28 grudnia 2007

Zakiszeni w alchemii

... czyli Einstein, Hitler i Frankenstein w tv




Naukowiec w amerykańskich kreskówkach – kogo widzicie? Chuderlawego jegomościa z rozwichrzonymi włosami, w okularach i białym kitlu, który pochyla się nad stołem pełnym bulgocącyh probówek, przeważnie z demonicznym śmiechem i złowieszczym mamrotaniem. Dwie sprawy rzucają mi się w oczy: raz, że naukowiec zawsze reprezentuje nauki ścisłe, a w zasadzie ich wąską gałąź – fizykę i chemię. I dwa, że przeważnie stoi po tej niewłaściwej stronie, często poniewczasie żałując swoich postępków. Czy widzieliście kiedyś w kreskówce, a nawet szerzej – w filmie dla dzieci albo młodzieży – biologa, geografa, ekonomistę, nie wspominając o przedstawicielach nauk społecznych – socjologach, etnologach? Czy jakiś animowany szalony religioznawca realizował na ekranie spisek, by opanować świat? Czy zdarzyło się, by kreskówkowy muzykolog tworzył ukryte teorie w celu zdobycia potężnej mocy? Zdarzają się co prawda archeologowie awanturnicy w stylu Indiany Jonesa, ale tutaj związek z nauką jest wyraźnie tylko atrybutem uzupełniającym postać bazującą przede wszystkim na innych cechach.

Mamy tu m.in. do czynienia ze sprawami semiotycznymi – scientist w angielskim jest wyraźnie nachylony ku naukom ścisłym. Webster to mówi na hasło scientist: “an expert in science, esp. one of the physical or natural sciences”. A jednak na określenie “sociology” i innych nauk, które padły wyżej, używa się słowa "science”. Badacz zajmujący się etnologią, socjologią etc. to ktoś z szarej strefy kognitywistycznego schematu, uprawiający science, ale nie do końca scientist, niemający właściwie konkretnego, wyraźnego miejsca.

No a co z tą wizją zła i szaleństwa? Czemu ci biedacy nad probówkami muszą wiecznie ślęczeć nad nowymi rodzajami broni, falami śmierci, emiterami posłuszeństwa, zniewalającymi umysły preparatami? Czy naprawdę odpowiedzialność moralna naukowca to temat tak zasadniczy dla szeroko pojętego świata nauki i jego styku ze światem zwykłych zjadaczy chleba, że do uproszczonego uniwersum kreskówek przedostaje się jako rzecz nadrzędna i naczelna, fundacyjny problem? Jak długo można eksploatować mit frankensteinowski? Rzecz ma się trochę tak, jakby każdego dnia atakowały nas wieści o tym, że jakieś eksperymenty wyrwały się spod kontroli, naukowcy zorganizowali rebelię albo usiłowali zatruć źródła wody. Patrząc szerzej, trzeba by zapytać, cóż jest aż tak poruszającego w historii o człowieku dysponującym wielką mocą, który nie potrafi się oprzeć pokusie? Ilu ludzi na świecie znajduje się w podobnej sytuacji? Jasne, mamy dyrektorów i karierowiczów, polityków i finansistów, którzy mogą chcieć wykorzystać swoją pozycję, ustawić się, wspiąć po trupach… Ale ludzie nigdy nie działają w totalnej próżni społecznej, w jakiej przedstawia się wykolejonych prometeuszy nauki w kreskówkach, i nigdy (?) nie stają wobec władzy totalnej, globalnej, niczym nieograniczonej, a nawet wobec choćby pokusy takiej władzy.

Może zabrzmię nachalnym pozytywizmem, ale wydaje mi się, że zeschematyzowana i sprymitywizowana postać naukowca jednej tylko dziedziny i w dodatku szaleńca pragnącego nieograniczonej władzy nie tylko szkodzi powszechnej wizji nauk społecznych i humanistycznych, które się w ten sposób deprecjonuje, odsyła na mniej ważny tor (co później, i to wcale nie jest śmieszne, znajduje potwierdzenie w podziale budżetów uniwersyteckich), ale też przy słowie „nauka” stawia problemy absurdalne, karykaturalne, groteskowe. Amerykańskie dziecko, gdy wyrasta na amerykańską obywatelkę, zapewne co prawda zaczyna śmiać się (mam nadzieję) z tych przerysowań, ale zasiana wizja nieprzejrzystości czy nieufności pozostaje – cóż tam bulgocze w probówkach, jakież to tajemne dźwignie się naciska? Cywilizacja euroatlantycka chyba lubi kisić się w alchemicznych sosach głębokiej emancypacji wiedzy w rejony na poły zakazane, odpychające, obce, czyniąc z naukowca szamanopodobnego stwora.

