną rangę bohaterom, którzy poza tymi momentami w zasadzie nie wykorzystują tej cechy. Co więcej, są to bohaterowie "niedemokratyczni" - latanie przytrafia im się tylko z powodu zajmowanej pozycji społecznej, kasty, statusu bohatera opowieści, choćby był to status ronina. Lot Spidermana i Batmana natomiast to zjawisko "demokratyczne" - to ich własne cechy czy zdolności, a lot osiągają dzięki mechanice (sieciowe plujki, peleryna ze specjalnego materiału), technice, pomysłowości. Gdyby Spidermanowi podebrać kostium i plujki, można by zapewne hasać po dachach jak i on (może po odpowiedniej zaprawie fizycznej). Natomiast chłop czy rolnik w anime nigdy nie pojawi się na kalenicy z morderczym spokojem w oczach, ponieważ dzieli go od tej pozycji przepaść klasy społecznej - nie jest Bohaterem, półbogiem załatwiającym swoje epickie sprawy ponad brudem ziemi.

Poza kilkoma przypadkami takimi jak Spiderman zachodni bohater, nawet taki przez duże B, przeważnie boi się wysokości, a w każdym razie stanowi ona dla niego zagrożenie. Ponieważ Zachód ma niewielki zasób animacji dla dorosłych, trzeba odnieść się do popularnego kina z aktorami. A w tym kinie wysiadywanie na latarni, podskoki i inne hołubce wykonywane przez poważnego dorosłego mężczyznę byłyby dość śmieszne. Skakanie wiąże się raczej z paniczną niebohaterską ucieczką (skoki po dachach nad ulicami), a czasem nawet z upokorzeniem: np. w Chłopcach z ferajny jeden z gangsterów zmusza kelnera w barze do podskoków właśnie po to, by go upokorzyć. Epickie akcje bohaterów są raczej przywiązane do ziemi, jak np. pojedynki w westernach czy walki na szpady. Mówi się o "stawaniu na ubitej ziemi" - ubitej, bo się po niej właśnie, a nie w powietrzu, w czasie walki porusza i nic nie powinno przeszkadzać. Wchodzi rzecz jasna w grę np. wzgórze czy inne wyniesienie jako miejsce akcji lub nawet szczyty dachów i latające helikoptery, lecz wysokość wciąż jest czynnikiem zagrażającym i wówczas wróg zostaje pokonany przez zepchnięcie w dół.

A może wszystko jest znacznie prostsze i daje się wyjaśnić w sposób, jaki znalazłem na pewnej prześmiewczej stronie, dającej rady, dlaczego warto być Tuxedo Mask i o czym należy pamiętać:

Spektakularne entree jest bardzo istotne dla budowania otaczającej cię mistycznej aury. [...] Staraj się wejść do akcji [...] z dużej wysokości, z latarni ulicznej, z peleryną powiewającą na wietrze. To bardzo ważne! Panienki, żeby cię widzieć, będą musiały patrzeć W GÓRĘ.

Screeny z: Sailor Moon, Blade Runnera.