A więc: drogie dzieci, nie dajcie sobie wciskać kitu, na widok probówki czy białego kitla przełączcie się na TVP Kultura!

użyta grafika: plakat Dynamic Graphics

3 komentarze:

  1. O naukach społecznych w kreskówkach cicho, ponieważ ich przedstawiciele działają z ukrycia. Po państwie filozofów nastały rządy socjologów. Każdy polityk zatrudnia sztab speców od społeczeństwa. Oni mówią mu, jaki wizerunek i jakie posunięcia zaowocują największym poparciem, jednocześnie wskazując tłumom najpopularniejszego polityka. W ten sam sposób ustalają inne trendy kultury masowej. Kto w takim razie sprawuje faktyczną władzę? Szare eminencje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli spojrzymy na kreskówkę jako uproszczony model zasad rządzących prawdziwym światem ( w takim zestawieniu stereotypowe postacie szalonych czarowników, alchemików i naukowców ulubionych przez twórców fizyków i chemików w jednoznacznie negatywny, zazwyczaj, sposób personifikują zło), to rolą bajki-kreskówki dla dzieci nie jest uszczegóławianie, cel dokładnego odwzorowania prawdziwych stosunków społecznych, lecz wstępne ukazanie dzieciom dualizmu,podzialu na dobro i zlo, w relacjach między ludźmi, jaki w późniejszym samodzielnym życiu stanie się ich udziałem. Dlaczego akurat 'czarne charaktery' o specjalizacjach laboratoryjnych zostały napiętnowane? Nie sądzę, by twórcy historyjek dla dzieci uzewnętrzniali pod postaciami złych uczonych swoje życiowe antypatie i kompleksy. Poszukują raczej najbardziej widowiskowego sposobu zobrazowania, za pomocą łatwej w przyswojeniu przez małego widza ikonosfery probówek, soczewek i białych kitli, jako nieodłącznych rekwizytów złoczyńcy. Natomiast przedstawicielom nauk społecznych w medium, jakim jest kreskówka, brakuje atrybutów nadających się do potępienia. Postacie socjologa, antropologa, filozofa,dziennikarza, politologa...są wizualnie identyczne z szarą masą społeczeństwa, nie odróżniają się. Brak im semantycznej głębii, tej potencjalnie negatywnej etykietki, materii oczekującej na demonizację przez scenarzystę, tożsamości odpowiedniej do wykorzystania w kreskówkach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wg mnie kreskówki to nic innego jak uproszczona wersja ogólnie znanych mitów, głeboko zakorzenionych w kulturze, która konkretne bajki wytwarza. Stąd łatwa do użycia figura jaką jest szalony naukowiec - probówki nie oszukasz, fizyka i chemia kojarzy się z prawdziwą wiedzą, która naprawdę ma zastosowanie - dodatkowo jest wiedzą tajemną, znają się na niej tylko zaokularzeni goście w kitlach. Mamy więc wiedzę dającą się sprawnie wykorzystać i to zarezerwowaną dla elity. Potrzeba lepszej personifikacji zła ? Ktoś coś wie i nikt nie może mu przeszkodzić.

    Tu może pojawiać się zakorzeniona w każdym z nas niechęć do ludzi którzy wiedzą więcej od nas i mają nad nami jakąś władzę. Czy jest to naukowiec, czarownica czy smok czający się za skałą działa to tak samo.

    A cóż robią antropolodzy ? Czy posiadają jakąś wiedzę której nie ma nikt inny? nie, raczej potwierdzają naukowo znane ogólnie prawdy. W ogólnym i potocznym odbiorze rzecz jasna. To że wiedzę antropologów czy historyków można wykorzystać do niecnych celów nie jest tak oczywiste, a już na pewno nie nadaje się na bajkę dla dzieci, gdzie wszystko ma być jasne i zrozumiałe na pierwszy rzut oka.

    O, taki przykład - Saruman - technokrata i genetyk - biomanipulator, zły naukowiec.
    Gandalf - taki etnograf, jeździ sobie po świecie i brata się z prymitywnymi ludkami którymi reszta świata pogardza. Kto wydaje się bardziej niebezpieczny ? A finał tej bajki znacie.

    Jaki z tego morał ? niech się dzieciaki boją chemików w białych kitlach (jak Sarumana zwanego Białym), światem i tak rządzą szare eminencje (jak Gandalf Szary), cisi manipulatorzy spod znaku etnografii !

    OdpowiedzUsuń

Jeśli komentujesz jako użytkownik niezalogowany, bardzo proszę o podpis imieniem lub pseudonimem. Wybierz poniżej z rozwijanej listy opcję "Nazwa/adres URL" i podpisz się. Dziękuję!